Mama, mama… to słowa, które rozpoczynają i kończą każdy nasz dzień, zarówno w ciągu tygodnia pracy, kiedy wszystko odbywa się na wariackich papierach, jak i w weekendy, kiedy chcielibyśmy dłużej pospać, ale nigdy się to nie udaje.

W zależności od pociechy, słowa te mogą być jedynie elementem składowym zdania wielokrotnie złożonego, gdzie podmiot jest z góry wiadomy lub całkowitą i jedyną formą komunikacji. Swoją drogą, nigdy wcześniej nie sądziłem, że słowo „mama” może mieć tyle znaczeń i jak wiele da się odczytać z niego przez młodego.

Mama” może mieć znaczenie przywołujące, skarżące, wymuszające, rozbawiające lub nawet wyrzucające i karcące. Nieraz już słyszałem charakterystycznie wypowiedziane „mama!” wsparte odpowiednią gestykulacją, natężeniem głosu i miną, w sytuacji, kiedy na coś się nie zgadzaliśmy. Niezależnie od ilości znaczeń, jedno jest pewne, bez mojej kochanej małżonki, która jest jednocześnie mamą naszej cudownie wrednej dwójki, nasz dom nie funkcjonowałby tak jak należy, o ile w ogóle by funkcjonował.

W naszym przypadku mama jest gwarancją tego, że wszystko działa. Moja małżonka często twierdzi, że jest wielofunkcyjnym robotem domowym, z czym zupełnie nie potrafię się zgodzić. Jak dla mnie jest kimś niezastąpionym i nie ze względu na to, że ma mi kto ogarnąć kwadrat i dzieciaki, ale ze względu na to, że to od niej uczę się, jak być rodzicem. To ona ma w sobie nieograniczone pokłady ciepła, bezwarunkowej miłości i gigantycznej cierpliwości, której mi zdecydowanie zbyt często brakuje. Wbrew pozorom niewielu z nas, korpoojców, zdaje sobie sprawę, jak wiele wysiłku ze strony mam potrzeba, aby pogodzić wszystko ze sobą i jak trudno jest być idealną mamą w dzisiejszych czasach, jak ciężko jest stosować procedurę Ctrl C, Ctrl V, przy jednoczesnym obmyślaniu listy zakupów i menu na najbliższy tydzień.

Nie jest też łatwo wychodzić rano do pracy, kiedy dzieciaki na widok opiekunki krzyczą „Sio!” i trzaskają drzwiami. Wiemy też, jak ciężko jest oderwać dziecko od nogi, kiedy w przedszkolu wpada w histerię, a wy spieszycie się na spotkanie.

Na pocieszenie powiem wam jedno: drogie mamy, dla swoich dzieciaków, to wy zawsze będziecie najlepszymi mamami pod słońcem i to was będą wołały o każdej porze dnia i nocy. To na was będą polegały przez całe życie.

Większość z nas, korpoojców, wie również, że niezależnie, czy jesteście korpomamami, które muszą pogodzić sprawy zawodowe z domowymi, czy – jak niektórzy mawiają „odpoczywacie” na urlopie macierzyńskim, wychowawczym, czy innym – wasz etat trwa całą dobę i rozpoczął się wraz z dniem, kiedy na świecie pojawił się potomek.

Wychowywanie dzieci, to ciągła praca, w której przełożony jest wiecznie niezadowolony i bardzo wymagający, często powtarzamy te same schematy, procedury przez pierwsze lata się nie zmieniają, a później odbywa się jedna wielka improwizacja, zupełnie jak w niejednej korporacji. Nie ma tu mowy o strategii, procesie czy produktach, jedyne co się może przydać to zarządzanie czasem oraz zarządzanie kryzysowe, bo ciągłe zmiany to pewnik. Wielu z nas, nie raz przedstawiało wyniki wielogodzinnej pracy przełożonemu, któremu nic się nie podoba i sam nie wie czego chce.

Panowie, wiedzcie, że każda matka ma takiego szefa na co dzień, potrafi przygotować pięć różnych posiłków i co gorsza każdy może wylądować na podłodze. Etat mamy, to niewątpliwie najtrudniejszy etat na świecie, a dom to korporacja bez zasad. Ja ze swojej strony każdej matce dałbym z miejsca potężną premię, awans i liczny zespół wybitnych specjalistów do pomocy, bo każda na to zasługuje.