Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że mam lekkiego bzika wyjazdowego i od dłuższego czasu chodził mi po głowie typowo babski weekend gdzieś w Polsce. Pewnie pomysł dalej leżałby w szufladzie, gdyby nie fakt, że na dzień przed drukiem ostatniego wydania gazety, pewien klient zrezygnował ze współpracy.

Zostałam z wolną powierzchnią na połowie strony, którą w jakiś sposób musiałam zapełnić w ciągu kilku godzin. Pomyślałam, że jak nie teraz, to kiedy. Kilka telefonów do ośrodków, kilka telefonów do osób, które pomogą uatrakcyjnić wyjazd (o Kasi, Reni i Iwonie potem) i … poszło w świat: ogłoszenie o babskim weekendzie na Mazurach: KorpoWoman na Chilloucie.

Na odzew zapracowanych kobiet nie trzeba było długo czekać. Już po tygodniu chętnych było 20 dziewczyn. Na dwa dni chciały porzucić bycie matką, żoną, kochanką i zresetować się, odpocząć, nie robić nic.

Nadszedł magiczny piątek, 20 października, zaczęły się przyjazdy do miejsca docelowego, czyli do Folwarku Łękuk w Wydminach (35 km od Giżycka).

Piątek to był trudny dzień. Mimo iż dziewczyny miały urlopy, to odbierały telefony, odpisywały na maile. Nawet trzygodzinna droga na Mazury (wiozłam trzy dziewczyny) i plotki w aucie, przerywane były co chwilę dzwoniącym telefonem służbowym. Dlaczego odbierały? Bo jak stwierdziły, jeśli się bierze jeden dzień urlopu, to i tak nikt w firmie o tym nie wie i dzwoni. Więc się odbiera. I już.

Gdy szczęśliwie dotarłyśmy na Mazury do Folwarku Łękuk, telefony zaczęły milknąć, bo i sprawy załatwione, i okoliczności przyrody do tego zachęcały. Ośrodek okazał się być miejscem absolutnie magicznym.

Folwark Łękuk położony jest nad samym jeziorem Łękuk. Mimo że może pomieścić 130 osób, ma bardzo kameralny charakter. Czuć, że właściciele wkładają serce w jego funkcjonowanie, a całość spraw organizacyjnych perfekcyjnie dopina menedżerka Ola.

Do wieczora każda z uczestniczek cieszyła oczy przyrodą, masażami i spacerami, a oficjalnie nasz kowbojski wieczorek zaczęłyśmy ogniskiem nad brzegiem jeziora. Wino, kobiety, śpiewniki, mazurski grajek z gitarrrą… i dziki lis, który gwizdnął nam kilka kiełbasek. Tak, wycie do księżyca dwudziestu dziewczyn, przypominających sobie coraz to ciekawsze utwory z lat 90. – to było coś.

Z ogniska przeniosłyśmy się do ruskiej bani nad brzegiem jeziora. I tu pozwolicie, że relację urwę, bo będę wierna postanowieniu: „co było na Mazurach, zostaje na Mazurach”. Dodam tylko, że ploty i ploteczki skończyły się około drugiej w nocy , a dwie z nas kąpały się w lodowatym jeziorze.

Poranek, jak zwykle, kojota, ale punktualnie o 8 na zajęciach z jogi zjawiła się większość dziewczyn. Renata Szewczyk, która poprowadziła dla nas jogę, była wyrozumiała dla obolałych nieco głów, a godzina zajęć sprawiła, że przed śniadaniem poczułyśmy, że ten dzień należy do nas.

Kolejny punkt programu stanowiły zajęcia z coachem, Katarzyną Niewiadomską, która po szybkim researchu a propos naszych oczekiwań, dobrała odpowiednie narzędzia i techniki zajęć. Coaching pomógł nam odnaleźć cel, odpowiedzieć na pytanie, jak rozwiązać nurtujący problem, a praca w podgrupach pozwoliła poznać siebie nawzajem. To było bardzo produktywne 1,5 godziny. Katarzyna Niewiadomska to prawdziwa profesjonalistka, której zaufałyśmy w 100 procentach .

Popołudnie minęło na spacerach, bo trafiły nam się takie jesienne widoki, których nie odda żadne zdjęcie. Po obiedzie kolejna próba zaufania. Tym razem znów trafiłyśmy w ręce naszej joginki Reni, która w Azji spędziła 2,5 roku i przywiozła stamtąd nie tylko certyfikat nauczyciela jogi, ale i najróżniejsze techniki medytacyjne i rozwojowe.

Tym razem zaprosiła nas na zajęcia z aktywnej medytacji. Powiem tak. Łatwo nie było w rytm pierwotnych bębnów, z zamkniętymi oczami trząść się jak galareta lub tańczyć. Jednak te z nas, które zaufały, wyszły po godzinie jakby inne, odmienione. W tym błogostanie zostałyśmy już do końca dnia, który upłynął pod znakiem drugiej części coachingu z Kasią, na którym każda z nas rozkładała na czynniki pierwsze swoje problemy i plany. Nie było miejsca na wymówki, każda wyszła ze swoją karteczką i planem do zrealizowania!

W tym miejscu opowiem o Iwonie Banaś, która podobnie jak ja opuściła korpo, a obecnie spełnia się jako masażystka masażu hawajskiego. Iwonę bez zastanowienia zaprosiłam do współpracy podczas wyjazdu, dzięki czemu każda z uczestniczek mogła spędzić dłuższą chwilę na fantastycznym masażu Lomi Lomi Nui.

Sobotni wieczór spędziłyśmy w hotelowym SPA. Także łękucka łaźnia parowa, naturalne peelingi i jacuzzi na zewnątrz budynku sprawiły, że wieczór upłynął równie błogo, jak i cały dzień.

W niedzielę już od rana coś lekko pękało. A to jedna z dziewczyn odczytała mail, inna zatęskniła za dzieckiem. Mimo że szczęśliwe i wypoczęte, widać było, że już przestawiałyśmy się z trybu chill out na active.

Ostatnie masaże, kawa z widokiem na płaczące deszczem Mazury, wymiana wizytówek i z łzą w oku, ale i z pragnieniem zobaczenia swoich pociech i rodzin ruszyłyśmy w drogę powrotną.

Jakie refleksje? Kobiety są fantastyczne! Każda inna, ze swoją historią, swoimi rozterkami, ale każda otwarta na inne, uśmiechnięta, rozkoszująca się chwilą. Były wśród nas młodsze i starsze, mamy i nie mamy, siostry, rozwódki, kochanki i nie kochanki, weganki, ale przez te dwa dni byłyśmy przede wszystkim kumpelkami dla siebie.

Bo o to chodzi, Drogie Panie, by nie zatracić się w rolach jakie pełnimy na co dzień i raz na jakiś czas zrobić coś egoistycznie i wyrafinowanie tylko dla siebie. Już dziś zapraszam więc na kolejną edycję KorpoWoman na Chilloucie vol.2 – szczegóły wkrótce! I nie odkładajcie pomysłów do szuflad, tylko je realizujcie!

Życie jest za krótkie, by nieustannie szukać wymówek, by czegoś nie robić. Póki co zapraszam wszystkich korpoludków bez względu na płeć na zimowe szaleństwo w Alpach. Szczegóły poniżej. Dział Korpo Voice Events brzmi nieźle, prawda? Raz się żyje.