Przynajmniej raz w roku przychodzi taki moment, że masz już wszystkiego dość i najchętniej schowałabyś te niedokończone raporty, niekończące się projekty, nieodhaczone maile i niezaktualizowane dane, głęboko do szuflady.

Niewygodne szpilki odstawiłabyś do szafy, założyłabyś sandałki, rozpuściłabyś włosy i udałabyś się prosto z biura na lotnisko. Tam kupiłabyś bilet i kilka magazynów kobiecych. Telefon wrzuciłabyś głęboko do torby przed samym wejściem do samolotu. Wsiadłabyś, zamknęłabyś oczy i po kilku godzinach znalazłabyś się po drugiej stronie lustra, w rzeczywistości alternatywnej, gdzie problemy nie istnieją, gdzie śniadanie podają rano do łóżka, gdzie bosą stopą można wyjść na ciepły taras, bo od samego rana świeci słońce, panuje cisza i gdzie nikt niczego od ciebie nie oczekuje, nie żąda, nie wymaga. Decyzja o tym, czy drink ma być z marakui czy z ananasa wydaje się najcięższą w tym tygodniu. Po śniadaniu poszłabyś na spacer, na zakupy, wypiłabyś najpyszniejszą w świecie kawę i zjadła sama (!) wielkie ciastko. Po lunchu położyłabyś się na leżaku nad basenem i czytając książkę, popijając pyszne kolorowe drinki z parasolką przeleżałabyś tam aż do wieczora. Kolejnego dnia podobnie. I kolejnego też. A czwartego dnia, albo dziesiątego, jak już przeczytałaś wszystkie dostępne książki i gazety w znanych ci językach i w zależności od tego jak bardzo twoja wewnętrzna bateryjka już była rozładowana, zaczęłabyś zauważać rzeczy, które spodobałyby się twoim dzieciom.

W tym basenie mogłyby się popluskać. Tu w piachu mogłyby zbudować wielki zamek, a te kamienie, ale by im się spodobały! Zrobilibyśmy z nich okna i płot! Przy krewetkach zjadanych na lunch zaczęłabyś się zastanawiać, co maluchy mają dziś na obiad. Ciastka zjadłabyś tylko pół, bo za słodkie, a kawa miałaby trochę bardziej gorzki smak. Czujesz to? Słyszysz? To wyrzuty sumienia zaczynają swój pochód przez twoją głowę. Bo przecież wakacje powinno się spędzać z dziećmi, z rodziną. Wracasz więc do domu i zaczynasz planować wspólny wyjazd. Tu jeden bilet nie wystarczy. Jedna torba to też za mało. Pakujecie więc kilka walizek, kilka toreb, dwa plecaki i trzy worki. Ze wszystkim jedziecie na lotnisko, ale zaraz wracacie, bo zapomnieliście dmuchanego pontonu i wywrotki. Nadajecie ponadwymiarowy bagaż, i gdy walizki odjeżdżają na taśmie masz ochotę usiąść tam z nimi i pojechać do cichego luku bagażowego chociaż na czas lotu. Czas lotu to horror. Dla rodziców, dla dzieci, dla innych pasażerów. Najpierw się modlisz, żeby dzieci się nie darły na cały głos, potem, żeby nie wywaliły ci tego jedzenia na kolana i żeby nie rozlały picia. Potem, żeby chociaż na chwilę się czymś zajęły i żeby ludzie dookoła przestali na ciebie patrzeć TAKIM WZROKIEM. Dobra, dolecieliście. Teraz musisz mieć oczy szeroko otwarte przez cały czas, bo jedno dziecko właśnie odpływa ci w kole ratunkowym w stronę Afryki, a drugie pobiegło za piłką w tłum ludzi na plaży. Mąż opala plecy, ma słuchawki w uszach i zamknięte oczy, więc budzisz go i prosisz o interwencję przy jednym z dzieci, po czym rzucasz się na ratunek drugiemu.

Takie sytuacje mają miejsce przynajmniej kilka razy dziennie, wiec poziom adrenaliny masz wysoki, kawa nie jest ci już do niczego potrzebna. Drinków nie pijesz, bo przecież musisz zachować trzeźwy umysł. Wieczorem zasypiasz, czytając dzieciom bajkę, na łóżku z dostawki. Gazety, które sobie kupiłaś przed wyjazdem nadal są w folii. Twoja twarz wygląda jak burak, bo zapomniałaś ją posmarować, za to ręce, jakbyś się opalała w rękawiczkach, bo przecież dzieci posmarowałaś wysokim filtrem. I przychodzi taki moment, że masz wszystkiego dość, i tych potarganych włosów wysuszonych słońcem, i tego piachu w majtkach, i tego noszenia wielkich toreb na plażę, niewygodnych klapek japonek i jedyne o czym marzysz to chłodne, klimatyzowane biuro, spokojnie wypita kawa w conference roomie i nowe szpilki.