Niedorzeczne są: wyśrubowana rywalizacja, ewidencja wyjść do toalety czy ciągłe tłumaczenie się przełożonym z podejmowanych działań. To tylko wierzchołek góry lodowej, istota tego, co absurdalne w korporacjach leży głębiej. Zanurzmy się tam razem.

Cofam się do czasów mojej pierwszej pracy. Biuro międzynarodowej firmy mieści się na rubieżach Mordoru. Nie jest istotne jakie to miasto, Mordor już dawno przestał być wyłącznie współczesnym określeniem biurowej dzielnicy Warszawy: to zjawisko, którego absurd jest integralną częścią. Właśnie skończyłem studia, praca mnie szokuje, a w niej zwłaszcza nadgorliwość pewnych współpracowników. Jestem minimalistą i wychodzę z założenia, że jeśli coś wystarczy do osiągnięcia celu, to wystarczy. Moją pracę organizuje system. Przez duże S. Jest niezawodny. Włączam go rano i na jego podstawie organizuję działania zespołu. Dzięki Systemowi mam więcej czasu na pracę i kawę w przerwach od niej. Lecz licho nie śpi: szefowa ma plan! Chce wykazać się kreatywnością, więc zleca działowi aj Ti stworzenie eksela, który będzie zrzucał dane z Systemu. Dla pewności i rzetelności – tłumaczy.

Szefowa (przez małe s) stworzyła eksel (przez małe e), który dubluje pracę Systemu. Starsza stażem koleżanka podpowiada mi, że to karierowiczka, że musi wpisać sobie coś w si wi. Przekazuję zatem szefowej, że eksel niepotrzebny, mało tego, wcale nie jest rzetelny, bo nie odzwierciedla wszystkich danych z Systemu, i że jego analiza to dodatkowe dwa kwadranse przed monitorem. Szefowa uparcie obstaje przy swoim. Następny dzień rozpoczynam od Systemu i eksela, następnie komentuję stan w tym samym duchu coraz mniej kurtuazyjnie zapodawanej krytyki. Szefowa jest nieprzejednana. Kolejne dni to seria porannych deja vu, które powodują we mnie coraz silniejszą nerwowość. W końcu biorę sprawy w swoje ręce. Eksel kasuję i czyszczę kosz.

Dla uwolnienia się od bezcelowych dyskusji z szefową zapewniam, że korzystam z obydwu narzędzi, tak jak instruowała. Chodzi dumna jak paw, niepomna tego, że dołożyła podwładnemu pół godziny zadania, pozbawionego jakichkolwiek podstaw racjonalności. Tylko dzięki własnej rezolutności te pół godziny odzyskuję. Narzędzie, którego pomysłodawczynią była przełożona zarasta kurzem, ona sama zaś zostaje wkrótce awansowana.

Zdiagnozowałem w tym zamieszaniu trzy absurdy, które, niczym papierek lakmusowy, pozwalają mi dookreślić, czym jest Mordor.

Po pierwsze, przełożeni wywierają nacisk na podwładnych, aby ci korzystali z narzędzi nie tylko zbędnych, lecz wręcz szkodliwych z punktu widzenia należytego wykonywania powierzonych obowiązków. Wpisywanie tych samych danych w kilka tabelek, bo tak życzy sobie szefostwo, raportowanie każdego podjętego kroku, spotkania zespołu, podczas których każdy opowiada o swoich problemach, skutecznie zanudzając resztę zespołu, podczas gdy menedżment ciągle wierzy w pedagogiczną funkcję takich pogadanek, jest pozbawione sensu.

Po drugie, na forum działu, szefowa przedstawia eksel, swoje cudowne dziecko, jako krok ku świetlanej przyszłości kolejnych zastępów analityków, co stanowiło cegiełkę w gmachu jej awansu.

Na całe szczęście, nie zaprosiła mnie do zabrania głosu, dzięki czemu – i tutaj po trzecie – udaje mi się uniknąć publicznego ustosunkowania się do jej przedsięwzięcia. Nie przeczę, przyjąłem to z ulgą, czym zapewne dowiodłem konformizmu, ale cóż, zachowanie cywilnej odwagi na gruncie korporacyjnym łatwe nie jest.

Nikt z przełożonych szefowej nie zweryfikował jej poczynań, ja zaś, kiedy wyobrażałem sobie samego siebie w roli inicjatora takiej pogadanki, miałem się za niedoszłego denuncjatora.

Azylem długo czas były dla mnie wycieczki do automatu. Na hasło „idziemy na kawę”, wciskałem łindołs el i maszerowałem do kuchni, aby oddać się towarzysko gronu współpracowników. Była to też szansa na ucieczkę od korpomowy. Za mną zostawał bełkot Mordoru z jego ołpen spejsem, kejsami, targetem, ridżektowaniem, forłardowaniem i czelendżowaniem też.

Kiedy jednak pewnego razu koleżanka rozpoczęła rytuał pogaduch przy kawie informując, że ma iśsiu ze swoim sześcioletnim synem. Zdrętwiałem. Nie mogłem już liczyć na azyl w kuchni. Przypomniałem sobie wtedy, jak po raz pierwszy przekroczyłem próg korporacji. Od razu zostałem wtedy skierowany na trening. Co będziemy trenować – myślałem. Odpowiedź dostałem bardzo szybko: korporacyjną nowomowę. Z każdym dniem rozumiałem coraz więcej, coraz bardziej nie dowierzając temu co słyszę. Słownictwo i składnia wwiercały się w mój mózg. „Paweł, czy możesz anulować tę sprawę?” – zapytałem pewnego razu kolegę z zespołu. Czoło Pawła zdradzało intensywne myślenie, oczy wyrażały niepewność co do zrozumienia prośby. „W sensie mam skanselować tego kejsa?” Dju dilidżens pełną gębą, kolega chciał dotrzeć do istoty komunikatu, udało mu się.

Anglicyzacja języka branżowego w biurach Mordoru osiągnęła skalę absurdu. Początkującemu pracownikowi przydałby się w pakiecie powitalnym słowniczek, aby móc szybko odnaleźć się w świecie ołpen spejsa, najeżonego nieoczywistymi wyrażeniami i zbudowanymi w niejasny sposób zdaniami. Być może jest to przyszłość języka (przeszywa mnie dreszcz trwogi), hu nołs. Być może to, co dzisiaj określam mową absurdalną, kształtuje jutrzejszy standard języka, a ja bojkotuję to wyzwanie.

Musimy sobie stawiać hajer ekspektejszyns”, jak to motywowała i czelendżowała mnie kolejna szefowa. Przy okazji obwieszczała zazwyczaj, że potrzebne będą nadgodziny, bo nie wyrabialiśmy targetu. W reakcji wszyscy błądzili wzrokiem po suficie. Szefowa wywoływała każdego z imienia. Padały wymówki wszelakiego kalibru, od zumby przez wizyty u lekarzy, po wybór sukni ślubnej. Pewnego piątku w sposób asertywny i grzeczny Ewa odpowiedziała: „Nie jestem zainteresowana”. Szefowa wyprostowała się. Nie spodziewała się takiej bezpośredniości. „Ale zapłacę ci za to” – skomentowała. „Nie jestem zainteresowana dodatkowymi pieniędzmi” – ripostowała Ewa. Udało jej się zasiać ziarno fermentu, które ja obficie podlałem, mówiąc głośno to, co wszyscy wiedzieli, a co nigdy nie zostało powiedziane głośno. Opieszałość szefowej w poszukiwaniu pracowników na dwa wakaty kosztowała nas ogrom wysiłku. Kilka miesięcy wcześniej z dziesięciorga zostało nas ośmioro, nawał pracy się nie zmienił, ekspektejszyns pozostały te same. Szefowa zaimplementowała strategię nadgodzin w celu rozwiązania problemu niedozatrudnienia, oczekując intensywnego zaangażowania ze strony pracowników, kosztem ich czasu wolnego. Zespół podjął tę kwestię, doprowadzając do otwartej dyskusji. Po dwóch miesiącach powitaliśmy dwie nowe koleżanki. W tym czasie odeszło trzech kolegów.

Korpopracownik może mieć pewną trudność w wyjaśnianiu biurowych absurdów
osobie spoza Mordoru ze względu na tę fatalną nowomowę. Za jej przyczyną nadgodziny stają się ołwertajmem, jakby nowym zjawiskiem, co może rozpraszać zdolność identyfikacji istoty problemu. Wyrobienie targetu to mantra kadry menadżerskiej, nieważne czy pracownikom para bucha z uszu, komórka w ekselach musi się zazielenić. I to w wielu, jeden to stanowczo za mało.

Absurd jest kwintesencją Mordoru, jest jego jądrem, wokół którego krążą protony i elektrony. Krążą dynamicznie, wyzywająco, czasem bez sensu, niosą wyzwania, pot czoła i znój. Mordor, to już nie tylko Tolkienowska kraina zła, to nie zakorkowana i przeszklona biurowcami dzielnica Warszawy. Z tym wydaniem Mordorem nazywamy już stan umysłu i relacji, jakie niechybnie stają się udziałem pracowników zmagających się z absurdami korporacji.