Wreszcie spotykam się z uciekinierką.
Dodajmy od razu, że z Mordoru, czyli krainy asapami i deadline’ami płynącej (śmiech-red.).

Z uciekinierką, która kluczyła i zwodziła, ale wreszcie zgodziła się na rozmowę w swojej gazecie (śmiech-red).

To prawda. Długo się wzbraniałam przed udzieleniem wywiadu w rubryce „ Uciekinier z Mordoru”, bo miałam poczucie, że jeszcze na niego za wcześnie, że muszę poczekać na odpowiedni moment, nabrać dystansu, zdobyć te dobre i złe doświadczenia. I tak się stało. Teraz jest wreszcie dobra okazja, by porozmawiać. Przez ostatnie dwa lata bardzo ciężko pracowałam na to, co osiągnęłam. Z pracownika korporacji, przeobraziłam się w pomysłodawczynię i redaktorkę miesięcznika Głos Mordoru. To był dla mnie bardzo ważny zawodowo czas, od momentu wymyślenia tego projektu dla pracowników korporacji na warszawskim Służewcu, przez jego realizację, aż do podjęcia decyzji o kolejnym ruchu. Dziś czytelnicy trzymają w rękach nowy tytuł – Korpo Voice – który, podobnie jak poprzedni, jest moim pomysłem, z tą różnicą, że ten tworzę już całkowicie sama. Ten nowy projekt jest dla mnie ogromnym wyzwaniem, także dlatego, że co miesiąc będzie się ukazywać nie tylko w Warszawie, ale też w Krakowie, Gdańsku i Wrocławiu.

Czyli następny krok do przodu?

Tak, ale okupiony bolesnym doświadczeniem rozstania 
z wspólniczką. Niestety, tam gdzie pojawia się sukces i pieniądze, tam często kończy się przyjaźń. Ale cóż, jak mówi przysłowie: „Psy szczekają – karawana jedzie dalej”.

Czy czujesz się już jak kobieta 
sukcesu?

Ależ skąd! Pytanie mocno na wyrost. Jasne, jestem dumna z moich gazet, ale to jeszcze nie to, o co pytasz. Choć prawdą jest też , że kobiety często nie dostrzegają swoich sukcesów, nie chcą o nich mówić, traktują jak coś, co przytrafiło im się niemal przypadkiem. Pierwsza zadajesz mi to pytanie, ale to dobrze, bo uświadomiłaś mi, że być może życie w nieustannym trybie „aktywność” nie pozwala mi pewnych rzeczy dostrzec.

Twoje decyzje wynikają z odwagi czy skłonności do ryzykanctwa?

Z odwagi. Kiedy odchodziłam z korporacji, poprosiłam mojego ówczesnego szefa, którego darzę ogromnym szacunkiem, o radę na przyszłość. Powiedział mi, że powinnam być bardziej odważna. No to jestem (śmiech-red.). Oczywiście dwa lata temu ryzykowałam, bo wbrew tendencjom rynkowym, zdecydowałam się postawić na prasę papierową. Na szczęście był to strzał w dziesiątkę.

Jakie cechy przydają się 
w biznesie?

Pewność siebie, doświadczenie, świadomość swoich umiejętności, a także wizja i misja, które stają się wyznacznikiem działania.

Masz misję?

Wymyślając oba tytuły, Głos Mordoru i Korpo Voice, wiedziałam jedno: mają być platformą, łączącą ludzi w dużych miastach, pracowników korporacji, zabieganych, rzadko dysponujących czasem, by porozmawiać o problemach zawodowych. Wiem, że tego potrzebują, bo – jak już ustaliłyśmy – sama jestem uciekinierką z Mordoru (śmiech-red.).

Długo pracowałaś 
w korporacji?

W Grupie Wydawniczej Polskapresse, pracowałam cztery lata jako marketing menadżer. Wcześniej byłam pięć lat związana z agencją nieruchomości Metrohouse, która stawała się korpo, gdy ja już stamtąd odchodziłam. Właściwie tam nauczyłam się większości rzeczy, z których dziś korzystam. Zaczynałam od stanowiska asystentki. Potem byłam doradcą handlowym, kredytowym, zarządzałam działem marketingu, wydawałam biuletyn o nieruchomościach. Czasem, czyszcząc o północy baner na targach nieruchomości, zastanawiałam się nad sensem tego co robię, ale teraz, wydając własną gazetę, odcinam od tych doświadczeń kupony. Nawet od czyszczenia tego nieszczęsnego banera, bo dzięki temu wiem teraz jak przygotować stoisko targowe. Doświadczenia z tamtych firm wykorzystuję każdego dnia. W swojej gazecie jestem odpowiedzialna za sprzedaż reklam, za przygotowanie ofert, za promocję, za dobór treści, za projekty specjalne, za druk , za dystrybucję – czyli za wszystko.

Kobieta-orkiestra?

Tak, to dobre określenie (śmiech-red.)

Czego jeszcze nauczyła cię korporacja?

Dzięki niej zdobyłam podstawową wiedzę na tematy prawne, marketingu, sprzedaży. Tam nauczyłam się pewnych nawyków, kontaktów z ludźmi, panowania nad emocjami i takiego ogólnego biznesowego savoir vivre’u, którego wcześniej mi brakowało. Zbyt często na głos mówiłam co myślę – w korporacjach trzeba inaczej ( śmiech – red.). Ale korporacja to też szkoła nieufności. Niestety, o zasadzie ograniczonego zaufania zapominać w biznesie nie należy, czego doświadczyłam na własnej skórze całkiem niedawno.

Jak się wpada na pomysł, który pozwala uciec z korpo?

W moim przypadku, momentem przełomowym było urodzenie dziecka. Po urlopie bardzo nie chciałam wracać do korpożycia. Mieszkam pod Warszawą, same dojazdy do Mordoru zajmowały mi codziennie 1,5 godziny w jedną stronę. Łatwo się domyślić, że wolałabym ten czas spędzać z synem. Przez rok na macierzyńskim próbowałam więc znaleźć alternatywę. I nic. Im bardziej starałam się wymyślić własny biznes, tym większa pustka mnie ogarniała. Urlop się skończył, a ja wróciłam do open space’u. I nagle olśniło mnie. Do czegoś wreszcie przydała się moja spostrzegawczość. Gdy byłam na urlopie, warszawskie zagłębie korporacyjne stało się bardzo popularne, zaczęto je nazywać Mordorem. Codziennie 100 tys. korpoludków, podobnych do mnie, wylewało się z tramwajów i autobusów, i natychmiast było atakowanych przez rozdających ulotki. Wtedy zrozumiałam, że mam im do zaoferowania coś więcej niż zwykłe reklamy. Gazetę. Taką tradycyjną, papierową, żaden portal. Sama mam dość Internetu, więc pomyślałam, że ludzie też są już zmęczeni szumem informacyjnym i migającymi banerkami. Poza tym, skoro czytali w komunikacji miejskiej darmowe gazetki , w których były przysłowiowe mydło i powidło, to dlaczego nie mieliby czytać czegoś fajnego, czegoś tylko dla nich, czegoś o korpoludkach. I tak narodził się pomysł.

Jak udało ci się nakłonić współczesnego, młodego czytelnika, do czytania papierowej prasy i jeszcze zrobić na tym biznes? Wszystko to w momencie, gdy duże wydawnictwa zamykały papierowe bezpłatne tytuły?

Na każdym kroku spotykam się z pozytywnym odbiorem gazety. Te opinie są dla mnie bardzo ważne, bo dają potwierdzenie, że działam we właściwym kierunku. Moja pierwsza gazeta była przez korpoludków lubiana, bo moich czytelników potraktowałam ze zrozumieniem. O ludziach z Mordoru mówiono do tej pory najczęściej w kontekście żartu, „beki”, a ja wiem jakie mają problemy, jak wygląda ich zawodowe życie. Wiem też, jak często niektórym woda sodowa uderza do głowy, ale wtedy się z takich objawów w gazecie śmiejemy (śmiech-red.). Zagłębie korporacyjne, czyli ten symboliczny Mordor, jest dla mnie takim miastem w mieście, w którym funkcjonuje populacja ludzi z podobnymi problemami i dylematami. To właśnie o nich i dla nich piszemy. Nie bez znaczenia dla popularności gazety jest też poziom tekstów. Nie powielam tematów z Internetu, dbam o unikalne treści, a nie jest tajemnicą , że jeśli są one interesujące, to znajdą się czytelnicy , a za nimi przyjdą reklamodawcy.

Co jest najtrudniejsze dla ciebie w pracy nad gazetą?

Pozyskanie dobrych autorów. Jak się okazało, nawet dziennikarz z 20-letnim doświadczeniem nie zawsze wie jak napisać tekst, by trafić do tej grupy, jaką są pracownicy korpo. Trzeba niektóre sprawy znać z autopsji, bo inaczej trafiają się suchary, a nie teksty, które ludzie czują. Niestety często jest też tak, że gdy piszą korpoludkowie, to moja redaktorka i korektorka w jednym, załamuje ręce, bo są słabe stylistycznie. Ale pracujemy nad tym. Ciężka to praca, ale daje efekty, a ja nie chcę iść na łatwiznę. Dziękuję w takich chwilach mojej wspaniałej nauczycielce języka polskiego z liceum, która nauczyła mnie pisać konspekty wypracowań i formułować tezy (śmiech-red.). Dzięki temu potrafię wymyślić temat, zlecić jego napisanie i ocenić. Zresztą Mordor Voice tworzyć będę z dotychczasową redakcją wspaniałych dziennikarzy i pracowników. Współpraca z nimi to sama przyjemność.

Masz jakieś obawy w związku z wejściem z nowym tytułem na nowe rynki w Polsce?

Mnóstwo! Jak się nie ma obaw, to się nie ma o czym myśleć. Jak się nie ma o czym myśleć, to można coś przegapić. Ja wolę przewidywać zagrożenia i na wszelki wypadek mieć kilka równoległych rozwiązań. Wiem, że nie da się przełożyć 1:1 doświadczeń zagłębi korporacyjnych z Warszawy na inne miasta, ale nie będę się skupiać na tym, czy Mordor we Wrocławiu jest podobny do tego w stolicy, czy nie. Gazeta Mordor Voice koncentruje się wokół naszych, korpoludkowych problemów. Bo tylko my wiemy, co dzieje się za szybami biurowców w open space’ach, bez względu na 
miasto.

Mam nadzieję, że pokażemy to wspólnie w najbliższych wydaniach. Zapraszam do współpracy korpoludków , ale też uciekinierów z korpo ze wszystkich miast. Pokażmy razem, z przymrużeniem oka, otaczającą nas rzeczywistość…