Koszulki z jego sklepu mają w szafach tysiące Polaków, kolejne tysiące czytają jego blogi, a on i tak narzeka, że brakuje mu poczucia zwycięstw oraz pochwał, których we własnym biznesie nie doświadcza się tak samo, jak w korporacji.

Nie pozwalasz myśleć o sobie w kategorii „uciekinier z korpo”, dlaczego?
Michał Górecki: Bo lubiłem pracę w agencji interaktywnej i wcale nie musiałem, ani nie chciałem z niej uciekać. Wiele się w niej nauczyłem, nie mam też poczucia, że dawałem się tam żyłować jak klasyczny człowiek korporacji. Zawsze dbałem o work life balance, nie pracowałem po 10, 16 godzin, starałem się zachować równowagę pomiędzy pracą, a życiem prywatnym. Myślę, że w korporacji, której symbolem jest warszawski Mordor przy Domaniewskiej, nie wytrzymałbym nawet trzech dni. Za dużo we mnie buntownika, za szybko się nudzę i za bardzo cenię życie pozazawodowe, by dać się wcisnąć w pewne ściśle określone tryby. Nawet na studiach, na żadnym z kierunków nie udało mi się pozostać dłużej niż rok, bo nagle pojawiało się znużenie lub okazywało się, że gdzie indziej jest ciekawiej.

Gonienie króliczka jest fajniejsze niż złapanie go?
Chyba tak, choć jeśli gonienie, to bez zadyszki, bez zarzynania się. Chodzi o to, by cieszyć się biegiem, by potrafić doceniać ten stan. Chciałbym umieć to, co ci ludzie, którzy rzucają wszystko, wynoszą się z miasta w Bieszczady, poza wielkomiejski zgiełk i cieszą się spokojem, doceniając każdą chwilę.

Marzysz, by przestać pędzić?
Chodzi mi raczej o to, że chciałbym bardziej doceniać „tu i teraz”, cieszyć się tym, co mam, a mam przecież wiele: żonę, trójkę dzieci, własny biznes, w którym się realizuję, pewną równowagę finansową, wolność, spokój, jakiś komfort życia. Mam to, o czym marzy gros ludzi pracujących w Mordorze. Mogę sam decydować czy teraz pracuję, czy też popracuję później, a na razie pogram na PlayStation. Mogę wyjść na lunch i spędzić na nim tyle czasu, ile mi się podoba, i nikt mi nie zarzuci, że się obijam. Mam czas dla rodziny, sam decyduję, kiedy pojadę na urlop i na jak długo.

Więc co ci przeszkadza cieszyć się tym wszystkim?
Być może pewne przyzwyczajenia, jakaś pokorporacyjna skaza, która sprawia, że wciąż brakuje mi tego czegoś. Jedną z ważnych wad pracy w domu jest to, że nie ma wokół ludzi i człowiek czuje się bardzo samotny. Trochę umiera życie towarzyskie, bo nie ma się znajomych z pracy. Poza tym brakuje mi tego, że ktoś mnie pochwali, że powie: „stary, ale ekstra rzecz zrobiłeś”, „jesteśmy z ciebie dumni”. Kiedy pracujesz „na swoim”, sam musisz być sobie motywatorem i gratyfikatorem, a to jednak nie to samo. Poza tym, jak jest za spokojnie, za dobrze, zaczyna mi brakować adrenaliny. Już mnie coś świerzbi i uwiera, już kręcę nosem.

Może po prostu Bieszczady nie są dla ciebie?
Może. Ale z drugiej strony, jakoś taki stan mnie pociąga. Potrafić się zatrzymać i cieszyć się chwilą. Tymczasem zaobserwowałem u siebie, gdy już trochę pobyłem „na swoim” , że nie potrafię się niektórymi rzeczami cieszyć, bo mi… spowszedniały. To jest tak jak wtedy, kiedy jesz zbyt wiele słodyczy i choć naprawdę je lubisz, w pewnym momencie dochodzisz do granicy, a potem zaczynają się mdłości. Podobnie jest z ową wymarzoną wolnością. Mam mnóstwo swobody, ale weekend nie cieszy mnie tak, jak kiedyś po długim, ciężkim tygodniu pracy, gdzie w piątek padało się na pysk i z utęsknieniem wyglądało soboty. Dziś sobotę mogę sobie zrobić w dowolnym dniu tygodnia, ale ona nie smakuje już tak dobrze, jak dawniej.

Wielu osobom często wydaje się, że u sąsiada trawa zawsze jest bardziej zielona. Mnie pomarańcze najbardziej smakowały wtedy, gdy pojawiały się na gwiazdkę, jako towar luksusowy, niedostępny na co dzień.
Właśnie. Pamiętam, że jeszcze zanim na dobre wszedłem w rozkręcanie koszulkowo.com., wyjechaliśmy z żoną na dwa lata do Genewy, gdzie żona miała odbyć staż w ramach swoich korporacyjnych obowiązków, a ja pozostawałem bez pracy. Mogłem wtedy cieszyć się wolnością. Marysia zarabiała w korpo tyle, że nie musiałem pracować, mogłem się byczyć, uczyć się języka, robić co mi się żywnie podoba. I co? Tęskniłem za pracą. Ale gdy po powrocie do Polski wpadłem w wir nowych obowiązków, znów zamarzyłem za tym, co miałem w Genewie. I tak źle, i tak nie dobrze.

Człowiek potrzebuje równowagi…
No, właśnie. Wszelkie przegięcia odbijają się czkawką.

Powiedz to ludziom z korpo, zwłaszcza tym najambitniejszym. Latami wypruwają sobie żyły, by piąć się po szczeblach kariery, by mieć więcej i więcej.
Ja właśnie nie rozumiem takiego podejścia: „pozapieprzam do 40-ki, 50-ki, a potem sobie pożyję”. Dla mnie to kompletne nieporozumienie. Poza tym im jestem starszy, tym ślepy pęd do sukcesu coraz bardziej mnie obrzydza. Owszem sam wychowałem się w kulcie tego, co amerykańskie. W latach 80. XX wieku, USA i związany z nimi kult pieniądza, sukcesu, były pewnym ideałem. Dziś z perspektywy czasu patrzę na ten twór, jako na coś mocno niedoskonałego i zaburzonego. To jest pewnego rodzaju wynaturzenie, które wielu z nas toleruje, oddając swoje życie wielkim przedsiębiorstwom.

Oddając życie?
A jak to inaczej nazwać? Ludzie większość czasu spędzają w pracy. Nie pozwalają sobie nawet na przerwę na lunch, podejrzewając, że może być to niemile widziane przez górę. Przez lata rezygnują z urlopu, a jak już się na niego wybiorą, pozostają przywiązani do laptopa i smartfona. Śmieciowo żyją, śmieciowo się odżywiają. Dzień w dzień kupują żarcie od Pana Kanapki, a potem konsumują je, nie odrywając wzroku od klawiatury. Po upadku PRL Polacy rzucili się na amerykańską wizję sukcesu „od pucybuta do milionera” jak Reksio na szynkę i od 25 lat im nie przechodzi. A moim zdaniem, to nie jest życie, lecz pewien rodzaj dzikiego głodu, który przesłania to, co w życiu ważne.

A co jest ważne?
Dla mnie na pewno nie kasa i nie ona jest celem, do którego dążę. Nigdy nie miałem ambicji zostania milionerem, nigdy też pieniądz nie był dla mnie motywatorem, a raczej pewnym dobrze widzianym elementem, ułatwiającym życie. Fajnie, gdy jest i go nie brakuje, ale nie musi być w nadmiarze. Ważna jest rodzina, ważne jest tworzenie czegoś wspólnie, ważne by mieć otwarte oczy i umysł, by podejmować właściwe decyzje, nie przegapiać możliwości, jakie podsuwa ci los.

Sądzisz, że jest szansa, by w Polsce zaczęło się zmieniać podejście firm do pracowników i samych pracowników do życia zawodowego?
Nie wiem. Wydaje mi się, że bez pewnych rozwiązań systemowych to się nie uda. Jeśli nie będzie odgórnych wytycznych, odpowiednich uregulowań prawnych, które tego nie narzucą, to wątpię. U nas nie ma takiej kultury jak w Szwajcarii czy w Szwecji, gdzie zupełnie naturalnym jest na przykład, że ludzie szanując swoją przerwę na odpoczynek w trakcie dnia, wychodzą zjeść jakiś dobry posiłek, idą na spacer, a potem dopiero wracają do roboty. Ale i u nich oprócz pewnej kultury, jest też odpowiednie prawodawstwo, które nie pozwala im np. odkładać urlopu w nieskończoność lub odbierać go sobie w formie pieniężnej rekompensaty. I takie rozwiązania czynią dopiero sytuację klarowną, bo narzuca ona pewne zachowania i pracownikom, i pracodawcom. Ci ostatni przecież zawsze będą za cel stawiali sobie zysk, więc dopóki będą mieli przyzwolenie na osiąganie go bez stawianych im przez prawo barier, raczej nie oczekiwałbym, że z tej okazji nie skorzystają.

A ty, jak się w tej Polsce dalej widzisz? Jakie masz dalsze plany życiowe, zawodowe?
Szukam sposobów na bycie szczęśliwym. Robię to rozglądając się wokół. Uczę się, dojrzewam, weryfikuję priorytety. Nie snuję też jakichś dalekosiężnych planów, bo dzisiejsza sytuacja na rynku na to nie pozwala. Zawodowo staram się po prostu nie nudzić, więc jeśli na horyzoncie pojawiają się ciekawe projekty, chętnie w nie wchodzę, ale bez napinania się, bez szaleństwa.

Zamiast pędu, wolę trucht. Może się starzeję (śmiech).