Co takiego się stało, że odszedłeś z korporacji robić biżuterię?

Grzegorz Wojdak: Zwykły przypadek. Z żoną, Lusią, zamówiliśmy obrączki, które miały być fajniejsze niż ślubne. Okazało się bowiem, że renomowana firma zupełnie je spartoliła, a my nie odebraliśmy ich, tylko wkurzyliśmy się niesamowicie. Jakoś w tym czasie Lusia znalazła w necie pierścionek z czaszką, który bardzo jej się spodobał. Nawet do ślubu kościelnego byłem „ubrany” w czaszki, więc stwierdziłem, że w zasadzie możemy mieć takie czaszkowe obrączki, powiedzmy sygnety.

Mam przed sobą łysego faceta z dziarami i artystyczną duszą. To jak się zaczęła twoja przygoda?
Artystycznej duszy, to może odrobinę miałem, gdy jeszcze byłem dzieckiem i rzeźbiłem ludziki z kory. Całe moje życie było tak naprawdę związane ze sportem i informatyką. A jak otworzyłem Custom Rings? Dzięki żonie. Znalazła stronę, ja wybrałem sygnet, zamówiliśmy. Dopiero jak dostaliśmy paczkę, dowiedziałem się, że to cudo przyleciało z Tajlandii. Jak to, kurde, z Tajlandii? Nie było nic bliżej? Okazało się, że nie. Szybki research pokazał, że mamy niszę.

Czy wtedy pojawiła się pierwsza myśl, otwieram sklep?
Dokładnie; zastanawiałem się może z pół godziny, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Tajlandii. Telefon odebrał „szef”, który po 5 minutach rozmowy łamaną angielszczyzną potwierdził, że mogę być jego dystrybutorem. Chyba jeszcze tego samego dnia złożyłem pierwsze zamówienie.

Na początku sprzedawałeś biżuterię, którą produkował ktoś inny?
Tak, i w zasadzie nieznany projektant. Dziarałem się akurat w Junior Ink’u i chłopaki pomogli mi znaleźć złotnika (Gene), z którym współpracuję do dziś. W tej branży nie znałem nikogo i nie umiałem kompletnie nic. Dogadaliśmy się gdzieś na kawce. Zajebiście, robimy! Ja będę sprowadzał, on poprawiał i wrzucę do oferty jego wzory.

Czyli to nie była dystrybucja na wyłączność?
Powiedzmy, że on sobie, ja sobie – jako Custom Rings. Stworzyłem stronę internetową, zrobiłem sesję zdjęciową pożyczonym aparatem, obrobiłem fotki. Wystawiłem wszystko na Allegro. Myślałem, że to dobry pomysł, ale niewiele się sprzedawało.

Dlaczego?
Nie mamy w Polsce kultury noszenia biżuterii przez mężczyzn, w szczególności takiej. Powiedziałem sobie, dobra, fajnie, jakoś się rozkręci, od czegoś trzeba zacząć. Po około miesiącu na Allegro dostałem zamówienie na zaprojektowanie pierwszego naszyjnika ze złota w „moim” stylu. Pierwsze wzory wyrzeźbił Gene, bo ja się bałem, nigdy nie rzeźbiłem w wosku.

W jaki sposób wykonuje się takie rzeźbienie?
„Wiesz co, Grzesiek, masz tu kawałek wosku i weź to wyrzeźb” – pierwszy wzór wyrzeźbiłem szpilką i nożykiem kuchennym. Stworzyłem tak kilka wzorów, ale bardzo szybko rozpocząłem przygodę z projektowaniem 3D, ze względu na możliwości druku 3D, a do tego zawsze można zrobić CTRL+Z. Projektowanie na komputerze, to również masa pracy, ale bezpieczniejszej. Cała reszta pozostaje jednak starą szkołą, czyli jest procesem ręcznym.

Artysta, ale nowoczesny.
W sumie tak, choć nigdy nie czułem się artystą. To ludzie dookoła i klienci określają mnie czasem tym mianem. Ja natomiast widzę, że mogę lepiej i codziennie uczę się, aby kiedyś zasłużyć na to określenie. Z projektowaniem na komputerze jest tak jak ze szlifowaniem. Kiedyś nie było pilników, a teraz są, więc jest łatwiej. Liczy się to, co mamy w głowie, a narzędzia pomagają nam to stworzyć. Moim narzędziem jest oprogramowanie i drukarki 3D.

Jak udawało ci się łączyć to wszystko? Praca, dom, rodzina, dziecko?
Ciężko. Założyłem Custom Rings niedługo po narodzinach córki i chwilę przed rozpoczęciem budowy domu. Sprzedaliśmy mieszkanie, wyprowadziliśmy się do mojego przyjaciela. 6-miesięczna córka, pies i nas troje dorosłych w małym dwupokojowym mieszkaniu z pokojem przechodnim. I tak półtora roku. Żona nie pracowała, ja robiłem etat w Citi, czasami drugie tyle na nadgodzinach, po pracy firma, projektowanie, obrabianie zdjęć, zarządzanie stroną internetową, prawie codziennie doglądałem budowy domu. Przez dwa lata poświęcałem średnio 2,5 godziny dziennie na sen. Wtedy właśnie wyłysiałem i postarzałem się (śmiech-red).

Teoretycznie problemy, ale jednak wszystko szło do przodu.
Tak, szło do przodu, ale wg „mojego” planu. Z drugiej strony stały oczekiwania ludzi, którzy widzieli, że coś jest nie tak. Widzieli, że nie śpię trzecią dobę i z otwartymi oczami zawieszam się przy stole, a po 20 minutach odpowiadam na pytanie, nie wiedząc, że miałem black-out. Non-stop niewyspany, non-stop na kawie, non-stop na wysokich obrotach.

To kiedy zaczęło się uspokajać?
Jakoś po pięciu latach prowadzenia CR i ciągłej walki jak w kalejdoskopie: z nadzieją, że się uda, nie zrezygnuję, rzucę to w kąt, oleję, będę siedział tylko w korporacji i od początku uda się, nie zrezygnuję, wytrwam. Dzięki zarobkom z CR najpierw odpuściłem nadgodziny. Następnie zacząłem spotykać się z kumplami z dzieciństwa i młodości, którzy wcześniej musieli umawiać się ze mną przez Lusię, bo ja stale nie miałem czasu. Zmieniłem dział i przestałem pracować na nocki. I tak powoli odcinałem rzeczy, które zabierały mi czas na „życie poza korpo”.

Odcinałeś, odcinałeś i dochodzimy do momentu, w którym stwierdziłeś: „zrywam z korporacją”.
Oj bardzo długo do tego dochodziłem i tak na dobrą sprawę nawet na samym końcu nie byłem pewien. Trzymało mnie to, że informatyka i korporacja daje stabilność. Do tego wiecznie obietnice awansu. W korpo łatwiej jest zmienić dział i „wskoczyć” na wolne stanowisko, niż wytrwałą pracą w jednym dziale doczekać się awansu. Początkowo wierzyłem, że korporacja to jest to, ale niestety po kilku latach zwątpiłem. Najlepsze oceny, a takie same zarobki jak trójkowicze, bo „im też trzeba było wyrównać”, obietnice awansu, a obok znajomi „wyskakują” sobie lepsze i lepsze stanowiska. Motywacja spadła do zera.

Więc się zbuntowałeś.
Wyznaczyłem sobie deadline, który znów z nadzieją wydłużyłem o trzy miesiące do końca stycznia, ponieważ to wtedy głównie dowiadujemy się o awansach, a na ten właśnie, obiecany od kilku miesięcy, czekałem. Dobre newsy od szefostwa niestety nie przyszły, bo „jeszcze trochę, jeszcze chwilę”.

Dlaczego nie chciałeś po prostu zmienić pracy?
Dziesiątki rozmów ze znajomymi uświadamiają, że wszędzie jest tak samo. Kilka lat prowadzę Custom Rings i wiedziałem, że to działa, mam klientów i zarabiam na tym „P”rzyzwoicie. Lepiej mieć rodzinę, przyjaciół i czas na wydanie „P”, niż nie mieć na nic czasu, bo wtedy pieniądze się nie liczą.

Jesteś teraz szczęśliwy?
Bardzo. Dużo bardziej niż byłem. Jestem spokojny, wolny, szczęśliwy. W zasadzie, to mógłbym powiedzieć, że realizuję moje nowe życie tak, aby być szczęśliwym dniem codziennym, zamiast planować „szczęśliwe” chwile.

Równowaga nastała.
Tak i każdemu jej życzę.

Trzeba zaznaczyć, że nie sprzedajesz biżuterii tylko w Polsce, ale również na świecie.
Oprócz sklepu internetowego, współpracy z salonami Harley Davidson i zamówień mailowych czy telefonicznych, ponad trzy lata temu założyłem konto na portalu Etsy.com, które otworzyło furtkę na cały świat. Mam klientów w 35 krajach i zrealizowałem prawie 700 zamówień z samego Etsy. Polecam każdemu.

W takim razie życzę ci owocnych pomysłów i dużo czasu na ich realizację.
Oj, tych owocnych pomysłów jest tysiąc pięćset, dwa dziewięćset i dużo czasu bardzo się przyda. Pracuję właśnie nad nowymi wzorami obrączek ślubnych i pierścionków zaręczynowych, oczywiście z czaszkami.

Dobrze więc, że mam resztę życia przed sobą.

Więcej na: https://customrings.pl/