Zawodowo od ponad 40 lat związany z międzynarodowym biznesem high-tech. Pracował w korporacjach na czterech kontynentach. Zasiadał na stanowiskach zarządczych w międzynarodowych koncernach, m.in. Nortel, Hitachi, Alcatel. Dziś – ciągle aktywny zawodowo – wiele swojego czasu poświęca na promocję zdrowego trybu życia, wykorzystującego dalekowschodnie systemy ćwiczeń.

Zainteresował się pan azjatyckimi sztukami walki oraz filozofią Dalekiego Wschodu, bo…?
Jan Gliński: Może odpowiem pytaniem. Wie pani, dlaczego japoński łuk różni się tak bardzo od łuków, jakie mamy na Zachodzie?

A różni?
Owszem. Jest bardzo długi, ma ponad 2 metry. Używa się go w łucznictwie ceremonialnym (Kyūdō), wywodzącym się z tradycji samurajskich. W Japonii mówi się, że gdy łucznicy na Zachodzie strzelali z łuku i nie trafiali celu, zastanawiali się: „co jest z tym łukiem nie tak?”, po czym zaczynali pracować nad udoskonalaniem sprzętu. Dlatego w naszej kulturze mamy obecnie wiele rodzajów łuków, o różnym stopniu skomplikowania. Natomiast w Japonii od wieków łuk pozostawał niezmienny, ponieważ gdy łucznik chybiał celu, zadawał sobie pytanie: „co ze mną jest nie tak, że nie trafiam?”. I zaczynał doskonalić siebie.

Szukał pan równowagi między tym co zewnętrzne, a tym co w środku?
Dokładnie, choć wydawać by się mogło, że wtedy, kiedy ja zaczynałem swoją pracę w korporacji, a było to w czasach, gdy świat nie znał jeszcze nawet faksu, o pewną równowagę, harmonię ze światem było chyba trochę łatwiej. Ale i za moich czasów, gdy pracowało się dla dużych koncernów, nieustannie człowiek był w podróży, na spotkaniach biznesowych, spędzał w pracy po 16 godzin dziennie, podejmował ważne decyzje, stale miał do czynienia z nieprzewidywalnymi zdarzeniami, na które musiał szybko reagować. To oczywiście też generowało stres, ciało buntowało się, co w efekcie, po wielu latach takiego życia i w połączeniu z kontuzjami wynikającymi z uprawiania sportów kontaktowych, skutkowało u mnie poważnymi problemami z kręgosłupem. Już prawie leżałem na stole operacyjnym.

I jak udało się panu wywinąć?
Właśnie dzięki odpowiednim ćwiczeniom. Na początku, gdy zacząłem latać do Japonii (a wówczas jak już firmy wysyłały kogoś w zagraniczne delegacje, to te mogły trwać i miesiąc), zainteresowałem się Kyūdō, którego później uczyłem się, pracując parę lat w Tokyo w latach 80. XX wieku. Brakowało mi jednak czegoś, co pozwoliłoby mi trenować każdego dnia, a nie tylko w specyficznych warunkach. Przyzna pani, że częste zagraniczne wyjazdy służbowe z ponad 2-metrowym łukiem mogą być kłopotliwe.

Może (śmiech).
Kiedy więc na dłużej trafiłem na placówkę w Paryżu, zacząłem szukać mistrza, pod okiem którego mógłbym rozpocząć przygodę z Taijiquan. To chińska sztuka walki, niekiedy nazywana medytacją w ruchu, która koncentruje się na koordynacji działania ciała i umysłu. Nie wymaga żadnego oprzyrządowania, można ją wykonywać niemal w dowolnym miejscu: w parku, pokoju hotelowym, gdziekolwiek. Wystarczy tylko 15-20 min. dziennie regularnego treningu, Qigongu czy Taiji, by zapewnić sobie zdrowie i niemal całkowicie wyeliminować negatywne skutki tzw. siedzącego trybu życia. To właśnie dzięki tym dyscyplinom, już po dwóch latach treningów, przestałem mieć jakiekolwiek problemy z kręgosłupem. Pamiętam nawet, że pewnego dnia, po corocznych kompleksowych badaniach, na jakie firma obowiązkowo wysyłała swoich menedżerów, zostałem wezwany na rozmowę przez jednego z lekarzy. Byłem już wtedy po czterdziestce i pomyślałem: „Oho, coś znalazł”, bo w tym wieku menedżerzy w korporacjach już zaczynali się sypać. Poszedłem do niego z duszą na ramieniu, siadam, a on mówi: „To teraz niech mi pan wytłumaczy, jak to się dzieje, że z roku na rok pana koledzy z firmy czują się coraz gorzej, a pan ma coraz lepsze wyniki”. Dziś mam 65 lat i wciąż czuję się znakomicie.

Patrząc z punktu widzenia człowieka korporacji, co dały panu lata z Taijiquan?
Przede wszystkim wolność od bólu, a to już diametralnie sprzyja poprawie nastroju, motywacji, zmianie podejścia do życia, etc. Poza tym Taijiquan zwiększa harmonię między obiema półkulami mózgu i w efekcie poszerza zdolności poznawcze. Człowiek zaczyna lepiej wyczuwać trendy czy zagrożenia, jakie się wokół niego pojawiają. Sprawniej i skuteczniej reaguje na wszelkie nietypowe sytuacje, co w biznesie jest nie do przecenienia. Niejako osadza się w sobie, staje się mniej oceniający, a bardziej obserwujący. Bardziej akceptuje siebie, a jednocześnie nabiera do siebie dystansu, jest bardziej zrównoważony, a mniej emocjonalny. Zamiast spojrzenia tunelowego, zyskuje szerszą perspektywę. Proszę to wszystko przełożyć teraz na korzyści jakie ma z tego firma. Zyskuje zdrowszego, bardziej efektywnego, pozytywniej nastawionego do swoich obowiązków pracownika. Zwłaszcza dziś, gdy gros koncernów traci miliardy dolarów związane ze zdrowotnymi absencjami i zmniejszoną efektywnością pracowników, spowodowaną problemami ze zdrowiem, dbałość o takie formy aktywności jak Taijiquan powinna się stać jednym z kluczowych priorytetów w zarządzaniu personelem.

Ale przecież korpoludzie ćwiczą. Proszę zobaczyć, jak modne stało się dziś choćby bieganie.
Rzecz w tym, że większość współczesnych pracowników korporacji podchodzi do ćwiczeń, jak do wszystkiego innego w swoim życiu, czyli nadmiernie ambitnie, nadmiernie wysiłkowo, za bardzo rywalizacyjnie i dorywczo. A w dzisiejszych czasach nasze organizmy nie potrzebują już więcej walki. Dostatecznie wiele mają jej na co dzień. Poza tym pamiętajmy, że jakakolwiek wojna zawsze jest wyniszczająca, dlatego warto sięgać po takie rozwiązania, które raczej pokażą nam, jak wygrać rozgrywkę nie walcząc. A tego uczy właśnie np. Taijiquan – energia świadomego ruchu.

W pewnym momencie postanowił pan porzucić korporacyjne życie. Nie rezygnując z biznesu całkowicie, bo przecież nadal doradza pan korporacjom na świecie, ale w dużej mierze jednak skupiając się na promowaniu zdrowego stylu życia. Dlaczego stało się to dla pana tak ważne?
Po kryzysie internetowym w 2002 roku i ekonomicznym w 2008, zarówno świat, jak i korporacje bardzo się zmieniły. Dziś jest w nich znacznie więcej chaosu, biurokracji, więcej rozmycia decyzyjnego, bicia piany i generowania negatywnych trendów. To czyni ludzkie życie bardziej stresującym i skomplikowanym. Rozwój nowych technologii sprawił, że ludzie muszą dziś przetwarzać niewiarygodną ilość informacji, żyją w ciągłym biegu, w napięciu, jedzą byle co i mimo tego ogromnego tempa, mało się ruszają. Ostatnio, będąc zaproszonym w roli konsultanta do jednego z dużych przedsiębiorstw, miałem okazję obserwować zebranie menedżerów. Kilkanaście osób, średnia wieku 30-35 lat i wszyscy pozginani, poskręcani, z nadwagą. A przecież to właśnie od nich powinien iść przykład. Obserwując jak to wszystko wygląda i dokąd zmierza, zdecydowałem się założyć Fundację Dantian i skupić na wspieraniu ludzi w przywracaniu w ich życiu równowagi.

Sam będąc szefem, promował pan zdrowy styl życia wśród swoich pracowników?
Kiedy tylko się dało. Gdy widziałem, że jakiś finansista jest tak zestresowany, że ręce mu się trzęsą i nie może utrzymać filiżanki, radziłem jaki rodzaj ćwiczeń może mu pomóc ostudzić emocje. Nie, nie wepchnąć je pod dywan, ale wyciszyć je tak, aby móc racjonalnie myśleć i nie spalać się w ich ogniu. Gdy planowałem trzydniowy wyjazd strategiczny z zespołem, zawsze w programie znalazł się czas na ćwiczenia. Podpowiadałem też pracownikom, gdzie, do kogo, do jakiej szkoły warto chodzić, jaki instruktor jest godny polecenia, itd. Głęboko wierzę bowiem w to, że przykład musi iść z góry, bo bez działań odgórnych, bez zmian systemowych, niewiele uda się nam osiągnąć.