„Łukasz, przecież ty w życiu śrubokręta w ręce nie trzymałeś, a nagle chcesz zakładać jednoosobową manufakturę?” – łapali się za głowę znajomi. Ale się uparł. Rzucił korpo i zaczął dłubać.

Pracowałeś przez siedem lat w Rabenie, potem podkupił cię DHL. Wszystko szło w najlepsze, a ty nagle: „bach”. Rzucasz to wszystko w diabły i bierzesz się za biznes, w sukces którego w sumie nikt nie wierzył.

Łukasz Marzecki: Szaleństwo, nie? Z drugiej strony, wielu moich znajomych, krewnych, mój brat, mieli własne biznesy. To był jakiś impuls, chęć decydowania o tym, co robię, bycia sobie sterem i okrętem, wpływania na to, jak biznes ma wyglądać i jak ma się rozwijać. Poza tym mocno mnie bodła od środka potrzeba stworzenia czegoś autorskiego, a nie tylko odtwarzania i wykonywania poleceń. Choć w korporacji pracowałem na stosunkowo samodzielnych stanowiskach, związanych ze sprzedażą, mimo wszystko daleko było temu do pełnej swobody, nie mówiąc już o kreowaniu czegoś.

Ale przecież wcześniej nie miałeś doświadczeń z pracą stricte manualną ani zainteresowań w tej dziedzinie, więc skąd nagle taki zew handmade?

Wszystko zaczęło się w 2009 r. podczas świąt Bożego Narodzenia. Pakowaliśmy z moją ówczesną dziewczyną prezenty świąteczne. Ponieważ ona zajmowała się decoupagem, wiele naszych opakowań było drewnianymi, ręcznie zdobionymi pudełkami. Jeden z prezentów dla kogoś stanowiły okulary. Spojrzałem na nie i pomyślałem: czy można by wykonać je z drewna? Sprawdziłem w internecie, czy ktoś w ogóle wpadł już na taki pomysł. Okazało się, że w wyszukiwarkach w języku polskim nie było wtedy o tym nawet słowa. Ten pomysł jakoś się we mnie zagnieździł i nie dawał mi spokoju. Zaczęły się długie rozmyślania, jak się za to zabrać. Pierwszą piłę kupiłem za 7 zł w dyskoncie. Potem był pierwszy kontakt z drewnem i… wiedziałem, że jestem stracony. Zakochałem się w tym materiale.

Twoje pierwsze drewniane oprawki…

W ogóle nie przypominały okularów. Co więcej, wciąż miałem plan, żeby stworzyć takie, które nie będą jedynie gadżetem, lecz profesjonalnym produktem. Takie, które np. można podgrzać przy zausznikach i dopasować do twarzy, w które można włożyć dowolne szkła (przeciwsłoneczne, korekcyjne, itd.), które są nie tylko piękne, ale i w pełni funkcjonalne. Początki moich eksperymentów nie zapowiadały się jednak szczególnie optymistycznie. Dodatkowo musiałem do wszystkiego dochodzić sam, bo gros stolarzy, których pytałem jak wykonać to i to, żeby uzyskać taki a taki efekt, odpowiadało jednogłośnie: „nie da się”. Założyłem sobie zeszyt z loginami do wszystkich portali i forów stolarskich, szkutniczych, itp. Zadawałem mnóstwo pytań, udając studenta politechniki wydziału architektonicznego, który pracuje nad super technologią dla szejków z Dubaju. A ponieważ ci są bardzo wymagający i nieugięci w swoich oczekiwaniach, ja również jestem w tych swoich poszukiwaniach tak irytująco dociekliwy (śmiech).

Ile trwało zanim uzyskałeś zadowalający efekt?

Samo opracowywanie odpowiedniej technologii trwało w sumie trzy lata. Potem jeszcze kolejny rok, dopracowywanie szczegłów i strategii sprzedażowej.

Wszystko to działo się już poza życiem korporacyjnym?

Nad technologią zacząłem pracować jeszcze będąc na etacie w korpo, ale coraz bardziej myślami uciekałem do warsztatu w moim domu. W końcu rzuciłem korpo, bo coraz bardziej mnie uwierała i zamknąłem się w swoim raju. Telefony wciąż jednak dzwoniły, z kolejnymi intratnymi propozycjami pracy. Nie byłem pewny ile czasu zajmie mi dochodzenie do stanu, kiedy uzyskam produkt nadający się do sprzedaży. Dlatego pewnego razu uumówiłem się z biznesmenem na rozmowę o pracy. Włożyłem garnitur, zawiązałem krawat i poczułem, że się duszę. Nie pojechałem na to spotkanie. Wtedy chyba zrozumiałem, że dla mnie już raczej nie ma odwrotu.

Nie nachodziły cię wątpliwości, rezygnacja? Przecież gwarancji na sukces nie miałeś?

To zależy, co jest dla kogo sukcesem. Moim celem było stworzenie oprawek idealnych. Tak więc, mimo że marka Niebagatela jest już na rynku znana i doceniana przez klientów nie tylko w Polsce, ale i na świecie, wciąż nie mogę mówić o sukcesie, bo wciąż udoskonalam swoje oprawki, wciąż ulepszam technologię ich wykonywania, wciąż rodzą mi się w głowie nowe pomysły, nowe wzory. Zresztą mam nadzieję, że jeszcze długo nie osiągnę ideału. Udało mi się stworzyć naprawdę dobry produkt klasy premium. Włożyłem w to mnóstwo pracy. Jestem zadowolony, klienci również, ale wiem, że ten produkt może być jeszcze lepszy, jeszcze ciekawszy, jeszcze bardziej funkcjonalny, jeszcze piękniejszy. Tak więc, odpowiadając na twoje pytanie: nie, nie miałem wątpliwości, że mi się uda. Po prostu musiałem tylko zdobyć odpowiednią wiedzę i umiejętności, żeby uzyskać to, co chciałem.

Twoje oprawki w serialu „Rodzinka.pl” nosiła Małgorzata Kożuchowska, z tego co słyszałam, pojawiły się też w innej filmowej produkcji na nosie Weroniki Rosati, a jedna z czołowych polskich projektantek chciała, byś robił je dla jej marki. To nie sukces?

Nie ma większej radości niż widzieć, że twoje oprawki nosi jakaś piękna kobieta i że one dodatkowo jeszcze podkreślają jej urodę. Jeśli noszą je znane osoby, to zawsze działa dobrze marketingowo. Ale jak mówiłem, dla mnie sukces, to przede wszystkim udoskonalać swoje dzieło. Gdyby mi zależało wyłącznie na sukcesie finansowym, to pewnie zgodziłbym się na propozycję tej znanej projektantki albo inwestorów, którzy gotowi byli kupić ode mnie moją technologię za ciężkie pieniądze. Albo w ogóle postawiłbym na zakup gotowców z Chin i zajął się odpowiednim marketingiem i sprzedażą takiego produktu, zamiast godzinami ślęczeć w warsztacie, produkując własnoręcznie maksymalnie 80 sztuk miesięcznie, zamiast 800, bo w sumie na tyle mam miesięcznie zleceń. Mnie jednak nie o to chodzi. Niebagatela to moje dziecko, a dzieci się nie sprzedaje.

Niemniej, gdybyś miał inwestora mógłbyś zatrudnić kogoś do pomocy i produkować więcej sztuk miesięcznie, realizować więcej zamówień.

Tylko czy więcej znaczy lepiej? Niedawno zatrudniłem pewnego chłopaka do pomocy, ale i tak muszę wszystko nadzorować, bo widzę, że jak czegoś nie robię osobiście, to o podobną mojej perfekcję i zaangażowanie trudno. Podobnie wygląda kwestia inwestora. Oczywiście, że by się przydał i składano mi już kilka propozycji, tyle że ja szukam kogoś, kto podzielałby też moją pasję do tego, co robię, bo wówczas jest znacznie większa szansa, iż działanie nie pójdzie w ilość kosztem jakości.

Wygrałeś konkurs Miasta Warszawy na najbardziej kreatywny biznes, o twoje oprawki biją się klienci z Singapuru, masz stałe zamówienia na swój produkt od optyków i klientów indywidualnych, to musi cieszyć.

Jasne, że tak. Choć z drugiej strony siedzę w warsztacie od rana do nocy, nie mam czasu na spotkania, na marketing. Stałem się odludkiem (śmiech).

Żałujesz?

No, coś ty?! Ja to kocham. Uwielbiam! Wykonuję swoją pracę z radością. Czuję dumę, gdy uda mi się coś poprawić; radość, gdy z produktu zadowoleni są klienci.

Powiedziałeś, że nie ma nic przyjemniejszego, niż gdy piękna kobieta sięga po twoje oprawki. Przyznaj, kluczowa jest tu kobieta, czy jednak oprawki, które się na niej dobrze prezentują?

Hmmm, dyplomatycznie odpowiem, że oczywiście oba czynniki są tu niezwykle satysfakcjonujące. Ale wiesz, jako twórca raczej skupiam się na tym jak ładnie oprawki prezentują się na pięknej kobiecie. Cóż, przekleństwo kreatywnych (śmiech).

Justyna Szawłowska