Korporacja to środowisko na tyle specyficzne, wykreowane z tak różnorodnych i odmiennych cech, że dla jednych stanowi koszmarną, stresującą, przytłaczającą rzeczywistość, podczas gdy inni pływają w niej niczym ryby w wodzie. Oddychają rozrzedzonym, korporacyjnym powietrzem, czując, że naprawdę żyją jedynie w środowisku okołobiurowym.

Sytuację możemy przyrównać do specyfiki wojskowej. Albo potrafisz się podporządkować, wpasować, opracować metodę postępowania, albo służba będzie dla ciebie koszmarem. Korporacyjna rzeczywistość przeżuwa niektóre kariery, na zawsze pogrążając je w gęstym sosie rozczarowania i stagnacji, kęs po kęsie odbierając nadzieję na awans, inne zamieniają się w opowieści o kompetentnym, cwanym lub służalczym żebraku, który zostaje księciem lub nawet zasiada na tronie. Bywa, że w jednym biurze na zawsze pozostajemy przeciętniakiem, a po zmianie otoczenia, przesuwamy się o kilka miejsc w wyścigu szczurów.

Łatwo przegapić moment, w którym zostajemy na zawsze skreśleni przez kierownictwo, obciążeni łatką pracy u podstaw i pozostanie nam już tylko walenie głową w mur. Trudno odejść, gdy zainwestujemy kilka lat naszego życia oraz hektolitry wylanego potu w próbę udowodnienia swojej wartości.

Marek, którego prawdziwej tożsamości nie zdradzimy z uwagi na niechęć do wskazania nazwy firmy, którą opuścił, w taki sposób opisuje moment zwrotny:
– Spędziłem ponad trzy lata w biurze, pracując jako swego rodzaju goniec czy asystent.
Stopniowo zakres moich obowiązków zwiększał się, a ja nie otrzymywałem wyższego wynagrodzenia. Zamiast tego, z licznych, ustnych pochwał, mógłbym zbudować całe miasteczko. Zaciskałem zęby, powtarzałem sobie, że w ten sposób zasłużę na awans. Pod koniec, oprócz przygotowywania papierologii, odbierałem telefony reklamacyjne od klientów, świeciłem oczami w imieniu kierownictwa. Gdy nadszedł czas kolejnej rekrutacji na wyższe stanowisko, okazało się, że konkursu nie będzie – menedżer wskazał swojego kolegę, którego po prostu najbardziej lubił. Wypowiedzenie złożyłem jeszcze tego samego dnia.

Historia Marka to przykład uniwersalny, z podobnymi przypadkami mamy do czynienia w wielu środowiskach pracy.

Modelowym przykładem zasiedzenia się w korporacji jest przypadek Małgorzaty:
– Na początku bardzo się starałam, wykonywałam swoje obowiązki szybko i skutecznie. Z upływem miesięcy powtarzalność zaczęła mnie męczyć, a moi koledzy, którzy nie przykładali się do pracy zarabiali takie same pieniądze, tyle, że bez sporej dawki stresu, która zżerała mnie od środka. Gdy pojawiła się sposobność awansu, byłam tak roztrzęsiona, znerwicowana i rozczarowana, że wypadłam blado na tle wypoczętych, uśmiechniętych współpracowników. Dla kierownictwa na zawsze pozostałam jedynie trybikiem, który spala się nawet w prostych zadaniach. W przyszłości w ogóle nie byłam brana pod uwagę podczas rekrutacji.

Smutna historia Małgorzaty stanowi przestrogę, aby mądrze rozkładać siły w korporacyjnym wyścigu. Co więcej, jeśli jesteś osobą, która tak jak nasza bohaterka, nie potrafi wybiórczo przykładać się do obowiązków, na dłuższą metę nie masz czego szukać w korpo. Solidny, nadaktywny i uczciwy pracownik ma niewielkie szanse na sukces. Zanim wylejesz łzy rozczarowania, wiedz, że jeśli przejawiasz wymienione przeze mnie cechy, jesteś nie tylko dobrym człowiekiem, ale i idealnym kandydatem do normalnego środowiska pracy, gdzie możesz zostać doceniony!

Mateusz, wieloletni korpoludek zgodził się podzielić z wami taką oto historią:
– Pracowałem w poprzedniej korporacji cztery długie lata. Zaczynałem „na słuchawce”, potem obsługiwałem reklamacje pisemne, by stopniowo przenieść się do tzw. backoffice’u. Zostałem bekapem jednego z teamów, produkowałem bezużyteczne raporty, układałem grafik, zarządzałem niewielką grupą. Wszystko oficjalnie wciąż na podstawowym stanowisku, za te same pieniądze. Gdy poruszałem temat awansu, przełożony sugerował, że robi wszystko, by stworzyć dla mnie odpowiednie stanowisko. Obiecywał, więc trwałem w zawieszeniu. Pewnego dnia okazało się, że mogą obyć się bez mojej pomocy, nowe stanowisko nie powstanie, a ja mogę cofnąć się o cztery lata i wrócić „na słuchawkę”. Odszedłem z biura i dziś pracuję w innej korporacji, gdzie system pracy i podział obowiązków są bardziej klarowne.

Pamiętajcie, Drodzy Pracownicy, Korpoludkowie tego świata, warto czasem poświęcić trochę czasu i energii, aby zasłużyć na awans, ale po pierwsze – tylko w firmie, która jest na odpowiednim poziomie, z przejrzystymi zasadami rekrutacyjnymi, po drugie, nie przegapcie momentu, w którym z takiego czy innego powodu zostaliście skreśleni. Jest wiele korporacji, w których możecie walczyć z targetami, poszukajcie tej najbliższej swojemu sercu!

Albert Kosieradzki