Gdy piszę ten materiał, mamy piątek, godzinę 15.30. Znaczna część korporacyjnego społeczeństwa znajduje się w tej chwili w blokach startowych do rozpoczęcia wymarzonego weekendu.

Za oknem pierwsze oznaki wiosny, obiecywana temperatura 14 stopni na plusie, ma szansę pierwszy raz w tym roku się ziścić, wyjątkowo w weekend ma być bez deszczu. Marzenie.

Taki sielski obraz faktycznie był możliwy w momencie, gdy: po pierwsze pracowałem w korporacji, a po drugie nie miałem dzieci. Piątek, godzina 17.00 – komputer wyłączony, myśli o pracy wyrzucone z głowy na ponad 48 godzin, zbiórka znajomych i uruchomiony „relax-mode” do poniedziałku.

Gdy pojawił się na świecie Młody (robocza nazwa potomka przekazywana w naszej rodzinie z pokolenia na pokolenie), weekend w jednej chwili znacząco się skurczył i zmienił swój charakter. Niemalże równolegle z narodzinami potomka wyskoczyłem z korporacji na własną działalność. Ci z was, którzy mają ten etap za sobą wiedzą, że pracując w swojej firmie nie da się wyłączyć myśli o pracy na kilka dni. Ba, nie da się na kilka godzin, a tu jeszcze mleko, pampersy, kolka, kupa, znowu mleko, kolejna kupa, kolejne pampersy, leć do apteki etc.
Owszem, mama ogarnia tego brzdąca doskonale, ale plan jest taki że po całym tygodniu pracy damy jej się wyspać i odpocząć. Tyle w teorii, bo Młody i tak wie swoje. Na dodatek, mając własną działalność, nie wyłączysz na weekend służbowego telefonu. Jeszcze gorzej, jeśli twój numer prywatny zrobiłeś także służbowym – awantura w domu w każdą sobotę gwarantowana.

Wyskoczmy na chwilę z weekendu i zobaczmy jak się pracuje w pierwszych kilku/kilkunastu miesiącach życia Młodego. A pracuje się bardzo ciężko, jeśli macie firmę blisko domu lub, o zgrozo, w domu. We własnej osobie doświadczyłem pracy (a raczej próby pracy) w osobnym pokoju, własnego mieszkania, w którym był z oczywistych względów Młody, jego mama, a moja żona, o wariackim labradorze nie wspominając. Jednym słowem – nie da się, zawsze jest tysiąc innych rzeczy do zrobienia i to na cito.

Inaczej to wygląda, gdy pracujesz w korpo. Nie ma przebacz, wychodzisz 7.30, wracasz najwcześniej o 17. W domu żona/mąż/opiekunka/ babcia/dziadek. Masz na koncentrację niczym niezmącone 8 godzin, wracasz do domu i jesteś w stanie poświęcić Młodemu resztę dnia. Tylko wówczas mało tej reszty i czekasz na weekend, aby spędzić z nim więcej czasu. Na własnej działalności jest odwrotnie – w tygodniu jesteś w stanie wygospodarować więcej czasu dla rodziny, ale przez to w weekend marzysz po cichu o spokojnym poniedziałku. Ten mały galimatias ulega uporządkowaniu, gdy zaczyna się żłobek lub przedszkole. Teoretycznie. Ale to historia na osobny artykuł.

PS. A w brzuchu w tej chwili jeszcze parka, będzie wyjątkowo ciekawie.

Korpotata