Poznajcie dziewczynę, która miała odwagę zrezygnować ze studiów prawniczych we Włoszech, bo jak sama mówi, wierzy w swoją intuicję i kiedy coś jej nie odpowiada, to nie kontynuuje tego. Postanowiła również po 10 latach pracy odejść z korporacji, a po kilku miesiącach wrócić, mimo plotek i narażenia się na nieprzychylne komentarze. A wszystko po to, by być w zgodzie z sobą, by być bliżej ludzi, by robić coś z pasją i dla pasji. Oto historia uciekinierki z korpo na opak.

Co cię skłoniło do odejścia z korporacji? Czy to brak awansu?

Patrycja Dreher: Nie, nie. Kiedy odeszłam z firmy, byłam pół roku po awansie, w zasadzie o dwa szczebelki w górę. Dostałam stanowisko koordynatora zespołu, zmieniłam też obowiązki procesowe. Miałam fajny team, fajne dziewczyny i dobrze mi się tam pracowało. Zajmowałam się też wieloma rzeczami na zewnątrz, a ponadto doszkalałam się, robiłam kurs trenerski. No i nagle przyszła do mnie bardzo fajna propozycja współprowadzenia i tworzenia różnych szkoleń i warsztatów. Stwierdziłam „teraz albo nigdy” i złożyłam wypowiedzenie.

To pewno był szok dla twoich przełożonych?

Był. Rozmawiałam z nimi dużo na ten temat. Czułam się w obowiązku, z uwagi na zaufanie, którym mnie obdarzyli, wytłumaczyć, skąd ta decyzja się wzięła. Poniekąd odchodziłam, żeby współpracować z osobą, która była znana u nas w firmie. Mam wrażenie, że szefowie zrozumieli moją decyzję. Dość długo nie mogłam się tak naprawdę rozstać z nimi, bo choć złożyłam wypowiedzenie, to później podpisałam jeszcze umowę o współpracy na zlecenie. Przychodziłam do biura co jakiś czas na kilka godzin, wspierałam ich, aż wreszcie zrezygnowałam całkowicie, bo musiałam się w tę moją nową działkę mocniej zaangażować. I nagle po kilku miesiącach, okazało się, że odchodząc, miałam trochę inną wizję tego co będę robić, inne oczekiwania. Szybka decyzja i zdecydowałam się wrócić do Heinekena. Dziwne to było, ale najbardziej brakowało mi ludzi.

Ale przecież to właśnie dlatego zrezygnowałaś z pracy w korporacji. Miałaś być bliżej ludzi.

Dzień w którym zakończyłam oficjalnie współpracę z Heinekenem, wcale nie był dla mnie dniem fajerwerków i otwierania szampana. Poczułam się mocno nieswojo, bo była to dla mnie bardzo duża zmiana. Nie było odgórnie wyznaczonych celów, narzuconych obowiązków. Większość czasu pracowałam z domu, bo warsztaty i projekty zajmowały mi dosłownie kilka dni w miesiącu. Coachingi prowadziłam przez Skype’a. Całe dnie siedziałam przed komputerem bez ludzi wokół. Wbrew pozorom wcale nie pracowałam mniej. Pracowałam więcej. Syn nawet kiedyś powiedział do mnie, że wolałby, żebym wróciła do tej starej pracy, bo teraz to już w ogóle nie mam czasu na nic.

Oj…

To było mocne przebudzenie dla mnie. Na wolnym rynku, żeby zarobić każdą złotówkę, musisz się bardzo dużo napracować, dużo z siebie dać. Żeby inwestować w siebie, inwestujesz z własnej kieszeni i na początku ci się to wcale nie zwraca. Ale to był taki rok, w którym zaczęłam też dużo pracować rozwojowo, brałam udział w takim wyzwaniu, które poniekąd zmieniło moje podejście do wielu spraw. Postanowiłam, że będę biegać. Zaczynałam od 2 km codziennie, do maksymalnie 14 km co drugi dzień. Nie można było odrobić lub nadrobić dystansu. Jak nie pobiegłaś, odpadałaś. Do tego dochodziło czytanie książek, robienie koktajli i generalnie praca rozwojowa nad sobą. Ostatecznie nie ukończyłam tego wyzwania, które trwało rok, bo zachorowałam na ospę półtora miesiąca przed końcem, ale i tak czuję, że zwyciężyłam.

A skąd wziął się pomysł bycia trenerem? Czy to na jakimś szkoleniu trener lub coach tak cię mocno zainspirował?

To nie była spontaniczna decyzja. Owszem, jestem spontaniczną osobą, ale staram się hamować, zwłaszcza jeśli chodzi o podejmowanie decyzji, które wiążą się z kosztami, a kurs trenerski nie należał do najtańszych. Trafiłam też na warsztaty talentowe, które pozwoliły odkryć moje mocne strony. Po zastanowieniu się, co mi sprawia największą satysfakcję, po uświadomieniu sobie, że jestem mocno zorientowana na ludzi i chciałabym im pomagać, wybrałam takie dwie drogi: w mojej obecnej pracy drogę rozwojową przyszłego TL, managera oraz poza pracą rozwój w kierunku trenerskim. Potrzebowałam odnaleźć czas tylko dla siebie. Często przychodzą do mnie dziewczyny, które są załamane, maja ochotę od razu odejść z firmy, ale często okazuje się, że to wcale nie praca jest problemem, tylko że brakuje im pasji, iskry w oku, jak o czymś mówią, odskoczni od codzienności.

Czy myślisz, że współczesne kobiety zapominają o sobie? Muszą się bardziej nagimnastykować, żeby znaleźć czas dla siebie pomiędzy pracą, wychowaniem dzieci, prowadzeniem domu?

Myślę, że my kobiety, jesteśmy bardziej obowiązkowe, więcej rzeczy sobie narzucamy, ale tak naprawdę kobiety i mężczyźni się tak wiele nie różnią. Ja i mój mąż funkcjonujemy na bardzo partnerskich zasadach, oboje mamy czas dla siebie i oboje zajmujemy się dziećmi. Kiedy zaczynałam pracę w Heinekenie, to z dnia na dzień okazało się, że mam wyjechać prawie na miesiąc. I nie miałam dylematu, że 1,5-rocznej córeczki nie zostawię, bo mój mąż sobie nie poradzi. W rodzinie wszyscy się martwili: „O Boże, jak Mateusz sobie poradzi?” Normalnie sobie poradził, po prostu, jest tatą.

Co chciałabyś robić przez pięć kolejnych lat?

Na pewno będę chciała kontynuować tę dwutorową działalność (korporacyjną i trenerską) i chyba nie chcę przynajmniej na razie, żeby któraś z tych dróg zwyciężyła. Wydaje mi się, że w korporacji, jeśli chce się tylko klepać, to zawsze można to robić, ale jeśli chce się czegoś więcej, to można, tylko trzeba poszukać możliwości. W mojej organizacji szukam właśnie okazji, żeby pokazać innym, czego się nauczyłam podczas tego półrocznego restartu i być może zainspiruję kogoś swoją historią. Może zmieni coś w swoim życiu wcześniej niż w wieku 30 lat. Sama przeszłam wiele zmian i bardzo mnie interesuje ten temat. Dlatego powstało takie miejsce inspirujedzialaniem.pl. Moje trzecie dziecko. Jest to stacja, gdzie można przyjść i wsiąść do pociągu zmiany.

Chciałabym wspierać ludzi, zwłaszcza mamy, które wracają do pracy, chcą zmienić swoje życie zawodowe, odkryć na nowo swój potencjał. Premiera strony była 8 marca, znamienna data. Zrobiłam prezent sobie i innym kobietom, chociaż nie zamykam się przed mężczyznami. Chciałabym pomagać ludziom, którzy mają pewne blokady, schematy myślenia. Często spotykam sie z ludźmi w naszym wieku (po 30. roku życia – red.), ale i młodszymi, którzy są zagubieni, kończą studia, robią w życiu coś, czego sami nie wybrali. To należy robić w życiu, co nam sprawia radość. Wiadomo, że szanuję swoją pracę i czas, wiec nie robię tego za darmo, ale nadrzędną dla mnie wartością jest to, kiedy dostaję od ludzi informację zwrotną, że to co wypracujemy wspólnie podczas sesji oni później realizują. Wcześniej mogą odkryć swoje mocne strony i zmienić coś w swoim życiu. Zresztą każdemu polecam taki restart po dłuższej pracy w każdej firmie, dużej czy małej, żeby nabrać dystansu, z boku popatrzeć na to wszystko. Zacząć doceniać zwykłe rzeczy, np. inspirujące rozmowy przy kawie, z których wiele możemy się dowiedzieć, o sobie też.

Anna Holdenmayer-Parzych