Puls ci przyspiesza na widok kolegi z sąsiedniego biurka? Tęsknie zerkasz na koleżankę z działu sprzedaży? Związek w pracy może się udać, ale trzeba trzymać się zasad. I nie dać się plotkarzom!

Już same okoliczności skazują nas na zawiązywanie mniej lub bardziej bliskich relacji: w pracy spędzamy większość dnia (a bywa, że i wieczoru), obserwujemy się, rozmawiamy, sprawdzamy w różnych, nieraz kryzysowych sytuacjach. Do tego wspólne cele, integrująca praca nad kolejnym projektem, adrenalina… Nic dziwnego, że korporacje, biura i pracownie aż kipią od emocji, pożądania i plotek. Jak przetrwać w tym tyglu? O tym opowiedzą ci, którzy przeżyli biurowe love story.

Rozdzielam życie prywatne od zawodowego

Anna, po trzydziestce, menadżer wysokiego szczebla w dużej firmie usługowej: – Nie spodziewałam się takiego rozwoju sytuacji. Pracowaliśmy razem, w jednym budynku, ale w różnych działach. Owszem, rozmawialiśmy czasem, ale to były takie zwyczajne, koleżeńskie pogaduszki, niezbyt częste nawet, bo w którymś momencie Tadeusz pracował w zagranicznym dziale firmy. Tak naprawdę zwróciłam na niego uwagę, gdy będąc na zimowych wakacjach, wrzuciłam stamtąd zdjęcie na fejsa, pisząc, że mamy tu super śnieg i idealne warunki narciarskie. Jego pasją też są narty, więc bez wahania dojechał do nas. Fajne kilka dni, ale wciąż pozostawaliśmy tylko kolegami z pracy. Sytuacja nabrała kolorów, gdy przeniósł się z działu zagranicznego do Polski, zaczęliśmy pracować w jednym miejscu. Nasza relacja zaczęła się pogłębiać, nie obyło się bez plotek. Tym bardziej, że byłam od niego o osiem lat starsza, do tego na wysokim stanowisku. Ale nie był moim podwładnym, nasz związek nie miał wpływu na biznes. Żeby uciąć otoczeniu przyjemność plotkowania, sama powiedziałam mojej przełożonej o mnie i Tadeuszu. Fajnie to przyjęła, podziękowała za szczerość i otwartość. Zresztą zespół Tadeusza nie bardzo pozwalał sobie na jakiekolwiek komentarze czy docinki – bali się mnie, jako doświadczonej, dłużej niż oni pracującej kobiety na stanowisku.

Z Tadeuszem od początku ustaliliśmy zasady: żadnych gestów czy słów w pracy, sugerujących naszą bliskość (raz tylko pozwolił sobie na jedno zdanie za dużo, od razu to ucięłam), żadnego przenoszenia prywatności na obowiązki w pracy. Wiedzieliśmy, że na zebraniu zespołu można się czasem ściąć, ale ważne, by potem, w domu, zachowywać się normalnie. W domu w ogóle rzadko rozmawialiśmy o pracy. – Nie było to trudne, bo byliśmy w dwóch różnych działach. Związek Anny i Tadeusza zakończył się równie elegancko, jak funkcjonował. – On wyjechał znów za granicę, przez jakiś czas się nie widywaliśmy – mówi Anna. – Dziś spotykamy się jako koledzy, bez żalu i urazy. Nawet byliśmy znów razem na nartach, to wciąż nas łączy.

Oboje byliśmy wolni, więc co za problem?

Marcin, w tym roku stuknie mu czterdziestka, redaktor w dużym wydawnictwie: – Od piętnastu lat jestem w jednej firmie, musiałbym być robotem, żeby co jakiś czas nie zabujać się w którejś z koleżanek. Od kiedy tu jestem, zawiązało się w firmie jakieś dziesięć par, nie licząc przelotnych flirtów. Większość nie przetrwała, ludzie byli chyba zbyt młodzi. Sam nie jestem z tych mężczyzn, co wolą blondynki, mam słabość do ciemnowłosych. Kilka lat temu zwróciłem uwagę na Magdę (wygadana, inteligentna, z poczuciem humoru, parę lat młodsza) pracowała w marketingu, więc nie można było się przyczepić, że ją faworyzuję. Poza firmą spotkaliśmy się tylko raz. Z miejsca powiedziała, że nie wiąże się z ludźmi z pracy, nie miałem szans. Czas leciał, ze zwykłego redaktora awansowałem na szefa działu, potem wicenaczelnego. Roboty coraz więcej, coraz mniej czasu na życie prywatne. Kumple zaczęli zakładać rodziny, czułem, że zostaję w tyle. Trochę ponad dwa lata temu podwiozłem do domu Karolinę, robi u nas relacje wideo. Z pozoru nie mój typ: cicha, niezbyt efektowna, rudawa blondynka. Odwiozłem ją kolejny raz, i jeszcze kolejny – oboje do późna zostawaliśmy w pracy. Okazała się świetną, wrażliwą, trochę życiowo zagubioną, podatną na zranienia dziewczyną. Mnie też łatwo urazić, przejmuję się tym, jak inni mnie odbierają, choć – rzecz jasna – staram się tego nie okazywać. To nie było uczucie od pierwszego wejrzenia, ale uważam, że miałem szczęście. Dziś mieszkamy razem, za pół roku urodzi nam się dziecko. Już nie mogę się doczekać. Plotki? Jakieś tam były, ale w końcu oboje byliśmy wolni. No i nie byłem jej przełożonym, więc co za problem?

Chciałam się zwolnić

Agnieszka, 32 lata, doradca klienta w jednym z banków: – No, dobra, jestem flirciarą. Lubię zwracać na siebie uwagę, lubię podobać się facetom. Dwa lata temu byłam w stałym, długim, choć niezbyt satysfakcjonującym związku z Markiem. Czułam, że to, co było w nim najfajniejsze wypaliło się.

Na Krzysztofa już dawno zwróciłam uwagę – wysoki przystojniak, jeden z tych ambitnych, pewnych siebie menadżerów. Też w stałym związku, ale w banku słynął jako podrywacz bez skrupułów. Zabawić się na wyjeździe integracyjnym albo po gali w Wawie – jasne, ale nie licz, dziewczyno na nic więcej. Niejedna przejechała się myśląc, że z nią to on już tak na poważnie. Obiekt westchnień, ale i tysiąca plot. Był koniec roku, nasz oddział miał (głównie dzięki niemu) świetne wyniki. Wszyscy poszliśmy to oblać: dobra restauracja, potem część wróciła do domu i dzieci, kilkoro z nas poszło jeszcze potańczyć. Między mną a nim iskrzyło od dawna, ale znając jego opinię, nie traktowałam tych spojrzeń, uśmiechów i komplementów na serio. Tamtego wieczora dałam się jednak ponieść chwili i tak się zaczęło. W pracy staraliśmy się niczego po sobie nie pokazywać, ale ludzie mają jakieś specjalne radary. Ktoś nas przyuważył jak rozmawiamy, stojąc zbyt blisko siebie w aneksie kuchennym, ktoś inny coś usłyszał. Im dłużej to trwało, tym bardziej huczało od komentarzy, był w końcu moim szefem.

Źle to znosiłam, chciałam się zwolnić. Dobijał mnie sypiący się związek z poprzednim mężczyzną. W pierwszy dzień wiosny powiedziałam: „Dość!”. Zakończyłam tamtą wypaloną relację, złożyłam CV w innym banku, gdzie do dziś pracuję. Z Krzysztofem jeszcze przez kilka miesięcy spotykaliśmy się – ukradkiem, w tajemnicy, bo on „nie był gotowy” zerwać ze swoją stałą, choć regularnie zdradzaną partnerką. W końcu to ja zerwałam z nim. Banalny, pracowy, namiętny romans, który nauczył mnie stawiać wyraźne granice między łóżkiem a pracą. Ale swoje wycierpiałam, nie zaprzeczę.

Łączy czy dzieli?

Czy wspólne miejsce pracy cementuje związek, czy wręcz przeciwnie?

Anna: – To zależy od tego jak dojrzały jest związek i ludzie, którzy go tworzą. Mój dylemat dotyczył nie tyle miejsca pracy, co tego, że on był młodszy. Okazał się dojrzałym, charakternym facetem, różnica wieku nie miała znaczenia. Czy nie mieliśmy się dość? Bo nie tylko razem mieszkamy, ale jeszcze cały dzień spędzamy w jednym biurze? Nie, miałam ten komfort, że mogłam pracować w drugim budynku. Bywały dni, kiedy poza domem w ogóle się nie widywaliśmy.

Marcin: – Nas łączy.Ponieważ zajmujemy się zupełnie czymś innym, nie przebywamy ze sobą 24 godz. na dobę. Karolina ma swoje zadania, ja swoje. Mamy też kilku dobrych wspólnych znajomych z pracy, razem jeździmy na żagle, w piątki chodzimy na piwo. W domu rzadko gadamy o pracy, mam jej dość w firmie, po co jeszcze zawracać sobie głowę po godzinach?

Agnieszka: – Wspólne zadania mocno wiążą. O to zresztą chodzi korporacjom, żeby ich pracownicy byli zżyci, zgrani – stąd te wyjścia na kręgle, na regionalne biby. Partner spoza firmy zaczyna wydawać się odległy, nudny, nie rozumiejący „naszych” spraw. Ale pracowy związek to często pułapka, zwłaszcza, gdy zaczyna się nielegalnie, w ukryciu. Daje power, ale kosztuje mnóstwo stresu. Jeśli traktujesz to tylko jako zabawę – OK, gorzej, gdy zaangażujesz się na poważnie.

Aleksandra Kozłowska