Czapki z głów, kombinezony do pawlaczy, buty zimowe na olx.

Wszyscy pieją, że ekstra, że ciepło, że energia wróciła i że generalnie życie jest lepsze, gdy temperatura podniesie się gdzieś tam za oknem, w świecie równoległym. No ale ja jakoś nie odczuwam tego przypływu energii. Ostatnio w internecie (Psychologia na luzie) krążył obrazek wyliczający zachowania, które są przyczyną braku energii do życia:

Niedobór snu. No weź kobieto i śpij, jak tu jeszcze loki trzeba zakręcić na jutro, wyprasować skarpetki, dziecku kredki zatemperować i plan projektu wysłać do północy. Ale za to z jaką satysfakcją wykonania dobrej roboty człowiek kładzie się spać!

Siedzący tryb życia. Osiem godzin przy biurku chyba każdy z nas zalicza codziennie. Naukowcy mówią, że siedzenie to nowe palenie. W sensie, że takie szkodliwe. Mordorowi pracodawcy podłapali temat i może to się teraz zmieni, gdyż coraz więcej firm wdraża program lepszego samopoczucia w miejscu pracy, co wiąże się przykładowo z możliwością dopasowania biurka do pozycji stojącej. (Szkoda że nie proponują pozycji leżącej, nie? Takie cuda tylko w Home Office). Spod nóg zabierają też kosze na śmieci, więc teraz z każdym papierkiem robimy dodatkowe 20 kroków, za co chwali nas aplikacja „zdrowie” w smartfonie. Ale nadal do wymarzonych ośmiu tysięcy kroków daleka droga.

Perfekcjonizm. Na każdym kroku! Nie wyobrażam sobie inaczej. Jak już coś robić, to chyba dobrze, nie? Najlepiej. Najlepiej jak się da. Najlepiej jak czas pozwoli. Najlepiej jak umiem. Najlepiej czasem nie robić nic, bo po co zaczynać coś, co i tak się nie uda, albo nie będzie czasu dokończyć. Czuję, że klucz do
szczęścia jest gdzieś tu zakopany.

Spodziewanie się najgorszego. To chyba jest po prostu risk management. Zawsze trzeba wziąć pod uwagę najgorszy scenariusz, a potem cieszyć się, że jednak nam się udało.

Pomijanie śniadań. Śniadanie? A co to takiego? Mogłabym wstać o 4 rano i zrobić smoothie z zielonego groszku i jarmużu ze szczyptą młodego jęczmienia, ale muszę dbać o odpowiednią ilość snu, czyli vide punkt pierwszy.

Szybkie jedzenie typu hamburgery, frytki. Oj tam, oj tam, raz na jakiś czas nie zaszkodzi. Raz na tydzień czy dwa. W poniedziałki przecież zawsze chodzimy „na Hindusa”, a w piątki zamawiamy pizzę!

Zbyt duże ilości kofeiny. Kawa przecież doskonale zastępuje brakujące posiłki. I brakujące w organizmie zasoby wody. A jak już ci niedobrze od kawy, zawsze możesz skoczyć po redbulla.

Spożywanie alkoholu przed snem. No teraz to już naprawdę przesadzili. A kiedy mam go spożywać? Zaraz po wstaniu z łóżka? Czy w ciągu dnia pracy może? A może to jest rozwiązanie tego, jak zredukować ilość wypitej kawy? Oszczędzajmy wodę, pijmy szampana!

Zarywanie nocy w weekend i spanie do południa następnego dnia. Zarywanie nocy zdarzało się i zdarza, kiedyś ze zgoła innych powodów niż teraz, będąc kobietą w wieku średnim. Ale spanie do południa – tego punktu, jako jedynego nie zaliczam w tym teście. Pewnie dzięki temu mam jeszcze energię do życia. To co, idziemy na kawę?

Magda Seko