Że Warszawa nie przepada za Krakowem, a Kraków za Warszawą, to wie chyba każdy. Znamy te międzymiastowe żarty, powiedzonka, mądrości ludowe, odwieczne uprzedzenia. Dla jednych to śmieszne, dla drugich – nieuprzejme, dla trzecich – słuszne i prawdziwe.

Jednak ze wskazaniem przyczyn owej niechęci bywa już gorzej. Podobnie jest w przypadku funkcjonowania innych stereotypów na temat polskich wielkich miast, regionalnych stolic biznesu, naszych korpoośrodków – jak kto woli. A jak o tych sprawach mówi się w biurze? Jak wyglądają te środowiskowe stereotypy? I ile mają wspólnego z prawdą?

Nie przenoście nam stolicy do… „Miasto królów”, „miasto tradycji”, „miasto literatury”, „miasto studentów”, „miasto rowerów” – wszystkie te PR-owe określenia były wymyślane przez lata, by rozreklamować jedno i to samo miejsce. A mimo to, żaden z powyższych sloganów nie kojarzy się dziś z Krakowem bardziej niż swojskie „miasto latających maczet”, „miasto smogu” czy „prowincjonalne miasteczko”. I to chyba z tej „prowincjonalności” niekrakusi śmieją się najbardziej. – Albo się go uwielbia, albo nienawidzi. Taki to urok Krakowa – stwierdza trzydziestodwuletni, uznany już marketer. – Wychowałem się w małej miejscowości pod Krakowem. W Krakowie zdałem maturę, skończyłem studia i znalazłem pierwszą pracę, w której przepracowałem niecałe dwa lata, po czym wyjechałem do Warszawy, gdzie z przyjemnością mieszkam do dziś. I nie musze chyba dodawać, że osobiście Krakowa nie kocham, mówiąc językiem parlamentarnym. Bo żeby kochać to miasto, to trzeba się tam urodzić, najlepiej w bogatej lub konserwatywnej rodzinie albo być rozleniwionym, przyjezdnym pięknoduchem. Ilość tych wszystkich „ludzi kultury” aż poraża, szczególnie jak jest się studentem polibudy i widzi się studentów UJ, UP, UPJPII czy kilkudziesięciu krakowskich parodii uniwersytetu. No ale to pod takich ludzi zrobione jest współczesne „miasto królów”. Wszyscy oni przekonani są o swej elitarności i niezwykłości, młodość spędzają w knajpach na Rynku, na imprezach i innych festiwalach, a później przychodzą do biura i świat się im wali. W Warszawie efektywność pracy jest o połowę wyższa, przysięgam! Sam pracowałem tu i tu, w różnych oddziałach tej samej firmy. I nie, nie, w żadnym wypadku nie chodzi tu o gorszą organizację pracy, a o gorszą organizację całego życia. Bo powrót do domu oddalonego o 2 kilometry od pracy zajmie krakowianinowi więcej czasu niż warszawiakowi taka trasa z korpo na Służewcu do własnego mieszkania choćby i w Ząbkach. Tak się trzeba tym Krakowem delektować, tak się snuć, spóźniać, rozgadywać, a później ośmiogodzinny dzień pracy to dla nich za dużo. Więc jeśli lubisz marnować swój czas i nie lubisz dużo zarabiać, to Kraków jest dla ciebie – tłumaczy z uśmiechem na ustach.

Wypowiedź Rafała wydaje się dość radykalna, niemniej ludzie z podobnymi poglądami nie należą do wyjątków korpoświatka. Ile w tym racji? Cóż, przewaga w średnim wynagrodzeniu, jaką Warszawa odnotowała nad Krakowem w 2016 to 1 104,35 zł. Co istotne, wynik stolicy (5 739,61 zł) odpowiada 133,8 proc. średniej krajowej, a „miasta królów” – 108 proc.. Lepsze zarobki od pracujących w Krakowie mają m.in. poznaniacy, wrocławianie, płocczanie, a nawet mieszkańcy Trójmiasta i Metropolii Górnośląsko-Zagłębiowskiej. Zestawiając te dane z krajowymi statystykami wielkości populacji, wzrostu liczby ludności i powierzchni, w których Kraków ustępuje tylko Warszawie, to można stwierdzić, że coś tu nie gra. Czy naprawdę przyczyna tkwi w tej „nieefektywności i rozleniwieniu” dawnej stolicy Polski? – Teza o „krakowskim zastoju” to nic innego jak krzywdzący stereotyp – przekonuje Lidia, mieszkająca w Krakowie menedżerka i rodowita warszawianka. – Choć, fakt faktem, Małopolska wraz ze swoją stolicą posiada taki kontrowersyjno-specyficzny klimat. I nie każdemu on pasuje. Jest tu dużo studentów, turystów, instytucji kulturalnych i wszystko to ściśnięte na naprawdę małej przestrzeni. Może przez to wymieszanie, taką specyficzną bliskość, nawet ciasnotę, niektórzy uważają, że pod Wawelem to tylko low-slow-korpo. Poza tym, jeśli ktoś z Warszawy, tak na poważnie hejtuje Kraków, to w 90 przypadkach na 100 jest przyjezdnym, któremu w Krakowie nie wyszło. Bo tak na serio warszawiacy lubią jeździć do Krakowa. A co do zarobków, pamiętajmy, że to wtopione w nieprzemysłową tradycję miasto na granicy Polski A i B…

Morza szum, ptaków śpiew, zabawa „w biuro” pośród drzew… Jeśli statystyczny Polak miałby wskazać, wedle swych przekonań, trzy zawody typowe dla mieszkańców Trójmiasta, to powiedziałby: marynarz, stoczniowiec i polityk. Pierwszy z nich może wydawać się atrakcyjny, aczkolwiek dla małych chłopców, samotników, fanatyków żeglugi albo ryb. Drugi – niby też z potencjałem atrakcyjności, ale w czasach PRL, bo dziś, po spektakularnym upadku polskiego przemysłu stoczniowego, to nie. Ostatni – cóż, niby kasa i prestiż się zgadza, niemniej trudno dziś znaleźć zawód, którym polskie społeczeństwo gardziłoby bardziej. Dorzućmy jeszcze – morze pod nosem przez cały rok i zabawy w Jarmark Dominikański i wychodzi nam takie Zakopane Północy. Czy więc jakiekolwiek z poważnych miast mogłoby mieć jakieś uprzedzenia wobec kurortu turystycznego? – Myślę, że zdecydowanie więcej uprzedzeń wobec całego świata ma Gdańsk niż vice versa – mówi Agnieszka, od urodzenia do osiemnastki mieszkająca w Gdyni, przez następne trzy lata – w Poznaniu, przez kolejne cztery – w Gdańsku, a od roku – w Krakowie. – Wydaje mi się, że mieszkańcy chcieliby być traktowani z większą powagą. Dlatego większość „prawdziwych gdańszczan” nienawidzi turystów jako całości. Spora część mieszkańców unika zajęć „typowo turystycznych”, w przeciwieństwie np. do Krakowa, gdzie siedzenie po modnych knajpkach krakowianom wręcz przystoi. Wydaje mi się, że mieszkańcy Gdańska, pewnie ze względów historycznych, nie są pewni swojej wartości czy dumy lokalnej, więc sprowadzanie ich miasta do roli kurortu wakacyjnego wyciąga na wierzch te ich największe kompleksy. Odreagować mogą tylko podskakując do najbliższego rodzeństwa. Otóż „prawdziwy gdańszczanin” wyśmieje głupich „śledzi”, że ta ich Gdynia to miasto-przypadek dla okolicznych prostaków, którym nawet starówki nie trzeba. Natomiast Sopot jest tylko po to, by z Gdyni nie zawiewało śledziem. Choć ostatnio to się zmienia i to m.in. dzięki korporacjom, na które jest prawdziwy szał. Ilość inwestycji jest ogromna, bycie w korpo jest teraz modne w Gdańsku, a do pracy w nim przyjeżdżają ludzie z całej północnej Polski. Atmosfera w tych nowiusieńkich biurach jest wręcz entuzjastyczna, porównując ją z Krakowem, gdzie teraz mieszkam czy Warszawą, do której regularnie wyjeżdżałam służbowo, gdy pracowałam w Gdańsku. Miedzy innymi dzięki inwestycjom w Oliwie, miasto pozbywa się uprzedzeń, przede wszystkim tych własnych – podsumowuje Agnieszka.

Jeśli nie mieszka się na Pomorzu, to można było przeoczyć, że Gdańsk w ostatnich latach stał się nowoczesną stolicą biznesu całej północnej Polski. W przywołanym już wcześniej zestawieniu średniego wynagrodzenia w polskich miastach (w którym Kraków znalazł się na pozycji 13., a Warszawa – 2.), Gdańsk, Sopot i Gdynia zajęły kolejno 6., 7. i 11. miejsce. Za tymi wynikami nie stoją wyłącznie lokalne giganty jak Lotos i Energa. Na przestrzeni ostatniej dekady kilkudziesięciu światowych liderów biznesu zdecydowało się otworzyć swoje biura właśnie w Trójmieście. Powstają nowe inwestycje, nowe miejsca pracy. Stopa bezrobocia w Gdańsku to dziś ok. 3 proc. Więc jeśli stolica Pomorza kojarzy wam się wyłącznie z upadłymi stoczniami i smażoną rybą, to powinniście zmienić zdanie.

Gdzie śpiewem cię tulą i budzą ze snu? Tylko we… Gdy spojrzeć na mapę polskich animozji i miejskich uprzedzeń, to z tzw. „ziemiami odzyskanymi” mamy pewien problem. Bo że beka z Radomia, że z Sosnowca całe zło świata, że śląskie hanysy to dramat, że Białystok, Lublin i Rzeszów to Polska B, że Łódź to slumsy tego kraju, że Kraków to leserzy, Poznań podobnie, a Warszawa najgorzej – to powszechnie wiadomo. Natomiast taki Wrocław? Z jednej strony beka, bo wszyscy tam są przyjezdni, no i „miasto niemieckie”, ale z drugiej – „odzyskane”, należne, nasze piastowskie, więc toczyć beki z przyjezdnych i odmawiać polskości nie wypada. Co najwyżej można stwierdzić, że musi tam być „ordnung”, bo niemiecką cegłą miasto budowane.

– Wrocek za wszelką cenę pragnie stać się hipsterską stolicą Polski – twierdzi Michał, który we Wrocławiu spędził 31 z 33 lat swojego życia. – I takie parcie widać nie tylko w działaniach samorządu, że Warszawa nie przepada za Krakowem, a Kraków za Warszawą, to wie chyba każdy. Znamy te międzymiastowe żarty, powiedzonka, mądrości ludowe, odwieczne uprzedzenia. Dla jednych to śmieszne, dla drugich – nieuprzejme, dla trzecich – słuszne i prawdziwe.

Co o nas myślą w innych mordorach, czyli o międzymiastowych uprzedzeniach, konfliktach i stereotypach ale, co gorsza, w postawach większości mieszkańców. Moja rodzina, jak większość rodzin dookoła, żyje tam od trzech pokoleń. I tak jak kiedyś Wrocław był kreowany na „nowy polski Lwów”, to teraz chcą tam zrobić „drugą Japonię” z odzysku. Może taka infrastruktura była super w 1939 roku, ale czasy się zmieniają i warto przystosować ten „ordnung” do XXI wieku, a nie inwestować w hipsterskie kretynizmy. Czy potrzebowaliśmy stadionu miejskiego na 45 tys. widzów, który po Euro 2012 rzadko kiedy zostaje zapełniony w połowie i przynosi ogromne straty? Czy potrzebny nam był aż taki supernowoczesny „inteligentny system transportu” za sto kilkadziesiąt milionów, który od początku swego funkcjonowania robił więcej zamieszania na drogach niż porządku. Takich hipsterskich przedsięwzięć mamy od groma. Wszystko na hurra, na pokaz, bez przemyślania sprawy, żeby tylko było modnie. Podobnie jest z korporacjami.

Przy Strzegomskiej to już totalny szał. Jakiś czas temu postanowiono zrobić tam „Wrocławski Mordor”. Każdy developer, każde korpo, które chciało się tam wprowadzić, rozbudować, bez problemu dostawało zgodę na wszystko, ba, do dziś takie tu panują obyczaje. Natomiast o przystosowaniu dróg, chodników, parkingów, organizacji ruchu jakoś nikt nie pomyślał. Więc chaos gorszy niż na Domaniewskiej, choć przy Strzegomskiej nie pracuje 100 tys., a 20 tys. ludzi. Skądinąd, to „hipsterstwo” przenosi się też na działania w biurach. Jakoś to bardziej w Warszawie ułożone, logiczne, przewidywalne. Choć z Warszawą nikt tu nie rywalizuje, zresztą z żadnym miastem nie ma tu konfliktów. „Hipsterzy” są ponad to. Chociaż, gdyby się zagłębić, to kiedyś istniała taka niby nienawiść z Poznaniem. I ci nasi wielkopolscy sąsiedzi forsowali taki stereotyp, że wrocławianom to tylko rozrywka w głowie, i że wszystko robią chaotycznie, bez planu, i ogólnie – kresowa fantazja. Jako rodowity wrocławianin stwierdzam, że ten stereotyp jest bardziej uzasadniony niż ten o postniemieckim mieście, gdzie absolutnie panuje „ordnung”. Jej brud i dym szczęściem mi są i rozkoszą…

Nikt jak ona… Na deser naszej podróży po międzymiastowych uprzedzeniach i zawiściach kierujemy się do jądra korporacyjnej polskości, czyli do stolicy. Zresztą, większość z nas, jeśli nie każdy, miał tam jakiś krótszy lub dłuższy epizod, wyjazdową fuchę czy przygodę na odległość. Zatem i mitów na temat centrum krajowej korposfery co niemiara, bo z Warszawy śmieją się prawie w całej Polsce, a lista miast, które mają/miały ze stolicą na pieńku jest tak długa jak korki na Domaniewskiej. Idąc więc szlakami teorii spiskowych i pomówień, to Warszawę rzekomo organizują dwie reguły. Pierwsza to „prawo antywarszawiaka”, które stanowi, iż Warszawa jest zła, dopóki nie jest się warszawiakiem, a druga to „prawo neowarszawiaka” – rodowitym warszawiakiem stajesz się w dniu przeprowadzki do Warszawy. No i do tego odnosi się większość przytyków całej reszty Polski. – Warszawa to stan umysłu – śmieje się Andrzej, obecnie mieszkaniec Wrocławia, wcześniej warszawski student i korpoludź. – Nie mówię tego w odniesieniu do innych, ale przede wszystkim w odniesieniu do samego siebie. Krótko mówiąc…pochodzę z Radomia, więc jako nastolatek solidarnie z moimi krajanami wyśmiewałem warszawiaków. Wiadomo, że to mieszanka słoików z całej Polski. Że choćbyś nie miał wcześniej nic wspólnego z Warszawą, to po już w pierwszym dniu po przeprowadzce okaże się, że stolicę znasz jak własną kieszeń, a twój dziadek walczył w powstaniu. Wiele jest takich przypadków, nie zaprzeczam nawet dziś.

Ale Warszawa przyciąga i łatwo się w niej zaaklimatyzować. Przez to, że mało kto jest tam „stąd”, to nikt nie czuje się obcy, i bez problemu identyfikuje się z resztą mieszkańców. Spędziłem ponad sześć lat w Warszawie i zawsze będę miał do niej sentyment. Do Wrocka przeprowadziłem się tylko ze względu na moja narzeczoną, i choć mieszkam tu od dwóch lat, to wciąż nie czuje się wrocławianinem – pointuje. Chyba większość korpoludków, którzy mieli cokolwiek – zawodowego – wspólnego z Warszawą, przyzna, że stolica potrafi być wdzięcznym miejscem do życia, mimo wszystkich jej mniejszych i większych wad. Acz, niektóre z tych powszechnie wyśmiewanych, można w sumie uznać za zalety dające powód do dumy. – Pracy w stolicy nie można porównać do pracy w żadnym innym miejscu – mówi Marcin, obecnie mieszkaniec Krakowa, z czteroletnim stażem w Gdańsku i Warszawie. – W Warszawie po prostu żyje się pracą. Tam robota bezwzględnie organizuje ci życie, tym bardziej jeśli pracujesz w Mordorze. I musisz się spieszyć, bo tak. Pół roku po przeprowadzce do Krakowa zorientowałem się, że na przystankach są ławeczki. Serio. A w Warszawie wszyscy gonią jak króliki, i to tak szybko, że nawet nie ma czasu, by się zastanowić „po co ja tak gonię?”. I jeśli ktoś śmieje się z tej „gonitwy warszawskiej”, z tego trybu życia w Mordorze, to rozumiem go w pełni, jak wszystkich, dla których jest to powód do dumy.

Derek Barłowski