W branży developerskiej funkcjonuje pojęcie crunchu, oznaczające intensywny okres wytężonej pracy, który bezpośrednio poprzedza wydanie gry. Crunch ma na celu doprowadzić do zakończenia projektu w wyznaczonym terminie. Bezpłatne nadgodziny, przebywanie w biurze praktycznie przez 24 godziny na dobę, hektolitry kawy oraz setki energetyków. O trudnym losie wyzyskiwanych pracowników napisano już wiele słów, warto jednak przyjrzeć się postronnym ofiarom opisywanego procederu.

Rodziny nieboraków. Żony, partnerki, dzieci, psy, koty, no może bez tych ostatnich – one i tak traktują człowieka z góry – wszyscy cierpią z powodu braku kogoś ważnego, partnera, ojca, opiekuna, towarzysza, który zużywa całą energię życiową w miejscu pracy.

Swego czasu w branży komputerowej doszło do eskalacji, a głos sprzeciwu podniosły żony i partnerki pracowników EA. Naświetlono problem, a spór zakończył się ugodą oraz powstaniem organizacji, która w przyszłości ma monitorować podobne sprawy i wpływać na wielkich wydawców. Podobne symptomy obserwujemy w korporacjach zajmujących się dowolną gałęzią biznesu. Ważny projekt, który trzeba zakończyć w terminie, strategiczny klient oczekujący przełomu, czy dane, które należy dostarczyć analitykom na czas. Zła organizacja pracy, bądź specyfika danej branży prowadzą do występowania zjawiska crunchu zdecydowanie zbyt często.

Okazuje się, że niecny proceder zbiera swe żniwo również w Polsce, o czym przekonałem się, rozmawiając z kilkoma korpoludkami na temat ich sytuacji. Wszystkie imiona zostały zmienione, aby zachować anonimowość.

Marlena, świeżo upieczona żona korporacyjnego zasobu ludzkiego, tak opisuje problem: – Osobiście nigdy nie pracowałam w korporacji. Jestem nauczycielką polskiego w prywatnym gimnazjum, a Piotrka poznałam jeszcze w czasie studiów. Spotkaliśmy się na imprezie u wspólnych znajomych, mój przyszły mąż znajdował się wtedy na stażu w jednej z firm w tak zwanym Mordorze. Wszystko układało się dobrze, zamieszkaliśmy razem, pobraliśmy się. Gdy Piotrek zakończył studia, zaproponowano mu posadę na cały etat. Jako stażysta nie traktował obowiązków bardzo poważnie, bo pracował za darmo.

Problemy zaczęły się właśnie po przyjęciu zaproponowanej posady. Stopniowo wracał coraz później, zmęczony. Początkowo otrzymywał pieniądze za nadgodziny, a jako, że rozpoczęliśmy starania o dziecko, każdy grosz się liczył, więc cieszyłam się z dodatkowych środków. Niestety mąż wracał coraz później, podminowany, nie mieliśmy nawet kiedy porozmawiać, pójść do kina. Zwykle pod koniec miesiąca, co mąż tłumaczył „domykaniem bazy danych dla klienta”, Piotrek praktycznie nie wychodził z biura. Firma, w której pracował, przestała oferować płatne nadgodziny, zamiast tego dodatkowy czas spędzony w pracy był „do odebrania”. To największy absurd tej sytuacji, bo tych godzin nie było kiedy odebrać. Ciągle tylko terminy ostateczne, kluczowe cele, jeszcze tylko tydzień, jeszcze miesiąc, rok… Miałam dosyć, nie chciałam zrujnować małżeństwa. Na szczęście Piotrek dał się przekonać do zmiany pracy. Wiem, że nie w każdej korporacji jest tak źle, a ja popełniłam błąd, zbyt długo godząc się na zaproponowane warunki. Dodatkowe pieniądze zamąciły mi w głowie. Dziś rozumiem, że nie są one aż tak potrzebne, gdy nie da się ich wspólnie spożytkować.

Historia Marleny zakończyła się dobrze, choć jak sama przyznała, jej krótkie stażem małżeństwo wisiało na włosku. Ania ma dla czytelników krótką radę: – Spotykałam się kiedyś z chłopakiem, który pracował w korporacji. Elegancko ubrany, starannie uczesany, sprawiał dobre pierwsze wrażenie. Problem w tym, że często odwoływał randki, tłumacząc swoją nieobecność nadgodzinami w pracy. Dobrze nam się rozmawiało, ale moim zdaniem nie ma sensu spotykać się z kimś, kto już na początku znajomości nie ma dla ciebie czasu!

Rada prosta, choć trudno się z nią nie zgodzić. Zbyt często wmawiamy sobie, że sprawy idą w dobrym kierunku, ignorując oczywiste symptomy niedopasowania. Ostatni bohaterowie, z którymi udało mi się zamienić słowo na temat crunchu to Marek i Edyta. Oboje pracują w korporacjach, a po wyrobieniu 200 proc. normy wracają do wspólnie wynajmowanego mieszkania. Młoda para tak opisuje niepokojące zjawisko:

Marek: – Właściwie to lubię pracować w korpo. Ładne biuro, bufet, fajni ludzie, stabilna sytuacja, a odkąd awansowałem na Team Leada nie muszę już zaciskać pasa do pierwszego. Tylko szkoda, że w robocie dostają białej gorączki, gdy domykamy bazę danych. Zawsze wiadomo wcześniej, że potrzebujemy więcej czasu, ludzi do tego zadania, ale co miesiąc jest to samo. Spokojna praca przez dwa tygodnie, leniwe tempo, po to by drugą połowę miesiąca spędzić w stresie i z nadgodzinami. Góra niestety nie ma chęci ani odwagi wprowadzić potrzebnych zmian. Gdy wracam do domu po takim tygodniu harówki nie mam nawet siły, by choćby pogadać z Edytą. Mija weekend i potem od poniedziałku to samo.

Edyta: – Najgorsze jest to, że oboje nie mamy czasu ani ochoty, by po pracy zmobilizować to drugie do jakiejś ciekawszej rozrywki niż oglądanie filmów czy seriali. Bywają takie dni, że ledwie zauważamy swoją obecność. Wrzucamy gotowe jedzenie do mikrofali i włączamy telewizor. Znajomi wyciągają na planszówki, do knajpy, ale zawsze wymawiamy się pracą. Wodzowie Naczelni korporacji powinni lepiej organizować czas pracy i zatrudnić dodatkowych ludzi wtedy, gdy są naprawdę potrzebni.

Najwyraźniej problem crunchu przywędrował do Polski wraz z całą resztą korpozasad. Apeluję w imieniu naszych dzisiejszych bohaterów, a także swoim oraz wszystkich obecnych i przyszłych uciśnionych pracowników, o położenie większego nacisku na poprawne zarządzanie czasem oraz lepszą organizację pracy. Drodzy Prezesi, CEO, pamiętajcie o korpożonach, bo mogą się zbuntować!

Albert Kosieradzki