Większości Polaków jego postaci nie trzeba przedstawiać. Był pierwszym polskim kolarzem, który przeszedł na zawodowstwo. Przez 20 lat dostarczał nam niezapomnianych wrażeń, wygrywając blisko 200 wyścigów. Sprawił, że Tour de Pologne trafiło do grona najważniejszych imprez kolarskich na świecie. Wszystko co robi stara się wykonać na 100 proc., dlatego dziś Czesław Lang jest dla wielu wzorem – symbolem profesjonalizmu i zaangażowania w pracę.

Można powiedzieć, że wszystko czego się pan dotknie, zamienia się w złoto. Ludzie, którzy z panem pracują, twierdzą, że to dzięki wysokim standardom pracy, jakie cechują pana działania. Jak osiąga się taki profesjonalizm?

Czesław Lang: Często powtarzam, że najpierw trzeba mieć marzenia, stawiać sobie cele do osiągnięcia, a później konsekwentnie dążyć do ich realizacji. Nie załamywać się upadkami, wstawać i iść dalej. W tej drodze z pewnością przydadzą się upór i determinacja. Na każdym jej etapie niezbędna jest również rzetelność. Nie można skakać z kwiatka na kwiatek, rozpraszać się pokusami zboczenia z obranej trasy, na której zawsze są przecież jakieś dziury, wyboje i bariery do pokonania. Mnie osobiście przeszkody jeszcze bardziej motywują do walki. W swojej kolarskiej karierze, atakowałem wtedy, gdy wszystkim było najciężej. Oczywiście ja także byłem wówczas na granicy wytrzymałości, ale wiedziałem, że powinienem zintensyfikować działania, bo jeśli uda mi się nie poddać własnej słabości, wygram.

Pełne zaangażowanie bez taryfy ulgowej?
Tak, bo wszystko, co robimy, winniśmy robić z pasją. Nie ma znaczenia czy tym działaniem jest nasze hobby, praca zawodowa, czy codzienne czynności. Jeśli skupimy się na nich i wykonamy z pełnym zaangażowaniem, zwiększamy szanse na to, że dana praca zostanie zrobiona dobrze, a jej efekt nas usatysfakcjonuje.

Ludzie sukcesu często podkreślają wagę pasji w ich życiu. W rankingu wartości zajmuje ona miejsce w czołówce.
Bo pasja ubogaca człowieka. Ludzie z pasją są fajniejsi, ciekawsi. Nie zazdroszczą innym, bo dostrzegają jak wiele sami mają i potrafią się tym cieszyć. Ja nawet jak sadzę drzewka w ogrodzie, robię to z pełnym zaangażowaniem i czerpię z tego wielką przyjemność. I choć dziś nie startuję już w wyścigach, gdy wsiadam na rower cieszę się, że nadal mam jeszcze tyle sił, by co drugi dzień przejechać na nim 140 km.

Czyli prawie 500 km tygodniowo?! Przepraszam za nietakt, ale jak można zachować taką sprawność po sześćdziesiątce?!
Ruch, zdrowe odżywianie i higieniczny tryb życia. Ale te trzy wytyczne również trzeba realizować z pełnym zaangażowaniem. Ja przez większość życia miałem dużo ruchu, nie zawsze jednak się oszczędzałem, nie zawsze właściwie bilansowałem pracę i wypoczynek, nie mówiąc już o zdrowym odżywianiu. Z tego jak ważne jest to ostatnie, właściwie nie do końca zdawałem sobie sprawę. W efekcie po pięćdziesiątce okazało się, że zaczynam mocno podupadać na zdrowiu. Miałem problemy z sercem, wrzody na żołądku, chorobę Meniere’a, boreliozę i inne dolegliwości. Czekała mnie operacja i branie sterydów. Zanim do tego doszło, żona namówiła mnie jednak na wyprawę do Meksyku do Instytutu Gersona.

Dlaczego musiała pana namawiać?
Bo wcale mi się nie uśmiechało jechać gdzieś na drugi koniec świata, by poddać się, wówczas dla mnie wątpliwej, terapii poprzez jedzenie sałaty i picie soków. Przecież ja byłem zdeklarowanym mięsożercą! Ale żona przekonywała, że powinienem spróbować i uległem. Teraz mogę chyba uznać tę wyprawę za podróż życia, bo dzięki niej odzyskałem drugą młodość.

Jak to?
Tak jak już wspomniałem, wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak kluczowe w zachowaniu sprawności jest właściwe żywienie lub może raczej jak błędne miałem o tym, co jest prawidłowe, a co nie, przekonania. Dziś jestem weganinem. Straciłem 15 kg, wracając tym samym niemal do wagi, jaką miałem jako zawodowy kolarz. Wszelkie wcześniejsze dolegliwości minęły. Czuję się znakomicie, mam mnóstwo energii, wróciłem do sportowej formy. Ponieważ sam na sobie doświadczyłem dobroczynnych skutków terapii Gersona, staram się teraz wraz z żoną propagować jej główne założenia i dzielić się zdobytą wiedzą na jej temat z innymi.

Co się właściwie takiego stało w Meksyku, że stanął pan na nogi?
W zasadzie nic wielkiego, po prostu zacząłem co innego jeść. Przez trzy tygodnie stosowałem dietę opartą o soki i stricte roślinne posiłki, zbilansowaną tak, by z jednej strony oczyścić organizm, a z drugiej jak najlepiej odżywić wszystkie jego komórki. Bynajmniej jednak nie była to dieta niskokaloryczna. Bo zjadałem 2500 kcal dziennie. Mimo to schudłem, minęły zawroty głowy, palpitacje serca, poprawił mi się metabolizm, umysł zaczął lepiej funkcjonować. Już nie potrzebowałem operacji i leków, które i tak likwidowałyby jedynie objawy, ale nie sięgały do przyczyn moich dolegliwości. Efekty przerosły moje oczekiwania. To wszystko sprawiło, że postanowiłem nie wracać do starych nawyków żywieniowych i na stałe pozostać na diecie, która przynosi takie rezultaty. Po powrocie do Polski, kupiliśmy z żoną działkę ze starym dworkiem w Barnowie na Kaszubach, wyremontowaliśmy budynek i stworzyliśmy tam miejsce, w którym ludzie mogą rozpocząć swoją przygodę ze zdrowym odżywianiem, bez konieczności jechania po tę wiedzę aż na drugi kontynent. Przy naszym Eko Folwarku działa również 700-hektarowe gospodarstwo ekologiczne, w którym uprawiamy ekologiczne żyto, owies, orkisz, grykę i łubin, a wkrótce planujemy też ruszyć z ekologiczną uprawą warzyw, zwłaszcza ziemniaków i marchwi. Jedyne czego żałuję po wizycie w Meksyku, to tego, że wiedzy, jaką ona mi dostarczyła, nie udało mi się zdobyć wcześniej. Bo jak sobie pomyślę, że odżywiałbym się tak zdrowo, w czasach gdy byłem zawodowym sportowcem, to przychodzi świadomość, ile zwycięstw uciekło mi sprzed nosa.

W życiu sportowca, ale i każdego z nas, oprócz zwycięstw są również porażki. Jak pan sobie z nimi radzi?
Kariera sportowa uczy godzenia się z porażkami. Są one nieodłącznym jej elementem. Jeśli nie nauczysz się powstawać po upadku, nigdzie nie dotrzesz. Sport kształtuje charakter, uczy wytrwałości. Sądzę, że mnie w osiąganiu sportowych wyników, pomogło również wychowanie w domu, w którym był etos pracy. Już jako 6-letni chłopiec pomagałem rodzicom w gospodarstwie, karmiłem króliki, brałem udział w sianokosach, w pracach w polu. Rodzice nauczyli mnie też cieszyć się pracą. Wpoili mi wartość systematyczności. To wszystko przełożyło się później na moje osiągnięcia w dorosłym życiu.

Takie między innymi jak wyniesienie polskiej imprezy kolarskiej do rangi międzynarodowego wydarzenia…
To, żeby Tour de Pologne znalazło się w UCI World Tour, czyli w gronie absolutnie najważniejszych kolarskich imprez świata, było od dawna moim marzeniem. Mieszkając przez 15 lat we Włoszech i uczestnicząc w Giro d’Italia (red. – drugi po Tour de France największy wyścig kolarski świata), marzyło mi się, by nasz rodzimy wyścig też kiedyś osiągnął tak spektakularny wymiar. W końcu to się udało i niezwykle mnie to cieszy, bo dziś Tour de Pologne nie tylko jest znakomitą promocją polski, ale i samego kolarstwa.

Ale oprócz kolarstwa zawodowego, ze swoim Langteamem promuje pan także jazdę na rowerze jako sposób na ruch dla wszystkich. Tylko czy jeżdżenie na rowerze faktycznie jest zdrowe?
Jeśli pyta pani czy, jak mówią niektórzy, może się ono np. przyczyniać u mężczyzn do spadku potencji, to zapewniam, że nic mi o tym nie wiadomo, podobnie jak żadnemu z moich kolegów po fachu. Wiemy natomiast, że rower to sposób na zdrową aktywność praktycznie dla każdego. Nie dość, że jeżdżąc na rowerze, spędzamy czas na powietrzu, to jeszcze nie obciążamy i nie eksploatujemy przy tym nadmiernie naszego organizmu, a możemy dzięki temu zredukować stres, rozładować energię, zresetować umysł, doładować poziom endorfin w mózgu. Jeśli jeszcze połączymy to ze zdrowym odżywianiem i zbilansowaniem pracy oraz odpoczynku, możemy w dużej mierze zakładać, że będzie to skuteczny sposób na długotrwałe zdrowie i dobre życie. Wsiadajmy więc wszyscy na rower na zdrowie.

 Alicja Kosińska