Uciekać można na różne sposoby. Niekoniecznie jednak trzeba zamykać za sobą wszystkie drzwi. Eliza Słoma-Górska znalazła sposób, by własny biznes połączyć z pracą w korporacji.

Od 13 lat pracuje pani w korporacji. Co należy do pani obowiązków?
W ciągu 13 lat pracowałam na różnych stanowiskach. Zaczynałam jako handlowiec, byłam odpowiedzialna za rozwój oferty, rozwój serwisów internetowych, sprzedaż regionalną, budowałam zespoły wsparcia (tzw. handlowcy do zadań specjalnych). Dziś zarządzam 9-osobowym zespołem i odpowiadam za projekty specjalne. Monitoruję realizacje projektów, czasami wspieram zespół handlowy na spotkaniach z kluczowymi klientami, briefujemy klientów i przygotowujemy oferty oraz projekty szyte na miarę.

Czyli nie powinna mieć pani czasu już na nic więcej, tym bardziej, że jest też pani mamą dwójki maluchów. Skąd więc siła i czas na rozkręcenie jeszcze własnego biznesu?
Ten biznes to rodzinna inicjatywa. Ponieważ z siostrą mamy „wspólnie” czworo dzieci i staramy się z nimi aktywnie spędzać czas, ciągle odwiedzałyśmy miejsca, w których mogłybyśmy fajnie go zagospodarować. Niestety w okolicy, gdzie mieszkamy, nie było dużego wyboru pod tym względem. W naszych głowach zrodził się więc pomysł, by takie miejsce stworzyć. Zaczęłyśmy szukać odpowiedniej lokalizacji, a gdy udało nam się znaleźć dom z powierzchnią pod taką działalność, machina ruszyła. W stworzenie Stacji Frajda, miejsca, gdzie dzieciaki z rodzicami mogą ciekawie spędzić czas, zainwestowaliśmy z mężem oszczędności ze sprzedaży naszego domu. I tak, krok po kroku, własnymi rękami zaczęliśmy nasz pomysł urzeczywistniać.

Po trzech latach działalności jak ocenia pani tę decyzję?
Bardzo dużo się nauczyłam. Poznałam wiele niezwykłych osób. Mimo że wymaga to ogromnych nakładów pracy, czasu i energii, nie żałuję. Oczywiście zawsze pojawiają się chwile zwątpienia, ale one są raczej pochodną nieżyczliwości ludzi niż efektem np. zmęczenia.

Skoro to firma rodzinna, jak wygląda w niej podział obowiązków?
Jestem mózgiem tej firmy, ale codzienne obowiązki spadają na moją siostrę i męża. Ja odpowiadam za księgowość, faktury, umowy, rozliczanie wpłat na konto, wynagrodzenia, umowy z pracownikami. Resztę w zasadzie robi moja siostra. Oczywiście często rozmawiamy, ustalamy, dyskutujemy. Mąż jest konserwatorem, ogrodnikiem i zarządcą, a nawet robi watę cukrową na urodzinach, które organizujemy dla dzieci w Stacji Frajda. Tylko dzięki ogromnemu wsparciu męża i siostry, udaje mi się godzić ten biznes z pracą w korporacji.

Dlaczego nie rzuciła pani pracy w przedsiębiorstwie na rzecz własnego biznesu?
Powinnam powiedzieć, że dla kasy, bo jak większość Polaków mam kredyt do spłacenia i dzieci do utrzymania. Ale chcąc być szczerą, muszę przyznać, że boję się odcięcia od tej adrenaliny, od pewnego rytmu, od tempa i sposobu pracy, jaki zapewnia mi korpo. Boję się, że jak poświęcę się tylko „Frajdzie” to wskoczę w dres i przestanę myśleć kreatywnie. Patrzenie na własny biznes z boku pozwala na chłodną ocenę sytuacji, na kalkulację i wnioski. Nie mam też wielkich oporów przed testowaniem nowości, inwestowaniem w sprzęt czy nowe zabawki, bo wiem, że nie muszę się martwić o swój byt. Poza tym sala zabaw to bardzo sezonowy biznes i nie pozwala planować przychodów i kosztów w sposób płynny. Nie pozwala mi to więc na tak odważny krok, jak pozostawienie etatowej pracy w przedsiębiorstwie. Choć oczywiście mam świadomość, że gdybym nie pracowała na etacie, to we dwie z siostrą mogłybyśmy zrobić dużo więcej, szybciej, lepiej, bez dodatkowych kosztów. Mimo wszystko taka odpowiedzialność za finanse (nie tylko swoje) ochładza emocje i mobilizuje do pracy na dwóch posadach równocześnie.

Ale chyba łatwo nie jest?
Bardzo ciężko jest pogodzić wszystkie obowiązki bez wyrzutów sumienia i poczucia, że ciągle jest mnie gdzieś za mało. W korporacji mam również swoje obowiązki, projekty i deadline’y, staram się nie zawalać i nie dać nikomu odczuć, że głową jestem we „Frajdzie”. Mam nadzieję, że z sukcesem.

Lubi pani pracę w korporacji?
Pod wieloma względami lubię. Przede wszystkim daje mi ona bezpieczeństwo finansowe, ale także ogromną wiedzę, którą mogę wykorzystać również w prowadzeniu swojego biznesu. Te wszystkie targety, budżety, biznes plany i inne tabelki naprawdę dają dobrą podstawę do budowania biznesu. Lubię też zmiany – nowe zadania, nowe projekty. Dzięki temu nie odczuwam zmęczenia czy monotonii. Każde z tych zadań pozwala zdobyć nowe doświadczenia, ale wymaga również ode mnie ciągłej nauki. Chyba tylko dlatego wytrzymałam tak długo w jednym miejscu, bo mogę ciągle robić coś nowego, a to właśnie uwielbiam.

Nie ma wad?
Oczywiście są, np. to, co zauważyłam po trzech latach prowadzenia własnego biznesu.
We „Frajdzie” decyzje podejmuję szybko, dzięki czemu szybko też mogę się dopasować do nowej sytuacji, nowego wyzwania i wykorzystywać różne sytuacje. W korpo dużo się gada, spotyka, ale decyzje nie zapadają tak sprawnie, jak chciałabym. Szczególnie odczuwam marnotrawstwo czasu na nic nie wnoszących spotkaniach – na szczęście nie mam takich wiele.

Ma pani w tym wszystkim jeszcze czas na życie prywatne?
Na początku rozkręcania własnego biznesu bardzo się stresowałam, że czegoś nie wiem, że nie znam cennika, że coś jest nie zrobione. Teraz narzuciłam sobie pewną „higienę” i weekendy poświęcam rodzinie, nie „Frajdzie”. Wyjątkami są niedzielne śniadania – bo to ja jestem szefem kuchni i staram się wspierać zespół. Nauczyłam się nie rezygnować z drobnych przyjemności – może bardziej planuję czas i miejsce. Staramy się też znajdować czas na wypady za miasto, ale najczęściej łączymy je wtedy z szukaniem pomysłów do realizacji we „Frajdzie”, z czego najbardziej cieszą się nasze dzieci, bo to one są króliczkami doświadczalnymi.

Opisze pani pokrótce swój dzień roboczy?
Dzięki temu, że przeprowadziliśmy się do Legionowa (mieszkaliśmy pod Legionowem) dzieciaki mają teraz tylko kilometr do szkoły i przedszkola. Cała logistyka udaje nam się tylko dzięki temu, że mąż może pracować zmianowo i to bardzo blisko domu. Nasz tydzień najczęściej wygląda tak, że on pracuje w dzień, wtedy ja zawożę dzieciaki do szkoły i przedszkola, a moja mama lub siostra je odbierają, zabierając po drodze swoje dzieci. Do wieczora zajmuje się naszą ferajną moja mama. Ja wracam o 19, czasami uda się o 18.30, więc zostaje kolacja i ewentualnie niedokończone lekcje. W kolejne dni jest dużo łatwiej, bo mąż idzie do pracy na noc, zatem to on zawozi i odbiera dzieciaki, prowadzi je na zajęcia dodatkowe. Mijamy się w drzwiach o 19 – ja „z” , on „do” pracy. Potem mąż ma dwa dni wolnego – więc znowu rytuał wygląda podobnie. Staramy się godzić nasze obowiązki z zajęciami dzieci. Specjalnie wprowadzamy pewne zajęcia dodatkowe w Stacji Frajda – z własnej wygody – bo wówczas nie musimy naszych dzieciaków nigdzie wozić. Z boku to wszystko wygląda dość skomplikowanie, ale my chyba przywykliśmy i nie narzekamy. Dzieciaki nie siedzą w świetlicy, ja się nie stresuje, że znowu stoję w korku. Owszem, wymagało to ogromnej rewolucji w całej rodzinie, ale to była nasza wspólna decyzja.

Myśli pani o kolejnych własnych przedsięwzięciach?
Ciągle szukam nowych pomysłów, ale one krążą mocno wokół tematyki dziecięcej i zajęć kreatywnych, szukam inspiracji, testuję nowe miejsca. Mamy pomysł na coś zupełnie nowego, ale też rodzinnego – bo tak nam jakoś łatwiej planować.

Diana Pokromska