Impreza w środku tygodnia zbliża współpracowników. Korzyści z tego płynące zdają się przewyższać kacowe obniżenie wydajności. Dystans się skraca, umacniając relacje.

Efektywność tej formy timbildingu jest bardzo wysoka, co powinno zastanowić niejednego menadżera. Na czym polega fenomen wyjść w ciągu tygodnia? – Na imprezach ludzie zrzucają maski zapracowania i udawanych osobowości – podsumuje w rozmowie ze mną Maria.

Z czasem atmosfera się rozluźnia

Najpierw Karolina: szczupła blondynka z korporacji farmaceutycznej. Wprowadza do systemu zamówienia dla klientów, odpisuje na niezliczone ilości mejli, wykręca i analizuje raporty. Mimo że nie pali, cztery razy dziennie wychodzi na papierosa, aby odpocząć od klimatyzacji. Ma 30 lat.
– Było zaplanowane wyjście timowe z określonym budżetem, jakaś stówa na łeb – zaczyna opowieść Karolina. – Poszliśmy do dość luksusowej restauracji. Ludzie pozamawiali wino, ja od razu poszłam w piwo. Na początku była to kulturalna impreza pracownicza, ale z czasem atmosfera się rozluźniała.
Tego dnia Karolina nie wzięła ze sobą laptopa. Firma każe pracownikom nosić je do domu na wszelki wypadek. – Wiedziałam, że będzie melanż i przezornie nie wzięłam go ze sobą.
Po kolacji impreza przeniosła się do znanego baru przy placu Zbawiciela. – Pamiętam wycinki, jak to na imprezie. Pod filarami spotkaliśmy dwie Kanadyjki i zaczęliśmy je rekrutować do pracy. Przeszły, ale nie wiem, czy został wzięty od nich numer. Nie wiadomo, czy będzie kaska za polecenie.
Po ośmiu browarach Karolina zamówiła wodę. Jej towarzysze zamówili jeszcze po piwie.
O poranku obudziły ją promienie słońca. – O kurna, trzeba się jakoś ubrać. Zostawiłam laptop w pracy, więc muszę jechać – przytacza pierwszą myśl tego dnia. Kac dopadł ją dopiero w biurze.

Integracja na poziomie fizycznym
W dni robocze Karolina wychodzi na miasto zazwyczaj raz w tygodniu. Nigdy nie wie, jak długo jej zejdzie. – W tym roku to był pierwszy raz, kiedy puściłam wodze fantazji. Często zdarza się, że jest mnóstwo tematów i nagle zaskakuje cię trzecia rano i mówisz: o Jezu, jutro trzeba iść do pracy.
Takie wyjścia mają niemal same zalety. Jeden wieczór dostarcza tyle wrażeń co normalnie kilka dni i jest o czym rozmawiać przez cały tydzień. Współpracownicy integrują się ze sobą. Także dzień po. – Integracja odbywa się nawet na poziomie fizycznym, bo wszyscy czują się tak samo źle – uważa Karolina.
Puenta Karoliny mówi sama za siebie: – Dobre jest to, że kaca przeżywasz w pracy, a nie w domu.

Najwspanialsze słowa

Tak samo uważa Maria. – Lepiej tracić na kaca dzień w pracy niż dzień wolny. Po drugie, w ciągu tygodnia łatwiej zebrać ludzi, bo w weekend każdy wiedzie swoje życie.
Trzydziestolatka o ciemnych włosach i niebieskich oczach sprawdza etapy produkcji filmowej. Pije dużo herbaty i wychodzi na papierosa, ale tylko do towarzystwa. Koresponduje elektronicznie ze studiami nagrań, klientami i innymi działami firmy.
Zazwyczaj dzień po imprezie w środku tygodnia czuje się świetnie. Tylko raz zaskoczyła ją fatalna kondycja. Podejrzewa, że zatruła się piwem z kija. – W pracy było mi przeraźliwie zimno. Ktoś pożyczył mi koc i chodziłam nim opatulona z bladą twarzą. O 13 timliderka położyła kres tym cierpieniom mówiąc, żebym poszła do domu, żeby nikt nie oglądał mnie w tym stanie. To były jedne z najwspanialszych słów, jakie usłyszałam w tej pracy.
Maria dzieli się ze mną historią innego wyjścia, rozpoczynając od impulsu, który je wyzwolił. – Zebraliśmy się z ludźmi, z którymi się lubiliśmy i stwierdziliśmy, że należy iść na piwo. – Nic prostszego.
– Poszliśmy nad Wisłę, żadnych brejking niusów – nie kryje braku suspensu. Ciekawiej zrobiło się o piątej rano. – Piliśmy łychę pod stołem u Pana Romana i pierwszy raz spróbowałam tatara. Bardzo mi posmakował. Prosiłam towarzyszy, żeby mi kupowali kolejne porcje. Rozmawialiśmy o życiowych tematach – ja o mojej miłości z Londynu, a jeden kolega tłumaczył, dlaczego jest samotny.
Koleżanki rozjechały się uberem, a Maria poszła spać do kolegi. Obudziła się zupełnie ubrana – miała na sobie dżinsy i białą koszulę. Na śniadanie była jajecznica. Mieli mgliste wspomnienia z poprzedniego wieczoru.
Później koleżanka przynosiła Marii tatara do pracy, ale to nie był ten sam smak.

Ile można

Imprezy są pełne są zdarzeń, które łączą ludzi. Maria zacieśniła więź zwłaszcza z Grażyną, z którą tworzy trzon „grupy wyjściowej” – tak nazywa miłośników zabawy między poniedziałkiem a czwartkiem. Nie zaprzyjaźniła się natomiast z kolegą, u którego nocowała. To dlatego, że ten żył w świecie gier komputerowych. Maria bynajmniej.
Jeśli jest nudno, wraca do domu o drugiej, natomiast z najlepszych imprez wychodzi o szóstej rano. W obecnej korpo pracuje ponad dwa lata. Na początku była podekscytowana nowym środowiskiem, gdyż poznała wielu interesujących ludzi.
Z czasem chęć Marii do szaleństw po godzinach zmalała. Przyczyna? Wysoka rotacja pracowników. – Ci nowi znowu odejdą. Już mi się też trochę znudziło, ile można? Aczkolwiek jeśli jest okazja to nie odmawiam.

Adrenalina

Marcin nie wychodzi często, ale pije 5 razy w tygodniu. Statystycznie to przynajmniej trzy wieczory poprzedzające dzień roboczy. Dwudziestosześciolatek ze skrytmi za okularami rozbieganymi oczami zajmuje się zamówieniami na sprzęt medyczny. Analizuje przy tym problemy, wprowadza usprawnienia i szkoli nowych pracowników.
– Dwa lata temu poszedłem mocno w tango – zaczyna Marcin. Wieczór spędził na randce, po której poszedł do klubu. Mieszkał wtedy w Mińsku i na imprezy dojeżdżał do Warszawy koleją. Z dyskoteki poszedł na dworzec, by wrócić do domu. – Wsiadłem w pociąg, ale wydawało mi się, że jadę w złym kierunku. Wysiadłem i wsiadłem w pociąg jadący w przeciwną stronę. Okazało się, że wracam do Warszawy.
Kolejny pociąg odjeżdżał za godzinę. – Jadę stopem – zdecydował. Zatrzymał kierowcę białego sprintera. – Panie, do Mińska to przejdź na drugą stronę jezdni, ja do Warszawy jadę – uwrażliwił Marcina na kierunek jazdy uprzejmy pan.
Była pełnia lata, piąta rano. Zatrzymał skodę octavię. – Kierowca opowiadał mi o swoich dzieciach. Ja wtedy zajmowałem się też uczeniem dzieci francuskiego. Zacząłem opowiadać o wychowaniu i pracy w szkole. Twarz kierowcy wyrażała coraz większe zdziwienie w reakcji na porządnie wstawionego współpasażera – nauczyciela francuskiego rozwodzącego się nad swoją pracą. Droga, którą zmierzali nie prowadziła bezpośrednio do Mińska, więc Marcinowi pozostało do pokonania jeszcze 10 kilometrów. Zanim zadzwonił do przyjaciela, podjechał jeszcze kawałek z amatorem wędkowania. Wstał o dziesiątej i po mocnej kawie pojechał do biura. – W pracy byłem na kacu. Czułem się jak trup. Najpierw była adrenalina, bo trzeba do roboty. Dojeżdżasz, adrenalina spada i jest zjazd.

Żeby nie żałować

Imprezowanie jest dla Marcina realizowaniem filozofii życia. Impulsem do wyjścia jest to, żeby mieć bogate życie. – Żeby niczego nie żałować na starość. Jak mam dylemat czy coś robić, to robię. Zawsze dam radę. – Jakkolwiek by się czuł, jest w stanie rzetelnie wykonywać swoje obowiązki.
Pod koniec rozmowy Marcin zdradza, że jest pracoholikiem. – Leczę się pracą: jeśli coś się dzieje złego, to nurkuję w robotę. A jeśli na kacu, to ładuję dwa ibupromy i jadę.

Impreza łagodzi obyczaje

W zrzuceniu korpomaski zdecydowanie pomaga alkohol: dzięki niemu standardowe zachowania nabierają nowych wymiarów. Wyjście w ciągu tygodnia to wspólne przeżycie, które zazwyczaj staje się bodźcem do kolejnych kontaktów. O ile początek imprezy łatwo wpisać w outlookowy kalendarz, to koniec wielokrotnie wyznacza spóźnione westchnienie rozumu. Spóźnione, bo konsekwencji nie da się już uniknąć. Mimo to, impreza w ciągu tygodnia łagodzi obyczaje.

Mat Bum