Tytuł brzmi groźnie, przyznaję. Pracując w korpo na najwyższych obrotach spotkań, konferencji, asap’ów i deadline’ów miałem po 8 godzin wszystkiego dość – w głowie szumiało a kręgosłup przypominał o sobie przy każdym intensywniejszym ruchu.

Ale mając 25 lat na karku wystarczyła godzina odpoczynku i byłem gotowy do dalszego działania.
Przy dzieciach tak łatwo nie ma.

Kilka lat później pojawił się Młody Człowiek, który ilością energii przerasta znanego wszystkim króliczka z reklam baterii. Jest dosłownie wszędzie, eksploatując rodziców na każdym możliwym kroku. To taki moment, w którym myślicie o pójściu do pracy z pewnego rodzaju ulgą – mały w żłobku czy przedszkolu, można w ciszy i spokoju usiąść i przez chwilę zanurzyć się w uroczym „nicnierobieniu”. Oczywiście po 5 minutach do tego błogiego stanu zaczynają dobijać się telefony, zlecenia, paczki i wysyłki „na wczoraj”. Ponownie wskakujemy na obroty, a gdy jesteśmy w ferworze walki błyskawicznie dochodzi godzina 16 i trzeba jechać do żłobka, później na rowery, basen lub piłkę. Spróbujcie ominąć któryś z aktywnych punktów popołudnia z dzieckiem, a niespożytkowaną energię przerzuci na aktywności do późnych godzin nocnych. A wówczas plan wieczornego nadrobienia zaległości zawodowych z całego dnia pracy legnie w gruzach.
Jeśli pracujecie na etat to wydaje mi się że jest ciut łatwiej „zamknąć w głowie” pracę wychodząc z niej o 17, w stosunku do pracy „na własnym”, i przerzucić się na spędzanie reszty dnia z rodziną.

Przy pracy na własny rachunek nie ośmielisz się nie odebrać telefonu od głównego klienta, który dzwoni w środku wieczornej kąpieli dziecka. Fakt, chowasz się następnie w cichym kącie mieszkania, aby do mikrofonu nie dotarły pogróżki partnera/partnerki z łazienki na końcu korytarza. Bywa groźnie, ale cóż począć.
A dwójka na ostatniej prostej.

Korpotata