Korpoludzie to egoiści, wieczne dzieci, lanserzy, testerzy fasadowych przyjaźni, zastępujący związki przygodnym seksem – twierdzi Sara Taylor, autorka thrillera z Domaniewskiej „…i wyjechać w Bieszczady”, z którą rozmawiamy o tej książce oraz o najnowszej powieści.

Skąd pomysł na książkę o korpo?
Po dekadzie pracy w korporacji, chyba coraz mniej rzeczy mnie zaskakuje, ale wciąż bardzo dużo zadziwia. Żyjąc w korpobańce, często nawet nie zauważamy tych „zdziwień”. Chciałam nieco nakłuć ten rozdęty do granic wytrzymałości balonik – głównie własnego ego. Zasiać pewien dyskomfort. Zmusić do zastanowienia się. My po prostu nie widzimy, że żyjemy w bańce. To, co dociera do nas spoza niej, uważamy za nienormalne i głupie. A przecież nie zawsze tak jest.

W pani książce jest wiele przejaskrawień, ale i wiele uniwersalnych obserwacji.
Owszem, przejaskrawienia są pewnym literackim zabiegiem, ale i świadczą o moim emocjonalnym stosunku do świata, którego część stanowię. Niemniej życie w korpo, na wielu poziomach jest też odzwierciedleniem tego, co się dzieje w społeczeństwie. Przecież my wszyscy, w tym konsumpcyjnym świecie, kiedy w zasięgu ręki mamy właściwie wszystkie możliwe dobra, trochę się gubimy. Mamy problemy w budowaniu trwałych relacji: przyjaźni i związków. Kobiety, niczym księżniczki zamknięte w wysokiej wieży, oczekują na księcia z bajki, ale nie byle jakiego, lecz tego w najpiękniejszej zbroi, na największym koniu, z największym zamkiem. Takiego, który będzie jednocześnie męski i delikatny, który upoluje dzikiego zwierza, ale i napisze dla nas wiersz, i porozmawia o malarstwie współczesnym. Albo też zachowujemy się jak dzieci w sklepie pełnym zabawek. Chwytamy jedną zabawkę, ale biegniemy dalej, bo na następnym regale jest przecież fajniejsza. Tylko w pewnym momencie wiele i wielu z nas orientuje się, że to trochę nie tak. Że te zabawki to były przyjemne romanse. Kilka sympatycznych wspólnych nocy. Ale nie do końca chcemy, aby tak wyglądało nasze życie. Ten właśnie wątek starałam się rozbudować w mojej kolejnej książce.

Co zdecydowało ostatecznie o podziale książki na cztery części: życie zawodowe, towarzyskie, osobiste oraz krótka charakterystyka korpoludka?
Chciałam, aby była to książka nie tylko o pracy w korporacji, ale przede wszystkim o ludziach, którzy ją tworzą. O tym jak żyjemy, jacy jesteśmy lub jakimi stajemy się pod wpływem pracy w korpo.

A jacy jesteśmy czy jakimi się stajemy?
Nie ma jednego obrazu korpoludka, aczkolwiek są pewne cechy czy zachowania, które na pewnym poziomie, zwłaszcza zarobków, stają się symptomatyczne. Jesteśmy wyznawcami zasady, że w naszym życiu ma być: łatwo, lekko i przyjemnie.
Lubimy lans i fejm – choćby na poziomie działu czy departamentu, w którym pracujemy. Markowe rzeczy, wyjazdy – zwłaszcza zagraniczne, aby się móc nimi pochwalić. Niekiedy trochę udajemy, próbując tworzyć wokół siebie aurę zimnego profesjonalizmu, niedostępności i zabiegania. Ale najczęściej to tylko pozory i maski. Takiego chomiczego biegania w kołowrotku jest w naszym zawodowym życiu za dużo. Wzajemnie się nakręcamy, przesiąkamy tą atmosferą i zachowaniami, a później przenosimy je na grunt prywatny.

Korporacja to zło?
Korporacje są OK. Gorzej z niektórymi ludźmi. Sporo jest takich osób, które niszczą innych, chcąc zrealizować swoje partykularne interesy. Taki typowy wyścig szczurów, po trupach do celu. Mnóstwo jest gry pozorów, która na dłuższą metę jest zwyczajnie mecząca. Ale korporacje dają też wiele korzyści. Stabilizację, godziwe zarobki, możliwość pracy w międzynarodowym środowisku. Coś za coś.

By żyć w korpo i przetrwać należy… ?
Należy posiadać umiejętność szybkiego dostosowywania się do panujących w korpo warunków i zasad. Tu popłaca konformizm.

Miała pani taką myśl, by „p…nąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady”?
Kto z tych, którzy tak długo jak ja pracują w korpo, nie miał kiedyś chwili zwątpienia, nie chciał tego wszystkiego „p…nąć”? Wiele razy miałam dość, ale nigdy dostatecznie dużo „ułańskiej fantazji”. Choć właśnie to, co robię teraz, czyli próba zamiany przyzwoitego, korporacyjnego wynagrodzenia na przychody ze sprzedaży książek w Polsce jest albo taką fantazją, albo… zaawansowaną chorobą psychiczną (śmiech).

A jak pracownicy korpo wypowiadają się o pani książce?
Najczęściej dostaję pozytywne informacje zwrotne. Oczywiście pojawiają się też głosy, że przecież nie wszyscy pracownicy korporacji ćpają, uprawiają przygodny seks, są zarozumiali i zarabiają po kilkanaście tysięcy. To prawda – nie wszyscy. Co nie znaczy, że tych zjawisk nie ma.

Będzie kontynuacja korporacyjnych opowieści pani autorstwa?
Wiele osób zachęcało mnie do napisania powieści osadzonej korporacyjnych realiach. Pomyślałam: „czemu nie?”. W ten sposób powstały „Tamte wakacje”.

Może pani opowiedzieć nieco więcej o nowej książce?
To historia Marty, byłej pracownicy warszawskiego Mordoru i kilku mężczyzn, którzy przewijają się w jej życiu. Nie jest to romans biurowy i tak naprawdę fabuła toczy się poza korporacjami. Choć Domaniewska przewija się w tle.

Będzie lekko i przyjemnie?
Początkowo tak miało być, ale główna bohaterka zaczęła żyć własnym życiem. Jej dramat zaczął się rozwijać i niesamowicie mnie samą wciągnął. Marta, to przedsiębiorcza, piękna kobieta, pracująca jako szkoleniowiec. Jeździ po całej Polsce, obraca się w środowisku biznesowym, ale gdy wraca do domu, staje się małą, przestraszoną, bezbronną dziewczynką, której samoocena po zmyciu makijażu spada do zera. Zapewne niektórym zachowania głównej bohaterki wydadzą się irracjonalnie, ale wydaje mi się też, że wiele kobiet będzie potrafiło odnaleźć w Marcie część siebie. W pracy jesteśmy twardymi babkami, zajmujemy menadżerskie stanowiska, ale w domu stajemy się zupełnie kimś innym. I często nie rozumiemy, dlaczego tak się dzieje i nie wiemy, jak taki stan rzeczy zmienić.

Kiedy będziemy mogli poznać perypetie Marty?
Książka trafi do księgarń w październiku. „Tamte wakacje” dotykają uniwersalnych problemów, uczuć i relacji. Fabuła toczy się w Warszawie i w Lublinie, a przebitkach oczywiście Mordor i świat korpo. Mam więc nadzieję, że zarówno pracownicy korporacji, jak i ludzie z korporacjami nie związani odnajdą w niej kawałek siebie.

Dziękuję za rozmowę.

Marta Dawid