Za nami sezon wakacyjny, a z nim kończy się też czas staży i praktyk letnich dla studentów. Korporacje chwalą się, ile procent stażystów decyduje się kontynuować współpracę. Pytanie, czy na pewno robią wszystko, by ich zatrzymać?

Pracuję w niewielkim zespole. W czerwcu dowiedzieliśmy się, że będziemy mieli praktykanta. Przy lunchu odbyliśmy dyskusję: po co? Każdy z nas odpowiada za swój odrębny proces, z którego trudno wydzielić mniejszy czy łatwiejszy kawałek i szybko wdrożyć nową osobę, żeby przez dwa i pół miesiąca miała co robić. Cóż, firma wymyśliła, że weźmie na lato dwieście dodatkowych osób i gdzieś je trzeba było upchnąć. Oczywiście bez konsultacji z pracownikami. Niezwyciężony dział HR palcem na mapie narysował obszary, gdzie podrzucić nowe siły. Dla naszego praktykanta załatwiliśmy biurko i dostępy do naszych aplikacji. OK, niech przyjdzie, coś tam mu się da do zrobienia (nie dałem ani raz, bo nie miałem co). Pierwszy miesiąc praktyk naszego nowego kolegi upłynął pod znakiem „poszukaj sobie jakiegoś zajęcia”. Znalazł. Trzeba przyznać – produktywnie wykorzystał ten czas. Uzyskał dostęp do firmowej bazy wiedzy, aktywnie robił e-learningi, słuchał nagrań, wykonywał ćwiczenia. Z wydrukowanymi materiałami szkoleniowymi w październiku wróci na studia. Można więc powiedzieć, że nam niespecjalnie się przydał (przynajmniej na początku), ale podnosił kwalifikacje, a my mu jeszcze za to płaciliśmy. Pytał oczywiście, czy może komuś pomóc i dostać jakieś ambitne zadanie, ale zazwyczaj rozkładaliśmy ręce. Kiedy po miesiącu ktoś się zorientował, że Karol (imię zmienione) świetnie ogarnia Excela i potrafi pisać makra, zaczęliśmy się zastanawiać, jak by to wykorzystać. Udało się go namówić na jakieś makro do analizy danych i chociaż to zostanie w spadku po naszym praktykancie. Karol właśnie zakończył z nami współpracę, odszedł bogatszy w wiedzę zdobytą na nasz koszt i nie sądzę, żeby po studiach do nas wrócił. Przynajmniej nie sprawiał takiego wrażenia, bo chyba jednak za bardzo się nudził. Nie wróci na studia zmęczony po pracowitych wakacjach, za to bogatszy o wiedzę – i parę tysięcy w kieszeni.

Z doświadczeń w innej firmie wiem, że czasem stażysta może liczyć na dużo większe wsparcie ze strony pracodawcy niż szeregowy, wieloletni pracownik. Praktykanci mają czasem tak bogaty pakiet szkoleń, że starsi stażem koledzy mogą im tylko pozazdrościć. Co prawda, są to bardzo ogólnikowe porcje wiedzy, ale zawsze to dodatkowe wiadomości. Prezentacje produktowe, informacje, czym się zajmują poszczególne departamenty i jaka jest struktura właścicielska korporacji bywają przydatne.

Firmy bardzo inwestują w marketing własny i proces wychowania przyszłych korposzczurów, bo mogą pozyskać lojalnego pracownika ze skutecznie wypranym mózgiem. Po takich szkoleniach lubiłem wypytać, co też takiego ciekawego na nich było – i mina czasem mi rzedła. To uczucie, kiedy praktykant wie zdecydowanie więcej o firmie, niż ty po pięciu latach pracy – bezcenne! Nagle się dowiadujesz, że zespół, do którego od dwóch lat kierujesz maile siedzi zaledwie piętro wyżej, a nie w Indiach, jak myśleliście dotychczas. Oczywiście praca w poszczególnych działach jest prezentowana stażystom, jako szalenie ciekawa – nawet w tak nudnych jednostkach, jak zespół ds. przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy. Stażyści myślą, że po studiach zostaną finansowym detektywem, a tu trzeba analizować w kółko te same dokumenty. Czar prysł, niesmak pozostał, tylko HR może odfajkować zakończenie udanego procesu rekrutacyjnego i dopisać wzrost liczby stażystów zatrzymanych w korpo na dłużej.

Za moich czasów (jakkolwiek by to zabrzmiało), kiedy praktyki letnie dostępne były dla nielicznych i nie dostawało się za nie pieniędzy (tak, tak – kiedyś praktyki były co najwyżej za uścisk dłoni prezesa!) praktykanci byli z kolei traktowani jak darmowa siła robocza i kierowani do niewdzięcznych prac. Kiedy odbywałem obowiązkową po drugim roku letnią praktykę zawodową w firmie zajmującej się prowadzeniem projektów i udzielaniem dotacji unijnych, do głównych zadań studentów należało kserowanie dokumentów. Czasem trafiało się umycie filiżanek po ważnej naradzie albo ustawienie krzeseł w sali konferencyjnej. Ja mogłem mówić o wielkim szczęściu – miałem własne biurko i komputer, numer telefonu i pracowałem jak pozostali, ale w sąsiednim dziale kolega ze studiów kilka godzin dziennie zajmował się kserowaniem dokumentów, dbając o biurokratyczny wzrost PKB. Spędzał przy nim tyle czasu, że w końcu postawił sobie krzesło przy kserokopiarce. Praktykanci z tego działu z zazdrością patrzyli na mnie, że robię coś konkretnego, czym można wykazać się w CV, bo umiejętność bezbłędnego kopiowania dokumentów przyda się zapewne tylko asystentce biurowej. A (chyba?) absolwenci studiów ekonomicznych aspirują nieco wyżej. Zdaje się jednak, że te czasy odeszły do lamusa, chociaż nadal słyszę, że w mniejszych firmach praktykanci noszą teczki za prezesem albo robią za palarnię kawy.

Choć z założenia programy praktyk letnich mają przyciągnąć potencjalnych kandydatów do pracy w korporacjach, to nie wszystkie firmy przykładają do nich należytą uwagę. Choć już pół roku wcześniej zaczynają się promować i organizować kolejne edycje praktyk, to sposób ich realizacji nadal budzi wiele zastrzeżeń.

emes