Pięć suszonych fig to jakieś 280 kalorii. Dwa naleśniki ze szpinakiem to już około trzystu. Dokładnie sto kalorii ma mały jogurt owocowy. A jak zmierzyć kęs karkówki z grilla albo sam sos ze spaghetti bolognese? I najważniejsze: czy adrenalina przyspiesza metabolizm?

Będzie na jutro
Magda jest jedną z nas. Ma nieco ponad trzydzieści lat i pracuje w międzynarodowej korporacji zatrudniającej kilkaset osób. Zaczynała jako analityk, dziś zajmuje stanowisko kierownicze. Magda odczuwa głód i potrzebuje jeść. Jak większość (bo nie wszyscy, jak się zaraz okaże), sama troszczy się o obiad, który zje w pracy. Zazwyczaj kupuje go w którymś z serwisów cateringowych, ewentualnie sama przygotowuje dzień wcześniej i szczelnie zapakowany w plastikowe pudełko zabiera do biura. Tego dnia nie miała nic swojego. Kupiła pięć naleśników ze szpinakiem na plastikowej tacce. „Mniam”, pomyślała. Magda nie ma wilczego apetytu: nasyciła się dwoma naleśnikami. Pozostałe odstawiła do biurowej lodówki i wróciła do codziennych obowiązków w pracy, którą lubi. „Ekstra”, pomyślała, radosna, że kłopot z jutrzejszym obiadem ma już z głowy. Minęły dwadzieścia cztery godziny. Kierowniczka szykuje się do obiadu. Otwiera lodówkę. „Co u licha”, myśli. Na tacce samotnie leży jeden naleśnik. Nie trzy, nie dwa, nawet nie zero, ale właśnie jeden.

– Co wtedy czułaś?

– No cóż, pomyślałam sobie: dobrze, że ten ktoś zostawił chociaż jeden. I że tyle nie wystarczy, żeby się najeść. Myślę, że to musiała być kobieta, bo to były damskie porcje. Jaki facet zjadłby dwa naleśniki, a nie trzy. Nie znam takiego.

Magda nigdy nie dowiedziała się, dlaczego ktoś zjadł tylko dwa naleśniki. I, co najważniejsze, dlaczego nie zawahał się po nie sięgnąć. Zaczęła się zastanawiać dlaczego ktoś kradnie jedzenie. Szybko wykluczyła kwestie finansowe. – Ludzie nawet na najniższych stanowiskach nie zarabiają tak mało, żeby wyjadać innym.
Pomyślała szerzej: o biedzie w rodzinie, klęskach zjadających całe pensje. Dopuszcza też, że może ktoś czuje wewnętrzny imperatyw, który nakazuje to robić.

Skleiły się

Zaginione naleśniki okazały się jednym z wielu epizodów. Tajemniczy łasuch nie dawał za wygraną (do dzisiaj pozostaje na wolności). Magda lubi suszone figi. Niedojedzoną paczkę schowała do szafki w kuchni. Następnego dnia znalazła na niej samoprzylepną karteczkę. Chwyciła całe opakowanie – już wtedy wiedziała, że przez noc owoców ubyło. „Chciałam wziąć jedną, ale się skleiły, więc musiałam wziąć pięć” – przeczytała w lakonicznej wiadomości.
Zaskakująca jest dezynwoltura, z jaką współpracownicy podchodzą do cudzych produktów. Magda lubi kawę z mlekiem. A że pracodawca mleka nie zapewnia, to trzeba mieć swoje. Kiedy nie ma czym zabielić kawy, bo opróżniła już swoje pudełko, słyszy niekiedy: weź od kogoś.
– Mówię: kurde, jeśli każdy weźmie trochę od kogoś, to ta osoba nic nie będzie miała. Ale weźmiesz tylko troszeczkę, dopowiadają. Super, wiele osób biorących troszeczkę od kogoś.

Innego dnia był dzień owoców. Do biura przyjechały skrzynie pełne jabłek. Po sztuce na osobę. Jeden z zespołów odebrał swoją porcję. Zespół miał zebranie, więc każdy z jego członków odłożył swoje jabłko na biurko. Tajemniczy łasuch nie próżnował. Nadgryzł każdy pozostawiony bez opieki owoc! Można by liczyć na ciąg dalszy historii, że sprawca zacznie oznaczać swoje zbrodnie, i że już złapany na gorącym uczynku nie musi przyznawać się do innych win, bo przecież wszystko jest już jasne. Nie! Większość historii o ginącym jedzeniu kończy się brakiem puenty. To zazwyczaj emocje (zdenerwowanie, bezsilność, frustracja), nieparlamentarne słowa (przykłady pozostawiam wyobraźni czytelnika) i konieczność radzenia sobie w nagłej sytuacji. Wielokrotnie z pomocą nadchodzą koledzy i koleżanki, ofiarnie dzieląc się swoimi daniami.
Magda sypie jedzeniowymi historiami jak z rękawa. Koleżance, która nie je produktów z glutenem zginęły dwa opakowania dania z makaronem ryżowym. Jej samej ktoś zwędził z lodówki połowę porcji pierogów przyszykowanych na kolejny dzień. W przeciwieństwie do naleśników ze szpinakiem, nie ostał się ani jeden. Hitem, jak to określa bohaterka, było zniknięcie ze spaghetti bolognese kolegi, sosu i mięsa. Co zrobić z samym makaronem? Kolega się zezłościł i w afekcie aż kopnął Bogu ducha winien automat do kawy, któremu na szczęście nic się nie stało.

Raptowność nie popłaca

W kolejnej opowieści zwraca uwagę na pewien delikatny aspekt.
– Przygotowałam sobie warzywa na patelnię z przyprawami i zamknęłam w pudełku. Tego dnia byłam strasznie zajęta, nie zdążyłam zjeść, więc myślałam, że mam obiad na kolejny dzień. Wtedy okazało się, że połowa porcji jest zjedzona. Nie wiedziałam co z nią zrobić, bo nie wiedziałam też, jakie choroby może mieć osoba, która to zjadła. Z drugiej strony, w pudełku ciągle było coś do zjedzenia. Ostatecznie, po rozmowach z innymi ludźmi, wyrzuciłam resztę posiłku.
Ten wątek napawa smutkiem. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, wyrzucanie jedzenia jest jedną z ostatnich rzeczy, jakie chcemy robić. Po nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu spodziewalibyśmy się redukcji odpadów, tu zaś, paradoksalnie, stało się odwrotnie.
Mimo że przepadnięcie jedzenia staje się oczywiste w mgnieniu oka – lodówka to nie pałac z setką komnat – to wskazana jest powściągliwość w ferowaniu wyroków. Przypominam sobie zamiłowanie do jogurtów owocowych, które pielęgnowałem w sobie przed laty. Tego dnia wsadziłem do lodówki jeden z moich ulubionych: o smaku owoców leśnych. Obok kanapki z żółtym serem i papryką to było moje drugie śniadanie. Tego dnia jednakże byłem zmuszony zjeść jogurt wiśniowy innego producenta. Ku mojemu niezadowoleniu, owoce leśne zniknęły z lodówki. Obok stała wiśnia. Nie mogłem w to uwierzyć, nie będzie jagódek i poziomek, tylko trywialna wiśnia. Po namyśle, zamroczony nienawiścią do tego, który pozbawił mnie mojego jogurtu, ustaliłem sam ze sobą, co się mogło zdarzyć. Właściciel jogurtu wiśniowego musiał uznać, że mój jest lepszy i bez wahania go spałaszował. Nie miałem skrupułów – w rewanżu pożarłem wiśnię. W porze obiadowej, kiedy pudełka powoli znikają z lodówki, moim oczom objawił się mój jogurt! Spłonąłem ze wstydu, że tak bezrefleksyjnie posądziłem kogoś ze współpracowników, w efekcie pozbawiając go przekąski. Napisałem krótki list i przylepiłem go do mojego jogurtu. Wyjaśniłem nieporozumienie, oferując swój jogurt właścicielowi tego, który nasycił mój żołądek. Raptowność nie popłaca.
Anna, 30 lat, pewnego razu fatalnie się pomyliła. Nie dała rady zjeść obiadu. Wychodząc z pracy, zabrała z lodówki pudełko, w którym znajdowało się spaghetti. Jakież było jej zdziwienie po dotarciu do domu, kiedy odkryła, że w pudełku jest inne danie! Szaszłyki, ziemniaki i ogórki kiszone ze sklepu. Pudełko było takie same, zawartość inna.
– Zadzwoniłam do koleżanki z pracy, żeby zrobiła rozeznanie, czyje to. Okazało się, że kolegi z marketingu. Poprosiłam, żeby go w moim imieniu przeprosiła i przekazała „smacznego.
Następnego dnia zrobiłam to osobiście. Koledze spaghetti bardzo smakowało. Porcja była idealnie odmierzona, a obawiał się, że będzie za mało.

Wyznanie

To miał być tekst o tych, którzy podjadają jedzenie. Nazwałem ich roboczo kotletożercami. Ogłosiłem poszukiwania takowych na fejsbuku. Zgłosiły się tylko ofiary. Z soczystych opowieści wyłonił się obraz cierpienia, ale nie dodał on nic do anatomii zbrodni. Kiedy słuchałem Magdy, jak jej skrytozjedzono warzywa z patelni, coś mi zaczęło świtać, że już to kiedyś słyszałem. Nie, ja to widziałem… Nie, ja… to… robiłem. Wspomnienia ruszyły jak lawina. Kuchnia mojej pierwszej pracy. Biuro na rubieżach Mordoru. Otwieram lodówkę, a tam przepiękna karkówka z grilla łaknąca odgrzania w mikrofalówce. Jest ze mną Wiola. Mówię: „zobacz, jaka ładna”. Wiola staje na czatach, ja bezszelestnie chwytam nóż i widelec i odkrajam kawałeczek mięsa, który rozpływa mi się w ustach. Wiola też się częstuje.

Wspólna zbrodnia zobowiązuje. Innym razem były warzywa, te które przywołały dawne chwile. Ponownie byliśmy we dwoje, ponownie nikt nie wchodził do kuchni, warzywa były okazem sztuki kulinarnej, puszczały zalotnie do mnie oko. To była tylko łyżka najzwyczajniejszych warzyw wyjętych z mrożonki, odgrzanych na patelni i ponownie schłodzonych w oczekiwaniu na podgrzanie. Błyskawicznej konsumpcji towarzyszył zastrzyk adrenaliny. Co, jeśli ktoś wtargnie do kuchni, mimo środków ostrożności? Taki incydent zniszczyłby moją i Wioli reputację. Byliśmy podekscytowani, czuliśmy się jak dzieci, które coś broją, mają tego świadomość i robią to z pełną premedytacją.
I jeszcze kiedy, ponownie we dwoje, nie mogliśmy oprzeć się pierwszym w tamtym roku borówkom. Zjedliśmy tylko po kilka na głowę. „Tylko” niczego tu nie zmienia, podjadaliśmy jedzenie współpracownikom i refleksja może być tylko jedna – nie powinniśmy byli tego robić. Łyżka podebrana z dania mogła skutecznie zniechęcić właściciela do obiadu. Tak jak to się stało w przypadku Magdy. Odkrojony kawałek mięsa to już świadomość, że ktoś zaglądał do pudełka. Ktoś nadużył zaufanie, bo zostawianie jedzenia we wspólnej lodówce to niepisana umowa o nienaruszalności jej zawartości. To brak szacunku.

Co mnie do tego skłoniło? Na moje maniery nie miał wpływu żołądek – nie byłem głodny. To był zew podniebienia. Byłem niezmiernie łasy na te wszystkie apetycznie przyrządzone dania, które w moich oczach stawały się dziełami sztuki, z lodówki czyniąc wystawową galerię. Dzisiaj panuję nad swoimi żądzami. Jeśli to czytasz, kotletożerco, weź przykład z mojej metamorfozy.

Mat Bum