– Umiałam walczyć na ringu, poza nim jednak nie potrafiłam zawalczyć o siebie. Musiałam się tego nauczyć, pokochać siebie. Dziś jestem szczęśliwa – mówi „Korpo Voice” najbardziej utytułowana polska pięściarka Agnieszka Rylik.

W poście na FB zadałaś pytanie, które mnie samą skłoniło do refleksji: „Co byście robili, gdybyście wiedzieli, że porażka jest niemożliwa? Czy to co robicie obecnie?”. Po zastanowieniu, odpowiedziałam sobie: „tak, niczego bym nie zmieniła”.

Agnieszka Rylik: I o to właśnie chodzi. Wielu ludzi mocno ogranicza strach przed porażką. Oczywiście, w życiu nie ma tak, że niczego się nie boisz. Strach zawsze jest, ale chodzi o to, żeby nie determinował on naszych wyborów, byśmy obierali sobie cele i do nich docierali, mimo lęków, jakie nami targają. Ja uświadomiłam sobie to dość późno. Co prawda w sporcie potrafiłam wyłączyć obawy i wątpliwości, bo wchodząc na ring nie możesz mieć nawet cienia zwątpienia, ale kompletnie nie potrafiłam przełożyć tej zasady, na życie prywatne; bałam się walczyć o siebie. O innych – jak najbardziej! Gdy komuś działa się krzywda, od razu wybiegałam przed szereg i brałam sprawy w swoje ręce, ale gdy rzecz dotyczyła mnie samej, pasowałam.

Skąd taka dychotomia?
Myślę, że jest ona odwzorowaniem tego, jak funkcjonuje całe społeczeństwo, jak wychowuje się dzieci, jakie stereotypy nas kształtują. Początkowo dzieci są szczere, mówią co myślą, robią co im się podoba, nie oglądając na innych. Później są programowane przez rodziców, szkołę, społeczność. Uczą się trzymać język za zębami, hamować swoje ekscytacje, energię, zaangażowanie, próbują dostosować się do oczekiwań innych. Jeśli dodatkowo jeszcze trafią na nauczyciela czy trenera, a takich niemało, który wmawia im, że tylko on jest najlepszy, a bez niego jesteś nikim, to masz gotowy schemat, który rujnuje pierwotną moc, jaką ma dziecko. Ja też na takich speców trafiłam, dlatego mając 18 lat, byłam już tak zestresowana i zmęczona, że marzyłam tylko o tym, by przejść na emeryturę. Na szczęście potem trafiłam na mądrzejszego trenera. Dodatkowo sport jest taką dziedziną, w której prym wiedzie zasada, że musisz być najlepszy, dlatego wielu sportowców cierpi na perfekcjonizm. Tyle, że o ile tam to się sprawdza, to w normalnym życiu już niekoniecznie. W normalnym życiu musisz raczej umieć sobie wybaczać, mieć akceptację dla własnych niedoskonałości, być dla siebie łagodnym. Niełatwo to połączyć, przynajmniej ja przez wiele lat tego nie potrafiłam.

Ale w końcu ci się udało?
Tak, przestałam się bać. Po czterdziestce dotarło do mnie, że chcę żyć, a nie egzystować. Zamknęłam za sobą przeszłość i postanowiłam żyć inaczej. Poczułam, że cokolwiek się stanie, poradzę sobie.

Tak po prostu?
Oczywiście, że nie. To był proces. Swego rodzaju dojrzewanie. Poprzedziły to lata pracy nad sobą, stawania przed lustrem i mówienia sobie: Jestem najlepsza! Dam radę! Tak jak to robiłam przed wyjściem na ring. Moja mama powtarzała mi: „Umiesz liczyć, licz na siebie”. Dotarło do mnie, że przecież tak samo jak w sporcie, w życiu prywatnym też mogę i powinnam sobie zaufać, zadbać o swoje poczucie wartości, bezpieczeństwo, o swoje szczęście. Ta świadomość dała mi mega moc. Minął strach, przyszła ulga, poczucie wolności. Jak przestajesz się bać, możesz wszystko.

Co się zmieniło?
Stałam się w 100 proc. sobą. Dorosłam do tego, by mówić co myślę i nie przejmować się opiniami innych. Nie znaczy to, że nie zważam teraz na to, co mówią ludzie, czy że sama mówię im to, co mi ślina na język przyniesie, bez względu na to czy ich to zrani, czy nie. Jestem dobrym człowiekiem i moją intencją nie jest ranienie kogokolwiek. Jednak mam gruby humor, walę szczerze, jak mi się coś nie podoba, a to nie wszystkim pasuje. Trudno. Dla mnie ważne jest obecnie, by odcinać się od ludzi ze złą energią. Nie potrzebuję ich i nie chcę się nimi otaczać. Zweryfikowałam też wiele przyjaźni. Test był prosty, bynajmniej jednak nie polegał na zasadzie: „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”, dla mnie ważniejsze było to jak ci, którzy mienią się moimi przyjaciółmi, znoszą moje szczęście.

Dużo osób przeszło tę próbę?
Sporo nie przeszło. Ale przynajmniej otoczenie wokół mnie stało się jaśniejsze, bardziej pozytywne. To mi odpowiada. Życie naprawdę jest proste. Zwykle chodzi w nim o to, aby kochać i być kochanym, by czuć się dobrze w relacjach z innymi i z sobą samym, by było bezpiecznie. Dziś potrafię o to zadbać.

Jak to robisz?
Akceptuję siebie, mówię wprost o swoich potrzebach, nie pozostawiam rzeczy niewypowiedzianych, nie pielęgnuję uraz, nie gdybam, staram się żyć tu i teraz, nie patrząc wstecz.

Doświadczenie sportowe było pomocne w tej przemianie?
I tak, i nie. Jedne doświadczenia pomagały, inne blokowały zmianę. Tak jak już mówiłam, tendencje perfekcjonistyczne czy zarzynanie psychiczne i fizyczne organizmu, bo tak wygląda sport zawodowy, z pewnością nie ułatwiały pracy nad sobą w życiu poza ringiem. Z drugiej strony, sport nauczył mnie systematyczności, organizacji czy choćby umiejętności wyłączania pewnych natrętnych podszeptów w głowie, które ciągną cię w dół, produkując lęki. Kiedyś jeden z moich trenerów powiedział mi: „Popatrz, ilu sportowców przed walką nie śpi, zżera ich stres, spalają się jeszcze na długo przed wyjściem na ring. A po co? I tak będzie, co ma być. Nie ma sensu układać scenariuszy”. To dobra rada, którą stosuję nie tylko podczas rywalizacji sportowej.

Łatwo powiedzieć…
Powiedzieć może i łatwo, z tym że w moim przypadku za tymi słowami stoją też czyny. Bo ja to osiągnęłam. Wzięłam sobie tę i inne rady do serca. Zmierzyłam się ze swoimi lękami, słabościami i granicami na różnych poziomach, więc wiem, że jest to osiągalne, choć wymaga pracy i czasu.

Justyna Kowalczyk wyznała publicznie, że miała depresję. Tobie też zdarzały się takie kryzysy?
Pokaż mi zawodowego sportowca, który nie przechodził depresji. Przecież jak mordujesz swój organizm, jak non stop balansujesz na granicy psychicznej i fizycznej wytrzymałości, masz nieustanną huśtawkę hormonalną, to jak długo tak pociągniesz bez doła? Oczywiście, że miałam psychiczne kryzysy. Ale nauczyłam się z czasem, że jak się jest w dołku, to niekiedy wystarczy po prostu przestać kopać. Trzeba przetrwać i patrzeć przed siebie.

Czasami największy dołek może się okazać najlepszą trampoliną.
Dokładnie, byle się bardziej nie podkopywać, nie dokładać sobie smutków i ciężarów. Bezcenna w takich chwilach jest obecność i wsparcie bliskich osób. O to właśnie powinniśmy się troszczyć poza sportem czy pracą, o rodzinę, o bliskich, by mieć do kogo wracać, komu zaufać, wygadać się, wypłakać, gdy zajdzie taka potrzeba. Trzeba szanować ludzi, mieć pokorę do życia i właściwie ustawić sobie priorytety. Wielu sportowców o tym zapomina i potem budzą się z ręką w nocniku. Samotni. Mistrzowie a jednak przegrani.
Tym co osiągnęłaś – zarówno na stopie zawodowej jak i w rozwoju osobistym – postanowiłaś dzielić się z innymi.

Napisałaś książkę, prowadzisz szkolenia motywacyjne dla firm. Z jakim odbiorem się spotykasz?

Nie lubię zakłamania, więc w tym co robię, staram się być jak najbardziej prawdziwa, niczego nie ściemniać, nie udawać. Zdarza się więc, że występując przed 200-osobową salą ludzi, gdy rozmowa zejdzie nagle na bolesne tematy, to i poryczę się, i posmucę, ale wydaje mi się, że ludzie to kupują, bo widzą, że jestem autentyczna. Na ringu może i jestem Lady Tyson, ale poza nim, nie jestem cyborgiem, tylko po prostu wrażliwą kobietą.

Słyszałam, że w planach masz otwarcie Fundacji Agnieszki Rylik.
Właśnie ruszyliśmy z fundacją. Jej celem jest opieka nad sportowcami, zarówno tymi najmłodszymi, dopiero planującymi lub zaczynającymi karierę sportową, jak i tymi, którzy ją już zakończyli, ale nie za bardzo wiedzą, co dalej ze swoim życiem zrobić. Chcemy wspierać dzieci i ich rodziców w rozsądnym i zdrowym planowaniu sportowej kariery. Będziemy też oferować szkolenia motywacyjne, treningi.
Mam wrażenie, że i naszym korpoludkom, taki trening z tobą dobrze by zrobił…
Dobrze robi każdemu, a na pewno przydałby się ludziom walczącym na co dzień z korporzeczywistością.

A dałoby się połączyć takie spotkanie z treningiem boksu?
Tak, trening z elementami samoobrony i boksu daje fajną energię, od razu się prostujesz i jesteś po nim mocniejszy. To też dobry wstęp do późniejszej rozmowy o tym, jak polubić siebie, jak w siebie uwierzyć, jak się nie bać.

Super! Zatem mogę już zapraszać na nasz pierwszy Korposparing Motywacyjny w Warszawie z Agnieszką Rylik?
Proszę bardzo.

A zatem: Uwaga, Korpoludu pracujący stolicy! Zgłaszaj się, nie wahaj! Zapisy na sparing motywacyjny na naszym FB
(Bez obaw, w planach mamy też inne miasta i spotkania z Agnieszką). Tymczasem do zobaczenia 11 października w Domu Kultury Kadr na Mokotowie.

Justyna Szawłowska
.