Nie wiem, czy już o tym słyszeliście, ale… „palenie szkodzi”. Podobnie zresztą jak jedzenie, picie czy oddychanie, a w Polsce to już zupełnie. Oddychanie pełną piersią przez cały okres zimowy w Warszawie może struć cię bardziej niż imprezowy maraton na ekstazy.

A zatem, czy warto oddychać? No właśnie, pytanie dotyczy każdego z nas, a znalezienie na nie odpowiedzi jest równie trudne, co rozwikłanie klasycznej, szekspirowskiej zagwozdki „być albo nie być”. Ja natomiast – mimo wszystko – kieruję się inną maksymą, która mówi, iż „człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce”. Zatem oddycham, jem, piję i nawet palę, co niekoniecznie zbliża mnie do człowieczeństwa, ale do ludzkości – na pewno. Pozwólcie więc, że pokrótce wyjaśnię.
Pierwszego fajka zapaliłem w wieku nastu lat, tak jak zdecydowana większość palaczy. Przez całe liceum paliłem praktycznie tylko od imprezy do imprezy. Później przyszły studia, nowe środowisko, nowy styl życia, coraz większy stres i papieros stał się dla mnie naturalnym, powiedzmy, „wentylem bezpieczeństwa”. Nic tak nie porządkowało mi nauki czy pracy jak „wyjście na dymka”. Idealnie wyznaczona przez długość spalania tytoniu przerwa w nauce czy w pracy stabilizuje życie jak mało co. Prócz tego palenie na spotkaniach, imprezach, po seksie, gdy „papierosy, kawa, ja – cisza, ja i czas”, gdy się na coś czeka – fajki podtrzymują rytuały, które obecne są w codziennej egzystencji człowieka od wieków. No ale nie każdy jest w stanie to pojąć.

Z roku na rok liczba jednostek nietolerancyjnych wobec palaczy wydaje się regularnie wzrastać. Moda na „bycie fit” i unikanie wszelakich możliwych typów używek zyskuje coraz więcej zwolenników. A wśród nich są oczywiście instytucje państwowe oraz nasi ukochani korporacyjni pracodawcy. Jeszcze dekadę temu funkcjonowanie czegoś takiego jak „palarnia” (jako zamknięte, oddzielne pomieszczenie) w dużym gmachu biurowym nie było niczym dziwnym. Dziś takie „smoke-friendly” miejsca należą do wyjątków, a palaczy stara się wyrzucić na zewnątrz budynku. W lecie czy ogólnie podczas cieplejszych, ładnych dni, odpalenie fajki pod gołym niebem to czysta przyjemność. No ale nie ma się co oszukiwać, większość dni pracy w Polsce to albo piździawa, albo plucha, albo ogólnie nieprzyjemnie. Ale i tak najgorsza jest kwestia wychodzenia. No bo jak pracujesz na dwunastym piętrze, a do tego zakaz palenia obowiązuje wokół całego budynku, to ta idealnie wymierzona na 5-15 minut przerwa potrafi przekroczyć i pół godziny, a pracodawcom to już się bardzo nie będzie podobało.

Kilka, kilkanaście lat temu wielu palaczy musiało stawić czoła trendowi – najprościej mówiąc – sumowania godzin realnej pracy. Ogólnie polega to na tym, że pracodawca mierzy dokładnie wszystkie minuty, które spędziłeś poza biurem na fajce i ekwiwalent sumy tych „przerw na papierosa” musisz odpracować jako nadgodziny. Niby skutki powinny być wymierne, jeśli codziennie widzisz, jak twoi niepalący koledzy z pracy wychodzą z biura godzinę przed tobą, odpracowującym swój nałóg. Ale bądźmy szczerzy, nie każdy system zmianowy dopuszcza takie manewry, poza tym dokładne liczenie niniejszych ekwiwalentów jest mało możliwe, a do tego w świetle prawa pracy też sytuacja nie wygląda czysto i przejrzyście. Ale warto też spojrzeć na tę sprawę z perspektywy pracodawcy – przedłużające się przerwy (m.in. poprzez rozliczne ograniczenia wprowadzane w stosunku do palaczy) powodują milionowe straty w polskich korporacjach.

Jednak nie dajmy się zwariować. Bo przerwa jest konieczna i prawnie zagwarantowana, a kumulacja stresu u pracownika zdecydowanie gorzej wpływa na zdrowie i jego efektywność niż kilka „wyjść na dymka”, które ten stres rozładowują. A już mówiąc brutalnie – dla korporacji większym zmartwieniem będzie, gdy jakość wykonywanych obowiązków (przez choroby cywilizacyjne natury psychicznej spowodowane brakiem przerw) drastycznie wzrośnie niż gdyby ten sam pracownik musiał odejść z pracy z powodu raka.

Kilka lat temu pojawiło się rozwiązanie być może idealne, czyli szeroka gama „wejpowych” alternatyw. Początkowo można je było palic swobodnie w miejscach pracy, jednak szybko pojawiły się ograniczenia i dziś z takich zamienników nie można już korzystać np. w komunikacji miejskiej. Ciekawym rozwiązaniem są m.in. IQOS-y (w porównaniu do tradycyjnych używek redukują substancje smoliste o średnio 90-95 proc.), na które sam przeszedłem. Oczywiście nie korzystam z nich przy biurku, ale w wydzielonych, wentylowanych przestrzeniach tuż za biurem (bo nie produkują dymu papierosowego) idę na nie z kolegami/koleżankami jak na tradycyjną „fajkę” i wszystko zamyka się w tych kilku minutach. Bo tak naprawdę na odstresowanie nie wpływają substancje w papierosie, a sama „czynność palenia”. A mniej stresu = większa efektywność. Więc szanowni palacze – walczmy o swoje prawa i przekuwajmy nasze wady na zalety!

F.I. Dzierżyński