Nie wierzyłem dopóki nie zobaczyłem. Jestem zrażony do korporacji, to pewne. Ale nigdy bym się nie spodziewał, że na własnej skórze odczuję próby korporacyjnego podejścia do dzieci w… przedszkolu! W niektórych aspektach życia, naprawdę, co za dużo to niezdrowo. Ale od początku. Gdy 3-latek wybiera się do przedszkola, to w grę wchodzą dwie opcje – przedszkole państwowe, do którego teoretycznie każde dziecko powinno się dostać „z urzędu” oraz przedszkole prywatne. Nasze początkowe podejście było mocno zbliżone do wyboru między polską, państwową służbą zdrowia, a leczeniem się w prywatnych klinikach.

A to nie do końca tak. Padło na prywatne przedszkole, ze świetnym zapleczem nauczycielskim, miłą atmosferą, nowym wielkim budynkiem w bezpiecznej części dużego miasta. Przecież na czym jak na czym, ale na edukacji dzieci oszczędzać nie będziemy. W folderze ładnie ujęte profilowanie dziecka, wysłuchiwanie jego oczekiwań i planów na przyszłość – brzmi nieźle, prawda ? Po nieco ponad 2 tygodniach okazało się, że przedszkole, w którym znajduje się nasze 3- letnie dziecko, to wyciskarka umysłów, czerpiąca pomysły wprost z korporacyjnego ładu organizacyjnego.

Niech ktoś mi wytłumaczy jaki jest sens pełnego zagospodarowania 3-latkowi dnia od 8.30 do 16.00 ? W jakim celu ma on odbywać niemal codziennie rozmowy z pedagogiem, logopedą, wuefistą, itd. Dlaczego w niemal ośmiogodzinnym planie dnia na najzwyklejsze nudzenie się, które moim zdaniem najlepiej uruchamia u brzdąców kreatywność, zostawiono raptem 30 minut po poobiedniej drzemce ? I jeszcze jedno – nauczyciele jak szefowie w korpo, dość bezwzględnie zachęcają do zostania po godzinach. „Bo dziecko trzeba zmęczyć” – tak nam mówiono. Tak więc po godzinie 16 jeszcze zajęcia z baletu i hiszpańskiego. Trzy razy w tygodniu…fuck ! Co mocno niepokojące, te korporacyjne elementy funkcjonowania przedszkola popierali niemal wszyscy rodzice. Niemal, gdyż byłem jedynym, który po 2 tygodniach zbuntował się i spróbował dać dzieciakom trochę wolności. Spoglądano na mnie od tego czasu tak, jakbym palaczom w korpo zabrał wszystkie przerwy na fajkę. I jeszcze tę obiadową, a co tam. I rzecz kolejna – wyżywienie. Od A do Z w formie cateringu dietetycznego. Rozumiem, że specjalnie szykowane dania dla dzieci, że różnorodna dieta i możliwość wybrania dla dziecka każdego dnia 1 z 3 różnych rodzajów przekąsek. Ale odniosłem wrażenie, że kompletnie nie tędy droga w przypadku malutkiego dziecka, potrzebującego świeżo przyrządzonych potraw prosto od Pani Kucharki chodzącej po przedszkolu w drewniakach, z wielką michą zupy. Finalnie zabraliśmy małego do przedszkola państwowego.

Naraziliśmy go, jak i siebie, na stres związany z przenosinami, ale po tygodniu chciał iść się bawić z kolegami, bez konieczności wpychania go na siłę do korposali z dwiema szefowymi czekającymi na rozwój jego zawodowych umiejętności. Tak, powinno być chociaż trochę o kwestiach zawodowych. Wyobraźcie sobie na jakich obrotach funkcjonuje własna działalność, gdy przekazujesz dziecko w ręce, którym szybko przestałeś ufać. Do tego poziom stresu z tym związany psuje atmosferę w domu, a za nią idzie klimat w firmie. To jedna z wad pracy na swoim – życie prywatne w bardzo mocny sposób przeplata się z zawodowym. Codziennie i bez uprzedzenia. W korpo to był dopiero chillout…

KORPOTATA