Honey, I’m back! Tak, to dziś! To właśnie dziś jest ten dzień! Recepcjonistka w akcji!

Tęskniliście?! Skoro to czytacie, to chyba tak. Specjalnie dla tych, którzy pisali do redaktor naczelnej z troską o to czy jeszcze żyję – tak, żyję i mam się świetnie. Tak na marginesie, nie tylko wy słaliście zapytania czy jeszcze żyję, czy może jednak stres przedślubny mnie zjadł i wypluł same kości (I wish, bo parę kilo by uciekło!).

Dalibyście wiarę, że zmiana nazwiska w dokumentach i wyrobienie nowego dowodu to tak ciężka praca? Ja bym nie uwierzyła, gdyby nie uświadomiła mi tego pani w urzędzie. W przejście od biurka do szafki z wnioskami wkłada całą siebie. Wpisanie w komputer numeru pesel wyczerpuje rezerwy jej sił, a podniesienie ręki o 10 cm nad biurko po stary dowód, graniczy z nadludzkim wysiłkiem. Podziwiam tę kobietę. Gdyby Wonder Woman żyła w Polsce, pracowałaby w urzędzie miasta i miałaby twarz tej pani. Gooddamn it! Mój ślub nie może przejść bez echa i muszę tu wlepić kilka rozkmin. Ckliwa recepcjonistka alert! (Dżasta, nie bij!)

Od ślubu minęło już trochę czasu, ale szczerze mówiąc, w ogóle nie czuję zmiany. Tak naprawdę, jadąc do kościoła, wystrojona jak szczur na otwarcie kanałów, w białej sukni, z welonem długim jak stąd do Krakowa, w ogóle nie czułam stresu. Miałam wrażenie, że jadę na ślub kogoś innego. Wiele osób powtarzało, żebym cieszyła się tym dniem najmocniej jak się da, bo szybko ucieka, a ja będę tęsknić i chcieć więcej. Guzik prawda. Z łezką w oku wspominam ten dzień i szkliste oczy Neandertalczyka, gdy zobaczył mnie przed ołtarzem (serio serio, jak dobrze, że nie ma dostępu do tej gazety, bo chyba by mnie udusił), ale tak naprawdę wiem, że wszystko wyszło idealnie i nie chciałabym nic zmieniać. Kładąc się do łóżka o 6 rano nie wiedziałam, która część ciała boli mnie bardziej i błogosławiłam, że to już po.

Anyway, przez te kilka dni urlopu, które wymusiła na mnie sytuacja, stęskniłam się za pracą. Za awanturami z szefem („Jak to nie będzie cię przez 3 dni?! Nie przesadzasz trochę?! Ślub to nie choroba!”), za kurierami i dostawcami, którym zawsze się śpieszy i muszą zostać obsłużeni jako pierwsi, niezależnie od długości kolejki, a każda prośba o wylegitymowanie się lub chociaż przypomnienie nazwiska, zostaje przywitana prychnięciem, bo przecież muszę pamiętać każdego z imienia, nazwiska, cech charakterystycznych, firmy i numeru dowodu. Tęskniłam za niektórymi korpoludkami, którym słowo „dziękuję” albo wałkowane od roku, „dzień dobry”, nie potrafią czasem przejść przez usta…

Najgorsze jednak było to, że w sumie moje szczęście nikogo nie obchodziło. Nie mówię o korpoludkach, którzy ledwie zwracają na mnie uwagę w ciągu dnia, ale mówię o współpracownikach. Na palcach jednej ręki mogę policzyć tych, którzy po moim powrocie do pracy złożyli mi życzenia. Ba! Sam administrator obiektu przy najbliższej okazji uścisnął mi rękę i złożył gratulacje (z tym, że użył słowa „kondolencje”). A przełożony, który zawsze siedzi z oczami wlepionymi w monitor i tylko czeka, kiedy zadzwonić z awanturą o błahostkę, tym razem jakimś cudem, nie zauważył, gdy kilku ochroniarzy podeszło do mnie, uścisnęło mi dłoń i cmoknęło powietrze koło mojego policzka, składając życzenia.

Nie wymagam od nikogo salw honorowych na moją część i hucznej imprezy w pracy z okazji mojego zamążpójścia, ale minimum kultury przydałoby się zachować, gdy wymaga się tego od innych. Jak to mówią „świeć przykładem, a nie oczami”. W końcu w pracy spędzamy ze sobą większą część dnia i lepiej się pracuje w przyjaznej atmosferze.

Pytacie co u neandertalczyka? Umiera. Na katar. Biedaczysko przeziębił się podczas podróży poślubnej od klimy w naszym pokoju. W pełni sił chodzi do pracy, a po powrocie do domu opuszcza go energia do tego stopnia, że nie umie sam podnieść ręki po pilota do telewizora, a o przebraniu się nawet nie ma co wspominać. Ma taki wyraz bezsilności wymalowany na twarzy, że konkurować z nim może tylko pani z urzędu. Gdy wróci z pracy, zakopuje się pod kołdrą i tylko dróżka z chusteczek zdradza miejsce jego agonii.
Wczoraj, gdy chcąc być idealną żoną (bo to czas, kiedy jeszcze kobieta się stara), przyniosłam mu kubek z gorącą herbata i rutinoskorbin, pogłaskałam po czole, żeby sprawdzić temperaturę i podkręciłam kaloryfer najbliżej łóżka, zamiast „dziękuję” usłyszałam „mama robiła rosołek” …
Dziś kaloryfery w całym domu są ustawione na minimum temperaturowe, dzięki któremu nie zmienię mieszkania w igloo, pilota od telewizora położyłam tam, gdzie nie zagląda, czyli do kosza na pranie, cały zapas czystych skarpetek schowałam , uprałam wszystko z kosza, oprócz pilota oczywiście i jego rzeczy, które czekają aż przyjedzie mamusia z rosołkiem i się nimi zajmie.
Czystych ubrań nie będzie szukał, bo nawet się nie orientuje, która półka w szafie jest jego a obsługa pralki to dla niego czarna magia. Obiad dzisiaj ma wolne, pies czeka na spacer, trzeba opróżnić zmywarkę, podczas gdy ja po pracy jestem umówiona na kawę z przyjaciółką, bateria w telefonie aktualnie ma 2 proc. a moja ładowarka gdzieś się „zapodziała” w torebce.
Let’s play the game…

PKS