Przełom roku to w korporacjach okres rozliczeń z dotychczasowych wyników naszej pracy i planowania celów na kolejny rok. Tylko czy ktoś jeszcze ten proces traktuje serio?Przygotowuję się właśnie do oceny rocznej i tradycyjnie nie pamiętam, co ustalałem z przełożonym na początku roku. W aplikacji, gdzie muszę dokonać samooceny, czytam swoje założenia na 2018 r. i jestem coraz bliższy twierdzeniu, że ktoś musiał mi je po kryjomu zmienić. Choć niby mam lekkie pióro (ocenę zostawiam czytelnikom), to muszę przyznać, że napisanie podsumowania z mojej własnej pracy to jedyny moment w roku, kiedy rozkładam ręce i zupełnie nie mam pojęcia, co napisać. Niestety, cele i pożądane postawy wśród pracowników są ubrane w tak straszny korporacyjny bełkot, że trudno je zrozumieć po polsku, a najczęściej proces oceny przeprowadza się po angielsku, żeby ewentualni przyszli menadżerowie mogli do nich zajrzeć. Dlatego coś, co zdaniem przełożonych powinno zająć godzinę, ja robiłem przez blisko dwa dni.

Bo jak skomentować taki kwiatek: demonstruje dumę oraz poczucie odpowiedzialności za misję firmy? Co ja powinienem robić? Wybiegać z biura okrzykiem, że nasza misja jest najlepsza na świecie? Czy truć o tym każdemu pracownikowi, zanim zabierzemy się za codzienne czelendże? Drugi kwiatek – głośno mówi o problemach natury etycznej. Już raz spróbowałem, dziękuję. Kiedy powiedziałem głośno, że Monika nic nie robi, tylko się podlizuje i za to awansowała, zrobiła się burza w szklance wody. A było to zachowanie nieetyczne z mojego punktu widzenia. I w takim przypadku nie wiadomo, czy potraktować to jako zasługę, czy raczej przemilczeć, żeby nie wbijać gwoździa do awansowej trumny. Bo to, co dla mnie jest nieetyczne, najwyraźniej firmie odpowiada. Trudno też spamiętać wszystkie swoje zasługi z minionego roku. Za każdym razem obiecuję sobie notować je w kalendarzu, ale to, co robię na co dzień wydaje mi się oczywiste. A że czasem wyjdę poza schematy i komuś pomogę – no cóż, wynika to raczej z potrzeby serca, nie będę się chwalić. A to błąd. W ocenie rocznej trzeba wyciągnąć każdą bzdurę, która w oczach HR czy menago urośnie do rangi niewyobrażalnego sukcesu. I to jest świetne pole manewru dla korporacyjnych lizusów – wyciągnąć na wierzch swoje nieliczne działania i nakreślić je tak, by były widoczne z daleka. Choćby nic nie wnosiły do firmowej rzeczywistości, umiejętny PR sprawi, że największy leń, kiedy pochwali się swoim jedynym sukcesem, od razu zgarnia 100 punktów.

Cele powinny być ambitne, określone, mierzalne i osiągalne. Ambitne i określone – no, powiedzmy, że w korpo są. Co do ich mierzalności i osiągalności – mam sporo zastrzeżeń. O ile np. procent realizacji planu sprzedażowego czy liczba ukończonych z sukcesem projektów to twarde dane, z którymi nie da się dyskutować, to problem zaczyna się przy tzw. celach miękkich czy „relacji do wartości korporacyjnych”. Tutaj można wiele naciągnąć, ale jak manager nas nie lubi, to po złości powie, że nie wpisujemy się w założenia firmy. I ciężko będzie znaleźć argument, żeby tę teorię zbić. Już raz to przerabiałem, kiedy odważyłem się skrytykować pewne firmowe poczynania – przy ocenie rocznej w punkcie zna i stosuje strategię usłyszałem, że nie do końca chyba ją rozumiem. Jest to niestety bardzo duże pole do nadużyć z obu stron – można puścić wodze fantazji i lać wodę, przypisując sobie nieistniejące zasługi. Z drugiej strony, wystarczy raz coś skrytykować, nie poprzeć czyjegoś rozwiązania – i jesteśmy załatwieni przynajmniej w tym roku. Bo nie jesteśmy „gotowi do ciągłych zmian”, nie „zarażamy entuzjazmem” i co najgorsze – „nie chcemy się rozwijać”.

I tu dochodzimy do ulubionej kategorii, tak szerokiej, że nikt naprawdę nie wie, co się w niej kryje. Rozwój. Pracownik ustala ambitne cele; stara się osiągnąć więcej, niż wydaje się możliwe; dba o nieustanny rozwój siebie i swoich kolegów. Ile by się człowiek nie napocił – zawsze za mało. Czegoś zabrakło, coś można było lepiej, a na pewno – więcej. Szasta się słowem „rozwój” na wszystkie strony. Kiedyś odmówiłem wykonania zadań, kiedy szef usiłował znaleźć kogoś od brudnej roboty. W odpowiedzi usłyszałem, że „najwyraźniej nie chcę się rozwijać”. Rozwój to zazwyczaj udział w szkoleniach, akcjach typu „Lean” albo chodzenie na pseudocoachingi, które bardziej zaszkodzą, niż pomogą. A co z ludźmi, którzy wolą rozwijać się indywidualnie, korzystając z zewnętrznych źródeł, a nie korporacyjnego badziewia? Niestety, cele i ocena roczna ograniczają się tylko do oferty firmy.

I jeszcze najgłupszy cel z możliwych – obowiązkowy wolontariat. Jedno przeczy drugiemu. Pomaganie powinno wynikać z naszej empatii, chęci dzielenia się, a nie tego, że firma tak chce. I co taki korpoludek zmuszony przez managera zdziała? Pójdzie do jakiejś fundacji i zrobi coś „na odwal”. Więcej szkody, niż pożytku, no ale cel został zrealizowany. I ocena będzie pół punktu wyższa.

Podobno każdy powinien mieć w życiu jakieś cele. Jednak zdecydowanie lepiej, kiedy korporacje trzymają się od nich z daleka.
.#emes