Przez ostatnie lata w różnych poradnikach można było przeczytać wskazówki, jakich błędów powinni unikać kandydaci podczas rozmów o pracę. A czy ktoś się zastanowił, jakie błędy popełniają rekruterzy?

W dobie rynku pracownika wszelkie artykuły typu „Jak dobrze wypaść na rozmowie rekrutacyjnej„ są oczywiście pomocne, ale część z nich można wyrzucić do kosza. Pracodawcy i specjaliści ds. rekrutacji, stojący w obliczu małej liczby kandydatów, a czasem zupełnego braku chętnych do pracy, nieraz pewnie przymkną oko na takie detale, jak mowa ciała czy postawa kandydata podczas rozmowy. Ważniejsze będą dla nich doświadczenie i kwalifikacje. Co nie zmienia faktu, że niechlujnie wyglądające CV czy zatajanie/przesadne ubarwianie pewnych informacji, nadal jest naszą negatywną wizytówką. Rekruterzy często wymieniają te sytuacje jako główne błędy w aplikacjach – obok braku punktualności czy podstawowej wiedzy o firmie.

Z moich doświadczeń wynika, że piłeczka w tej chwili jest po drugiej stronie – i to rekruterzy, niestety coraz częściej, wykazują się brakiem profesjonalizmu i znajomości podstawowych zasad. Do ich głównych niedopatrzeń zaliczyłbym brak znajomości profilu kandydata, przygotowywanie się do spotkania w ostatniej chwili czy zadawanie pytań, które nic nie wnoszą do rozmowy oprócz psucia atmosfery.

Headhunterzy – „łowcy głów” mają za zadanie śledzić portale branżowe typu LinkedIn, fora internetowe itp. w poszukiwaniu przyszłych pracowników. Problem w tym, że robią to często na oślep i bez minimalnego choćby przyjrzenia się profilom kandydatów. Stąd biorą się zupełnie nietrafione oferty pracy, a kandydaci mają płonne nadzieje na awans czy choćby minimalne polepszenie warunków zawodowych.

Mam profil na jednym z portali zawodowych – z wypisanym doświadczeniem, wykształceniem, znajomością języków obcych itp. Dostałem raz wiadomość z linkiem do oferty pracy i oklepaną formułką, iż „świetnie pasuję na to stanowisko”. Wymagana m.in. biegła znajomość języka niemieckiego – warunek konieczny. Napisane pogrubioną czcionką i z podkreśleniem. Tylko że ja z tym językiem nie mam nic wspólnego, a przynajmniej nic nie wspominałem o jego znajomości. Więc na pewno się dogadamy. Kolejne zaproszenie – stanowisko: główny księgowy w firmie z branży finansowej, zarządzanie kilkuosobowym zespołem, taka okazja do awansu! Otwieram link – przebijam się przez litanię wymagań i w myślach kalkuluję potencjalne wynagrodzenie. Wymagane minimum 3 lata udokumentowanej pracy w zarządzaniu zespołem w instytucji finansowej. No to po ptakach. Ale, zdaniem headhuntera, jestem „idealnym kandydatem na tę pozycję”. Nawet, jeśli nie spełniam kluczowych z punktu widzenia firmy wymagań. Kasuję wiadomość i czekam na dalsze pomysły rekruterów. Z nieznajomości profili kandydatów biorą się potem dziwne oferty – już przerabiałem propozycję „awansu” ze starszego na młodszego specjalistę.

Kiedy człowiek przekopie się przez gąszcz spamu i dostąpi zaszczytu rozmowy o pracę, może zderzyć się z ignorancją lub niekompetencją podczas spotkania. Na początek – 15 min opóźnienia, „bo czekałam na kolegę” albo „drukowałam pańskie CV”, do których należy dorzucić kolejne dziesięć minut, bo salka miała być zarezerwowana, a jednak nie jest i właśnie odbywa się tam zlot czarownic, którego nie można przenieść nigdzie indziej. Wędrujemy więc po ołpen spejsach w poszukiwaniu miejsca, gdzie można przysiąść i w miarę sensownie porozmawiać. Człowiek oczywiście robi dobrą minę do złej gry, udaje, że nic nie szkodzi, a w duchu zastanawia się, czy warto pracować w takim bałaganie. Spotkanie z reguły prowadzi przedstawiciel działu HR, do którego po półgodzinie dołącza zdyszany manager i zaczyna zadawać pytania, które padły już kilkanaście minut temu. Przy okazji wychodzi na jaw, że delikwent moje CV otrzymał przed chwilą od swojej asystentki i nie ma pojęcia, co się w nim znajduje. Wspomnieć jeszcze należy o dzwoniących im telefonach i przeprosinach, którym towarzyszy przygłupi uśmieszek, „bo wie pan, my jesteśmy w pracy, muszę odebrać”. Wyobrażam sobie miny rekruterów, gdybym to ja w trakcie rozmowy odebrał telefon i z krzywym uśmiechem powiedział: „przepraszam, muszę odebrać, bo przygotowuję artykuł o was dla Korpo Voice”. W lutym, kiedy wszedłem na jedną z rozmów, siedzący w sali człowiek przywitał mnie, mówiąc „cześć” – a widziałem go pierwszy raz w życiu. I nie była to branża kreatywna ani IT, gdzie może konwenanse schodzą na daleki plan. I błyskawicznie zaproponowano mi przejście na „ty”, co wzbudziło u mnie pewność, że pewnie wkrótce będziemy kolegami z zespołu. Braterska nić porozumienia na nic się zdała, bo po spotkaniu sam postanowiłem podziękować za dalszą współpracę.

I jeszcze prawdziwa wisienka na torcie. Spółka skarbu państwa, branża finansowa. Na rozmowie rekruterka, dwóch menadżerów i ja. Rozmowa, nie powiem – całkiem konkretna. Moi potencjalni przełożeni zadawali merytoryczne pytania, ja odpowiadałem zgodnie z prawdą i moją wiedzą, i wszystko pięknie się układało. Zwróciłem jednak uwagę, że pani z HR od jakiegoś czasu się nie odzywa – patrzę –siedzi po przeciwnej stronie stołu konferencyjnego i przegląda w telefonie Facebooka. Zastanawiam się do dzisiaj, czy ma tak podzielną uwagę i słyszała moje wypowiedzi, czy zatraciła się w wirtualnym świecie na amen. Szkoda, że paznokci nie zaczęła malować, mógłbym doradzić inny kolor. Rozmowa dobiegła końca, padło oklepane zapewnienie od pani z HR, że niezależnie od wyników rekrutacji dostanę odpowiedź w ciągu dwóch tygodni. Czekam od lutego – jak dotąd nic do mnie nie dotarło. I tu dochodzimy do kolejnego, rażącego błędu, dziś – nie do pomyślenia. Informacja zwrotna dla kandydata po rozmowie. Obecnie w dobrym tonie jest – i to już powszechnie obowiązujący standard – niezależnie od wyników poinformować kandydata, czy go zatrudnimy, czy nie. Muszę przyznać, że z tym z reguły nie ma problemu. Oprócz wspomnianej przeze mnie spółki skarbu państwa. Ale niektórzy jeszcze tkwią mentalnie w poprzedniej epoce.

Znajoma psycholog do moich utyskiwań dorzuciła jeszcze dziwne pytania, które niczemu nie służą. Alergię ma szczególnie na „gdzie widzisz siebie za pięć lat?”. Kiedy była na rozmowie z prezesem małej firmy, odpowiedziała: „na pana miejscu”. Pan tego nie skomentował – ale finalnie pracy koleżance też nie zaproponował. Czasem trzeba zdusić potencjalną konkurencję już w zarodku. Do dziwnych pytań należy jeszcze: „czy wolisz pracę samodzielną czy w zespole?”. Osobiście – uwielbiam pracę samodzielną, kiedy jestem sam za wszystko odpowiedzialny. Ale aplikując do korpo, muszę powiedzieć, że oczywiście kocham pracę w zespole! Durnych, schematycznych pytań jest oczywiście o wiele więcej i można mnożyć przykłady, jednak rekruterzy wciąż powielają te same utarte ścieżki i drukują te same pytania na kartce. I niestety, jedyne, co takie pytania wnoszą, to konieczność kombinowania przez kandydata – żeby powiedzieć to, co pracodawca chce usłyszeć.

Ktoś pewnie powie, że rekrutacja to ciężki kawałek chleba dla tych, którzy je przeprowadzają. Warto jednak czasem spuścić z tonu, tym bardziej, że minęły czasy, kiedy można było dowolnie przeczołgać kandydata (oby bezpowrotnie). Może warto jednak zastanowić się nad tym procesem i poświęcić mu więcej uwagi, niż odstraszać kandydatów?

#emes