Stan idealny łatwo sobie wyobrazić. Praca w korpo uczy dyscypliny, dobrej organizacji, umiejętności łączenia kilku projektów i komunikacji biznesowej. Freelancerowi te wszystkie umiejętności bardzo się przydają.

Jeśli ktoś nie potrzebuje nad sobą bata, by wziąć się do dzieła, jeśli potrafi sam się motywować, szukać zleceń, nawiązywać kontakty z ludźmi, negocjować i dotrzymywać terminów realizacji zadań, to prawdopodobnie ma szansę być samemu sobie sterem. Wcale nie trzeba od razu zakładać własnej działalności. W wielu zawodach zlecenia można realizować na podstawie umów cywilno-prawnych ze zleceniodawcą. Popyt na usługi wolnych strzelców w Polsce rośnie, a jeśli dodatkowo dobrze zna się języki obce, rośnie szansa na zdobycie zleceń na rynku międzynarodowym. Ich ilość i jakość zależą od doświadczenia, operatywności i zawartości portfolio danej osoby. Jednak bez wyrobionego nazwiska i kontaktów biznesowych w swojej branży, na kokosy z tytułu bycia freelancerem w naszym kraju raczej nie powinno się liczyć . Z usług wolnych strzelców korzystają zwykle małe i średnie firmy, a te ostro negocjują z wykonawcami ceny usług. Poza tym konkurencja wśród wykonawców jest duża, więc o intratne zlecenia nie jest łatwo. Z drugiej strony, niektórzy wolą zarobić mniej, dysponować swoim czasem wedle uznania, ale za to nie mieć nad sobą szefa. Decyzja o przejściu na freelancing łatwa nie jest. Warto więc wcześniej poznać kilka faktów o wolnostrzeleckim rynku w Polsce.

Wolni strzelcy w statystykach

Najświeższy raport dotyczący pracy freelancerów w Polsce przedstawiło pod koniec ubiegłego roku Useme.eu, firma oferująca usługi pracy zdalnej. Z jej raportu wynika, że rodzimy wolny strzelec to najczęściej osoba w wieku od 25 do 34 lat, mieszkająca w dużym mieście (od 100 do 400 tys. i większych), działająca w branży kreatywnej (ponad 50 proc.), z wykształceniem wyższym lub średnim. Najwięcej freelancerów jest wśród grafików, programistów i innych specjalistów z branży IT, copywriterów, tłumaczy, marketingowców, fotografów i osób działających w branży multimediów. Połowa czynnych freelancerów łączy „wolne” usługi z etatem, druga połowa działa wyłącznie w oparciu o czystą formę freelancingu. Ponad połowa krajowych wolnych strzelców zarabia pomiędzy 1000 a 2000 zł miesięcznie. To osoby z wykształceniem wyższym lub licencjatem. Zwykle łączą pracę freelancera z etatem. Najczęściej zlecenia realizują w oparciu o umowę zlecenie lub umowę o dzieło. 23,1 proc. z nich prowadzi własną firmę; prawie tyle samo działa częściowo na umowę, a częściowo bez rachunków. Reszta (12,4 proc.) pracuje na czarno.

Mimo że ponad 60 proc. ankietowanych deklaruje, iż z wolnostrzeleckiej pracy wyciąga żenująco mało jeśli chodzi o zarobki, to jedynie 21,4 proc. wolnych strzelców twierdzi, że chciałoby skończyć z tą formą zatrudnienia i wrócić na etat.

Generalnie polscy freelancerzy są zadowoleni z takiej formy zarobkowania. Zwykle pracują we własnych domach, najczęściej 8-10 godzin dziennie, dokształcają się przez internet lub bezpośrednio w czasie kolejnych zleceń, większości z nich udaje się rozgraniczać pracę i życie prywatne. W swojej pracy doceniają zwłaszcza: elastyczne godziny realizacji zadań, niezależność w podejmowaniu decyzji, brak szefa, swobodę w wyborze zleceniodawców, kreatywne i ambitne zlecenia, niższy poziom stresu i więcej czasu dla siebie oraz rodziny. Tyle uroki, a teraz wady.

Łyżka dziegciu w tej wolności

Kasia z Krakowa – graficzka, jest jedną z tych, które spróbowały być „free” i wróciły na etat. – Wymarzyłam sobie pracę z domu i realizację różnych, kreatywnych zleceń wydawniczych – opowiada. – Udało mi się tak funkcjonować przez trzy lata, ale w końcu musiałam się poddać. Ofert było tyle, co kot napłakał, a jeśli już, to tak nisko płatne, że nie starczało nawet na rachunki. Po roku zaczęłam się oglądać za etatem, a kiedy w końcu znalazłam intratną propozycję, nie zastanawiałam się ani chwili. Gros zarobków Kasi pochłaniały opłaty obowiązkowe (ZUS, ubezpieczenie zdrowotne), wszystko dlatego, że zdecydowała się na freelancing z opcją prowadzenia własnej działalności.

Lepiej wyszedł na tej formie pracy jej kolega – również grafik, gdyż od początku działał jedynie w oparciu o umowy o dzieło. – Nie zależało mi na etacie, ani świadczeniach, więc nie bawiłem się w zakładanie firmy – mówi Andrzej. – Zwykle zawieram z klientami umowę o dzieło lub realizuję zlecenie w ogóle bez rachunków. Jeśli klient wymaga faktury, na rynku są firmy, które mogą ją wystawić w moim imieniu. Niestety, gdy działa się bez żadnego papierka, istnieje ryzyko, że po wykonanej pracy, zleceniodawca w ogóle ci nie zapłaci. Dlatego, jeśli już godzę się na taką formę działalności, to wyłącznie dla zaufanych klientów – dodaje.

Wbrew pozorom, firm, które próbują nieuczciwie pogrywać z freelancerami, nie jest tak wiele, jak by się mogło wydawać. Większość wolnych strzelców nie narzeka na uczciwość swoich zleceniodawców. Rzadko też polscy freelancerzy proszą o zaliczki na poczet realizacji zlecenia, co z kolei jest normą na Zachodzie. Ale do standardów zachodnich w ogóle nam daleko. W USA od ponad 20 lat działa licząca ponad 300 tys. członków „Unia freelancerów”, która walczy o wypracowanie odpowiednich zabezpieczeń prawnych i społecznych dla wolnych strzelców. W Polsce freelancerzy za wolność płacą samotnym borykaniem się ze wszystkimi trudnościami (prawnymi, księgowymi, etc.).

Freelancer, pracujący w oparciu o umowę o dzieło, nie ma co liczyć na jakiekolwiek wpływy, gdy raptem zachoruje czy – w przypadku kobiet – zajdzie w ciążę. Nie ma płatnych urlopów, ani dodatkowych bonusów, jakie często dają korporacje. Dodatkowo niektóre firmy żądają podpisania „lojalki”, która okresowo uniemożliwia zleceniobiorcy pracę na rzecz innych podmiotów. Oprócz tego freelancer sam musi zadbać o reklamę i działania PR-owe swoich usług.

Wolny zawód nie dla każdego

Jarek, 43-letni copywriter i fotograf uprawia wolny zawód już od ponad 10 lat. Freelancerów z takim stażem na krajowym rynku jest niecałe 10 proc. Jarek zarabia przyzwoicie, bo średnio ponad 8 tys. zł miesięcznie, ale jak sam mówi, to dlatego, że ma już wyrobioną markę i listę stałych, polecających go klientów. – Dziś zapotrzebowanie na wolnych strzelców jest znacznie większe, niż 10 lat temu, kiedy ja startowałem na rynku – opowiada. – Ale również jest większa konkurencja. Ludzi potrafiących tworzyć strony internetowe, znających się na SEO czy pozycjonowaniu jest coraz więcej. Z drugiej strony, przybywa też instrumentów i rozwiązań dedykowanych wolnym strzelcom: portale ogłoszeniowe, firmy świadczące rozmaite usługi na rzecz freelancerów, nowe technologie, ułatwiające im pracę. Coś za coś. Mimo wszystko, nie sądzę, by freelancing był dla każdego – puentuje.

Test na freelancera

Michał tuż po studiach postanowił działać na rynku jako samodzielny programista. Szło mu całkiem nieźle, a jednak po roku z ulgą przyjął pracę w korporacji. – Mieszkam w Warszawie, a tu zapotrzebowanie na tego typu usługi, jak moje, jest naprawdę duże – opowiada. – Rzecz w tym, że zaczynając swoją działalność, nie byłem przygotowany do pracy z klientem. Brałem wszystko, co mi wpadało i nie wyrabiałem się z czasem. Nie dotrzymywałem terminów, a potem klienci zwlekali z płatnościami. Poza tym zauważyłem, że w zasadzie wcale się nie rozwijam, co dla programisty, jest niemal zawodowym samobójstwem. Zwyczajnie jednak nie miałem na to czasu. Brałem zlecenia na miarę swojej aktualnej wiedzy i maszynowo je realizowałem. W moim fachu na dłuższą metę tak się nie da, dlatego z entuzjazmem przyjąłem etat w korporacji. Mam wokół siebie ludzi, którzy wiedzą więcej niż ja i mogę się od nich uczyć. Od razu też zaproponowano mi pakiet szkoleń, na które z pewnością nie mógłbym sobie pozwolić wcześniej.
Zdaniem Michała, on sam zdecydował się na tę formę pracy zbyt wcześnie. Brakowało mu dyscypliny, cierpliwości i asertywności wobec klientów, co czasem przypłacał harówką.
Zdarzyło mi się na przykład kilka razy podpisać umowy, w których nie została dokładnie ustalona specyfikacja dzieła – wspomina. – W efekcie później musiałem odsiadywać godziny, nanosząc wciąż kolejne poprawki do programu, które zgłaszał mi klient, bo nie chciał zapłacić za wykonanie zlecenia, mimo że zmiany wychodziły znacząco poza pierwotne ustalenia z nim – wspomina.

Wytrawni freelancerzy wiedzą, że klienci potrafią być humorzaści i nie zawsze wiedzą, czego chcą. Dlatego uważają, że osoba, która decyduje się na ten sposób zarobkowania, powinna mieć dobrze rozwinięte umiejętności interpersonalne.
Trzeba umieć przekonać klienta do swojej wizji lub wydobyć z niego prawdziwe motywy i cele jego zlecenia – uważa Joanna, od 5 lat freelancer, coach i tłumacz. – Wolni strzelcy muszą poza tym przewidywać branżowe zastoje na rynku, rozsądnie dysponować budżetem, tak, by w czasie owego zastoju, nie narobić sobie długów, nieustannie śledzić swoją branżę, mieć na oku konkurencję oraz stale budować silne zawodowe portfolio. Według Joanny, klienci cenią sobie w wolnych strzelcach entuzjazm, elastyczność, szybką adaptację do nowych okoliczności i konkurencyjne ceny usług. Jej zdaniem jednak, w wolnych zawodach, najważniejszy jest profesjonalizm.
Żeby jednoosobowo świadczyć usługi, trzeba być fachowcem w swojej dziedzinie – mówi. – Trzeba nieustannie się doszkalać. Nie można zamknąć się w domu i oczekiwać, że zlecenia same będą do nas płynąć. Warto bywać w środowisku, uprawiać networking, nauczyć się sprawnie wyceniać swoją pracę, dbać o klientów i non stop poszukiwać nowych zleceń. Nawet, gdy dziś masz oferty od 2 czy 3 klientów, w zanadrzu powinieneś mieć już 5 kolejnych. Freelancer to taka jednoosobowa firma, super hero do zadań specjalnych, samotny wilk – podkreśla. – Daje wiele satysfakcji, ale i wymaga specyficznych umiejętności.

Być czy nie być…

Być! – twierdzi Marcin, dziennikarz z 12-letnim stażem w medialnych korporacjach. – Od kilku miesięcy pracuję jako wolny strzelec i jestem „happy”. Nie muszę już realizować narzucanych mi przez szefów tematów. Sam wybieram, o czym chcę pisać. Nie marnuję czasu na dyżury w redakcji i dojazdy do niej, nie muszę wciąż walczyć z koncentracją w open offisie, bo piszę z domu, nie obowiązują mnie kolegia, nie walczę o miejsce parkingowe w Mordorze. Czuję się wolny. Oddycham. I choć pracuję dużo, mam więcej czasu na prywatne życie i nie czuję się zmęczony. Wiem, że jestem dobry w tym, co robię. Jeśli ty również to wiesz, nie zastanawiaj się.