Myślicie, że moja praca to kaszka z mleczkiem? Pozwólcie, że was zaskoczę. Opisałam już jak wyglądały moje początki pracy dla pewnej firmy ochroniarskiej. Łatwo nie było, to fakt. Teraz też do doskonałości daleko.

Podczas gdy wy grzejecie swoje przemarznięte stópki w ciepłym biurze, co raz wlewając w siebie kolejna ciepłą kawusię albo herbatkę, ja siedzę w lodowni. Obiekt, w którym pracuję obecnie, jest chyba jakiś przeklęty. Serio. No, może nie cały, ale moja recepcja z pewnością. Może jakaś wkurzona recepcjonistka, która nie dostała podwyżki, w akcie furii rzuciła kilka niemiłych zaklęć i splunęła przez ramię. Nie wiem, nie mam pojęcia. Ja tu dopiero przyszłam.

Z tego co mi wiadomo, budynek ma dziesięć lat, więc taki stary nie jest. Mamy na sali jakiegoś speca od nieruchomości? Niech mi wytłumaczy jakim cudem w dziesięcioletnim budynku nie działa klimatyzacja, ogrzewanie, a gdy spadnie deszcz, to szambo wybija tak, że zalewa garaże ,a w mojej recepcji jedzie jak z oczyszczalni ścieków, podczas gdy w pozostałych dwóch, wszystko jest cacy? Gdyby to były jednorazowe przypadki to pal licho, ale to jest permanentny stan. Doszło do tego, że w szufladzie biurka mam schowany zapas maseczek i odświeżaczy powietrza, pod biurkiem mam kolekcje grzejników, a wiatrak chodzi w mojej recepcji od marca, bo o 8 rano mam tam piekarnik. Ktoś głodny? Zapraszam do mnie! Na blacie biurka z pewnością usmażymy przepyszną, mocno ściętą jajecznicę. Ba! Grzanki też wyjdą jak u samego Modesta Almaro! Śniadania serwowane w godzinach 8-10.

Latem zbawieniem może być wiatrak, ale nie u mnie. Wiatrak, owszem, młóci powietrze. Ale niestety jest ono tak gorące, że silnik pracuje na marne.

A jak jest w takim razie zimą, pani recepcjonistko?
Byliście kiedyś w chłodni przemysłowej? Powiedzmy, że moja recepcja działa na takiej samej zasadzie. Zawsze jest tam zimniej niż na zewnątrz. Zimą również. Prawo pracy mówi o tym, że jeśli w pomieszczeniu, w którym znajduje się pracownik jest mniej niż 18 stopni Celsjusza, to ma on prawo wstać i wyjść z pracy. Tak o! Wiem o tym doskonale, ale zamiast tego wolałam siedzieć obstawiona z każdej strony grzejnikiem i w swoim cywilnym ubraniu, mimo że w pracy mam obowiązek zakładać mundur. Ale jaki był sens się przebierać, jeśli i tak siedzę opatulona swetrami, płaszczem i szalikiem? A no właśnie, „żodyn”.

W tym momencie zapewne pukacie się w głowę i chcielibyście zapytać: „ No to dlaczego dalej tam pracujesz, kretynko?!”

No właśnie. Uwierzcie mi, że sama czasem się nad tym zastanawiam. Ale tu trzymają mnie tak naprawdę ludzie. Owszem, większość, pracowników biur co rano zapomina wziąć język z domu, żeby powiedzieć głupie „dzień dobry”, ale nie wszyscy. Poza tym obiekt biurowy to nie same biura. Jest firma ochroniarska (a nawet kilka, kiedy dane biuro ma taki kaprys), serwis sprzątający (w jednym obiekcie też może być ich kilka), serwis techniczny, firma zajmująca się zielenią, uśmiechnięci kurierzy, Pan Kanapka (swoją drogą, uwielbiam to określenie), który zawsze ma w zanadrzu żarty albo darmową bułkę.
Takich ludzi, których nie zawsze widzicie, jest wielu. Ale o nich może następnym razem.

Przejdźmy w końcu do blasków i cieni pracy recepcjonistki. („No, brawo ty! W końcu na to wpadłaś!”)
Zacznijmy od tej mniej przyjemnej strony czyli stawek. Nie ukrywam, że praca za najniższą krajową i to 10 godzin dziennie nie jest szczytem moich marzeń. Gdy ostatnimi czasy wzięłam się w garść i pomaszerowałam do szefa, z zamiarem wyduszenia z niego podwyżki, usłyszałam tylko „nie dziś, innym razem”. Mhm, szkoda, że to „innym razem” słyszę po raz trzeci.

Wszyscy mamy aspiracje zawodowe; wielu z nas nie jest zachwyconych stanowiskiem, na którym wylądowaliśmy. Jedni szli na studia poimprezować (ale tych zostawmy póki nie wytrzeźwieją), a drudzy po dobre wykształcenie, które zapewni im dobrą prace a co za tym idzie, zarobki. Guzik prawda, wysoki sądzie, a sędzia kalosz! Realia zna każdy. Idąc na studia nie masz pieniędzy na własne utrzymanie, więc idziesz do pracy. Gdy idziesz do pracy, wymagają wykształcenia oraz doświadczenia. A nie masz ani jednego, ani drugiego. Więc co robisz? Idziesz do innej pracy, która niekoniecznie jest związana z twoim kierunkiem studiów, obiecując sobie, że to tylko tak na chwilę, póki nie znajdziesz czegoś lepszego i nie skończysz studiów.

Tak było również ze mną. Idąc na studia miałam w głowie piękne scenariusze, w których siedząc w bujanym fotelu, piszę książki podróżnicze. Ta. Siedzę, a no owszem, ale na obrotowym krześle na kółkach i piszę felietony do gazety dla ludzi z gatunku homo korporacus, a wycieczki jakie odbywam, to wyprawy do spożywczaka po bułki, albo – kiedy zamarzy mi się opisywanie zwyczajów dzikich plemion – bitwa o karpia w Lidlu. Musicie przyznać, że bardziej ekscytującego życia nie da się już prowadzić. Przynajmniej nie za taką wypłatę!

Numer drugi na mojej liście to (werble, proszę)… wstawanie! Tak. Wstawanie o 5 rano nie należy do moich ulubionych zajęć. To, że się do tego przyzwyczaiłam nie świadczy o tym, że to polubiłam. Nie da się, w sumie, tego polubić. W weekendy za to potrafię spać do 12, mimo kołysanki o 22. Kiedyś muszę to sobie odbić.

Numer trzeci: korki. Każdy kto dojeżdża do pracy więcej niż pół godziny, zna ten ból. Nie wiem od czego to zależy, ale w poniedziałki korki są najgorsze. Mam wrażenie, że sytuacja wygląda mniej więcej tak: niedziela, miły obiadek u rodziny za miastem i nagle pada propozycja „ej, pojedźmy jutro rano. Tak miło dziś się siedzi. I tak dziś będą straszne korki, bo wszyscy po weekendzie będą wracać do Warszawy. Wyjedziemy jutro wcześnie rano i po robocie”. To powiedziało pół Warszawy. Co nie zmienia faktu, że korki w niedziele i poniedziałek są co najmniej porównywalne, ale w poniedziałek o niebo bardziej wkurzające. Co trzeci kierowca, z czerwoną twarzą, zaciskając ręce na kierownicy, stara się nie rzucać wiązanek, bo kardiolog zabronił mu się denerwować. Pozostali kierowcy to kobiety, które przynajmniej mają czas dokończyć makijaż. Jeden korek jest zaraz na wyjeździe z mojego miasta, drugi przy wjeździe do stolicy, trzeci w centrum, a kolejny na Żwirki i Wigury. Weź człowieku nie dostań palpitacji.

Numer czwarty opisałam w pierwszym felietonie więc nie będę się powtarzać. Chociaż tu należy się wam pochwała. Poproszę dzienniczki! Przynajmniej korpoludkom z mojego obiektu. Znacznie wzrosła liczba mówiących „dzień dobry”! Może nie byłby ze mnie taki zły nauczyciel?

Numer piąty to czas pracy. 10 godzin. Na tyłku. Plus dojazd. Łącznie nie ma mnie w domu 14 godzin. Niedługo moje własne psy zapomną jak wyglądam. Żeby coś załatwić muszę brać cały dzień wolny, bo wiadomo jak funkcjonują w naszym kraju urzędy.

Numer szósty to opisane powyżej warunki pracy, które mają jednak widoki na (dobrą) zmianę, ze względu na planowany remont.

Więcej cieni nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję. A blaski opisze w kolejnym felietonie. Amen.