Korpo. Korporacja. Skojarzenie zawsze to samo: wyścig szczurów. Wysokie szklane budynki, oślepiające w słońcu blaskiem swej zajebistości.

Deadline, życie na ASAP-ie. Szybka przerwa na fajkę i powrót do biura, żeby słuchać trucia szefa i oglądać fałszywe uśmiechy koleżanki z boksu obok, a w myślach obmyślać jakby jej tu dosypać do kawy środek na przeczyszczenie tak, żeby nikt nie zauważył.

Przemykacie obok, przypominając sobie o nas, dopiero kiedy zapomnicie karty wstępu i ze słodkim uśmiechem musicie spytać „Czy mogłaby pani otworzyć? Gdzieś mi się karta zawieruszyła”. I pani otwiera brameczkę, a wy biegniecie dopić kawę (oczywiście uprzednio sprawdzając, czy nie pływa w niej nie do końca rozpuszczona tabletka na przeczyszczenie).

Odkąd pamiętam, słyszałam opinię, że korpo odmóżdża. Nie doświadczyłam tego, dopóki nie zasiadłam za wysokim blatem w szklanym budynku. Pamiętam jak dziś pierwszy dzień pracy. Gdyby nie to, że miałam świeżo nałożony żel, z pewnością zaczęłabym obgryzać paznokcie z wrażenia. Wielki świat, stolica, garnitury i świeżo wykrochmalone koszule. Punktualnie o 7 rano zjawiłam się przed rozsuwanymi drzwiami. Idąc za przykładem panny Steel, stanęłam na środku chodnika i zadarłam głowę do góry, podziwiając alpinistów na sznurach. No może nie do końca chodziło o taki widok, ale jaki kraj, taki Grey Enterprises.

Kierownik ochrony obiektu powitał mnie w progu i pokazał szybko obiekt. Z labiryntu miejsc parkingowych na różnych poziomach, zapamiętałam tylko gdzie jest szatnia. Szybko się przebrałam i pobiegłam do swojej recepcję w podskokach, gotowa do działania i z głową pełną romantycznych scenariuszy, gdy w drzwiach pojawi się on. Mój własny Grey. Padnie na kolana, z miejsca prosząc mnie, abym spędziła z nim całe życie i odjedziemy w siną dal, jego nowiuśkim, lśniącym kabrioletem (młodość matką naiwności i głupoty- jakby powiedziała moja babcia).

Po godzinie wpisałam dwie pozycje do raportu. Po trzech godzinach miałam ich aż pięć. Po sześciu godzinach zasypiałam na siedząco, drgając na odgłos rozsuwanych się drzwi. Po ośmiu godzinach miałam ochotę wsadzić sobie długopis w oko. A po dziesięciu zaczęłam obmyślać wymówkę, dzięki której uda mi się wyrwać wcześniej. Po dwunastu godzinach nastąpił przełom. Zadzwonił dowódca, że czas najwyższy zablokować drzwi i zasalutować do kamery na pożegnanie. Wybiegłam szybciej niż przyszłam, odnotowując w pamięci, aby dokupić pakiet internetu i zrobić napad na bibliotekę. Następnego dnia byłam już przygotowana na wszystko. Ale nie na 16-godzinny dyżur. Pominę jak wyglądał ów dzień w praktyce. Powiem tylko, że serwis sprzątający nie miał nic do roboty na koniec dnia, bo nawet w klamkach można było się przejrzeć. Gdy wróciłam do domu padłam spać w tym w czym przyjechałam, a ostatnią myślą, zanim zapadłam w sen było „o ja pier…”.

Pobudka o 5 rano. Drzemka w autobusie. Szybkie zakupy. Trzy godziny nudy. Przerwa. Cztery godziny nudy. Przerwa. Pięć godzin nudy. Koniec pracy. Błyskawiczne przebranie się. Biegiem na przystanek. Drzemka podczas powrotu. Siusiu, paciorek i spać. I tak codziennie.

Wtedy poznałam na czym polega prawdziwa miłość do weekendu. Na świadomości, że o piątej rano nie będę wstawać z pragnieniem popełnienia morderstwa z zimną krwią. Mam wrażenie, że wstawania tak rano bardziej nienawidzi tylko kierowca autobusu, który wiózł mnie rano do pracy. Jakby nie patrzeć, pół autobusu śpi, podczas gdy on pije właśnie piątą kawę, żeby nas wszystkich nie wysłać ekspresową windą do nieba. Podejrzewam, że nawet gdyby autobus walnął w słup, tylko nieliczni uchyliliby oko, żeby zbadać sytuację. Reszta przekręciłaby się na drugi bok, otarłaby ślinę z kącika ust i dalej by spała.

Od kiedy zaczęłam „karierę” recepcjonistki, codziennie tym samym autobusem jeździ ze mną pewna blondynka. Kobitka na oko 40 lat, blond włosy, natapirowane tak, że wygląda na pół metra wyższą. Wsiada cztery przystanki dalej i siada obok mnie. Nie znam nawet jej imienia, ale gdy widzę ją w mieście, to się z nią witam. To zaskakujące, jak wspólne wstawanie o piątej rano potrafi zbliżyć ludzi. A tak by the way, jeśli to pani czyta, dziękuję! Gdyby mnie pani nie budziła na przystanku, na którym razem wysiadamy (ostatnim, tak przy okazji), chyba połowę dni w pracy bym opuściła, bo kierowca nieświadomy mojej obecności, pojechałby w drogę powrotną ze mną, trwającą w błogiej nieświadomości na ostatnim fotelu.

Tak wygląda praca recepcjonistki obiektu. W każdym z nich oczywiście wytyczne odrobinę się różnią, ale główny zamysł jest wszędzie taki sam: „siedź na tyłku 12 godzin, ładnie się uśmiechaj i staraj się nikogo nie zabić, a to wszystko za najniższą krajową”. Ok. Może moja praca nie wymaga ode mnie zbyt wiele ruchu, może nie noszę worków z piaskiem na budowie (notabene przez 8 godzin i za dwukrotnie wyższą stawkę, god damn it!), może nie zależy ode mnie życie innych, ale – wierzcie lub nie – ta praca naprawdę potrafi dać w kość.

Pobudka niekiedy o 4 nad ranem, aby zdążyć na autobus, nie należy do moich ulubionych zajęć. Dźwięk ciągle piszczących bramek, kiedy kolejna osoba nieświadoma znajdującego się na nich znaku „STOP”, próbuje się przez nie przedostać do wyjścia. Siedzenie tylu godzin i wpatrywanie się w przestrzeń za najniższą krajową. Łzy szczęścia, gdy po prawie dwóch latach i kilku miesiącach batalii, dostajesz w końcu umowę o pracę. Na miesiąc. Tak to wygląda…

Uffff. Zbliżam się powoli do magicznej granicy „max 8000 znaków” (kto nie wierzy niech policzy, za mnie robi to program). Nie pozostaje mi nic innego, jak przesłać kilka słów podsumowania. W korporecepcji siedzę ładnych parę lat i niejeden obiekt odwiedziłam. Wszędzie było tak samo. Takie same zasady. Taka sama nuda. A Greya wciąż brak na horyzoncie. Redaktor poprosiła mnie, abym napisała kilka słów (przypominam, 8000 znaków!) jak korporacja wygląda z perspektywy recepcji, co można by zmienić, a co zostawić. Takich rzeczy jest wiele, ale nie zmieściłabym się w limicie. Dlatego te rozważania zostawię na następny tekst. Może przeczyta go mój szef i w końcu dostanę upragnioną podwyżkę?

Obserwowanie jak, drodzy korpoludkowie, chodzicie niczym zombie -owszem- było zabawne. Przez pierwsze dwa tygodnie. Potem naszła mnie refleksja, dlaczego traktujecie recepcję jak powietrze. Trzy czwarte pracowników mojego obiektu nie potrafi powiedzieć „dzień dobry”, „do widzenia”, ani „dziękuję” za otwarcie bramki, której tak naprawdę nie mam obowiązku wam, jako posiadaczom kart dostępu, otwierać. Robię to tylko z dobroci serca. Już nawet „pocałuj mnie w …” byłoby jakimś podziękowaniem. Doceńcie to. Najbardziej bawią mnie korpoludki, które sama jeszcze wpuszczałam na górę na rozmowę o prace i szkolenia. Wtedy przystawali i zagadywali jak wygląda tu praca, a po podpisaniu umowy i otrzymaniu karty nagle stracili zdolność mówienia. Serio, ludzie? W umowie macie zaznaczone „ po 12537646823: zobowiązuję się do traktowania ochrony obiektu jako podgatunku ludzi” ?

Trochę kultury z rana nie zaszkodzi. Uśmiechu zresztą też. Spróbujcie. Następnego dnia po przeczytaniu tego artykułu uśmiechnijcie się do zmęczonej kobiety siedzącej na recepcji. Od razu poprawi się humor wam i jej. Może tą kobietą będę ja?