Wyglądasz wtedy zza tego nieszczęsnego parawanu, a tam pół turnusu z korposfery, a pięć enklaw parawanicznych od ciebie bryluje gruby pan Edek w cywilu (bo służbowo to Pan Buła się wabi).

Spoglądasz wyżej, a tam zza horyzontu wyłaniają się szczyty biurowców – na całym świecie do siebie podobne jak powodziowe krople wody. Zatem zamawiasz modżajto i z przyzwyczajenia otwierasz lapka, by jebnąć se risercz biznesowy, tak jakoś odruchowo. I teraz się budzisz; cały spocony, rzecz jasna, i w nerwach, upewniasz się, że to tylko koszmar i czytasz poniższy tekst, by dowiedzieć się, jak takiej sytuacji uniknąć; jak zapomnieć o korpo, będąc na wakacjach twego życia.

Rzuć to wszystko i pojedź 
w Bieszczady

Zaczynamy opcją budżetową, gdyż tak będzie najrozsądniej, bo np. taki PeKaeS na trasie Rzeszów-Cisna plus tani bus Warszawa-Rzeszów, to łączny wydatek +/- 100 zł na łeba, a jak jeszcze się odpowiednio wcześnie zarezerwuje, to i koszty mogą pójść przez pół. Zatem, gdy nie masz „wakacji pod gruszą” i dopiero jesteś na starcie korpokariery, to warto przemyśleć tę opcję. Jednak nie daj się zwieść pozorom! Nie całe Bieszczady wolne są od korpoturnusów. Czego warto więc u n i k a ć?

Przede wszystkim omijaj szerokim łukiem Solinę, Polańczyk, Lesko i raczej też Cisną. To miejsca wyklęte. Choć tylko sezonowo, to jednak wyklęte. Kilka lepszych hoteli, niezłe połączenia komunikacyjne, dobra baza gastro i pewna bieżąca woda – wszystko to wabi co bardziej chytrych korpoludziów. Ty jednak jesteś mądrzejszy i chcesz od nich odpocząć, więc wybierasz: Smerek, Wetlinę, Ustrzyki Dolne, Ustrzyki Górne lub inne wioski położone na granicy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Wypad w te miejscówki, to istna hipsterka w temacie korpoturnusów polskich. Jednak w przypadku tej hipsterki – jest tanio! A tym bardziej w kwestii noclegów. Gdzie zatem nocować?

Można wybrać domy wypoczynkowe w Smereku lub w Wetlinie, można wybrać agroturystykę w Ustrzykach, lecz prawdziwa antykorporacyjna wyprawa, to wyjazd z własnym namiotem! Polecamy zatem „Kamping Górna Wetlinka”, pole namiotowe nad Dwernikiem, Camping 150 przy Wołosatce lub „Nasiczne”. Cena – półdarmo, po prostu miejcie kilka cięższych monet przy sobie, wystarczy. Wspinaczka na Wołosate, Tarnicę i inne Połoniny, to zabawa praktycznie na kilka tygodni. Załóżcie wygodne buty i w drogę. A gdy po przejściu kilkunastu kilometrów górskim szlakiem i skrajnym rozprasowaniu stóp, wejdziecie w zimną wodę górskiego strumyku (jakich przy bieszczadzkich ścieżkach pełno), to na długie miesiące napełnicie swe serce przyjemnością przewyższającą korporacyjny fajrant o tysiąc punktów w skali ekstazy, bo będzie to rozkosz wolna od korpoświata. Polecam!

Ostatnia szansa na Republikę Macedonii

Za Peerelu, jak miało się „trochu pieniądza” i „trochu szczęścia”, to się jechało na wywczas na Bałkany. Dziś najczęściej Polacy odwiedzają Chorwację. A przecież można też ruszyć w inne zakątki Bałkanów. Niech to pozostanie między nami: pośród wszystkich malowniczych republik bałkańskich jest jedna perełka, której korpoturnusy jeszcze nie wciągnęły w swe pole zainteresowań. To Macedonia, jeden z najrzadziej odwiedzanych krajów w Europie. Dlaczego? Z jednej strony kraj ten po odzyskaniu niepodległości (ponad 20 lat temu) nie dbał zbytnio o dobrą reklamę, z drugiej nie ma też zbyt komfortowych połączeń lotniczych i drogowych. Jednak teraz to się zmienia, bo niedawno do Macedonii zaczęły kursować tanie linie lotnicze, a baza turystyczna rozrasta się coraz śmielej. Więc jeśli chcemy odwiedzić przepiękny kraj na południu w niekorporacyjnym anturażu, to teraz albo nigdy! Co warto zobaczyć?

Na początek bezwzględnie należy udać się nad Jezioro Ochrydzkie, czyli najstarsze jezioro w Europie i najgłębsze na Bałkanach. Przepiękna flora, niecodzienna fauna, średniowieczne zabytki na brzegach, miejscami woda tak krystalicznie czysta, że widać dokładnie, co dzieje się kilka metrów pod jej taflą. Przyjazna – lecz nie zagęszczona ludem – baza turystyczna, dobre ceny i świetne warunki pogodowe przez większość sezonu. Położona nad jeziorem Ochyrda, to miasto, które łączy w sobie południowosłowiański koloryt i grecki monumentalny styl. Moc zabytków, średniowieczna cerkiew, imponujący klasztor z X wieku, antyczny teatr, a wszystko to nad brzegiem jeziora i w iście magicznym stylu. Gdy przyjedziemy tam latem, możemy natrafić na festiwale kulturalne, związane z folklorem, teatrem, sztuką, religią.

Obowiązkowym punktem jest tam także Kuklica, czyli naturalne „kamienne miasto”, które powstało 10 mln lat temu i wygląda niczym lepiej oszlifowana Maczuga Herkulesa, tylko że w większej ilości i w większym zagęszczeniu niż cuda przyrody w polskiej Jurze. Ponadto mnóstwo pięknych, krystalicznie czystych jezior, zapierająca dech w piersiach architektura, górskie szlaki z cudami natury. A do tego stolica, Skopje, miasto-ewenement. Dla ludzi, którzy chcą na serio godnie odpocząć do trybu ASAP, Macedonia będzie zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż Grecja czy Bułgaria.

Ekskluzywne wakacje (anty)korpożycia

Jeśli kiedyś chcielibyście przeżyć najbardziej odkorpowane, relaksujące (podkreślmy – relaksujące, a nie ekstremalne) wakacje, to Wyspy Świętego Tomasza i Książęca będą idealną opcją. To jeden z najrzadziej odwiedzanych krajów świata, w którym warunki do odpoczynku się idealne i nie panuje tam zaraza, wojna czy inny kataklizm. Rocznie przybywa tam 8 tys. turystów, a mogłoby o wiele więcej, lecz to kraj zapomniany, znajdujący się poza szlakami transportowymi i o bardzo słabym PiaRze. Choć władze czują, że na odwiedzających da się zarobić, więc jeśli już wydamy te kilkaset euro na lot, to wizę możemy dostać już po przylocie na lotnisku za 50 dolarów. Wyspy leżą bardzo blisko równika w Zatoce Gwinejskiej, zatem pogoda dla wielbiących gorące klimaty – idealna.
Kraj jest biedny, lecz naprawdę estetyczny (np. w porównaniu do kontynentalnej Afryki). Oczywiście piękna przyroda i urzekająca architektura kolonialna i postkolonialna. Kulturę można podziwiać przede wszystkim w Sao Tome, czyli w stolicy, a poza nią koniecznie trzeba wynająć przewodnika (za grosze) i udać się w dziewiczą puszczę. Jeśli chcemy zaszaleć, można wynająć pokój Equator’s Line – Rolas Island Resort , czyli w ekskluzywnym ośrodku wypoczynkowym za ponad sto dolarów za nockę. Jednak jeśli chcemy pozostać hipsterami turystyki, to lepiej wybrać moteliki za kilka dolców za noc.

Na Wyspach życie jest spokojne, a wręcz leniwe, nie ma tam biurowców, nikt nie ściga się samochodami do pracy. Za dwa tygodnie wypoczynku zapłacimy (wraz z wizami i biletami) około 3 tys. dolarów, ale z pewnością już po kilku dniach przypomni nam się, jak to było nie żyć na ASAP-ie.

Oczywiście wybór należy do was, wymęczeni pracownicy biur polskich. Jednak nasi ludzie powyższe miejsca sprawdzili i stwierdzili, iż jest tam zaprawdę antykorporacyjnie. Jedźcie tam i nie rozpowiadajcie zbytnio o tych miejscówkach, żeby się nie rozeszło za szybko. Choć i tak pewnie pojedziecie do tej Hiszpanii, Egiptu czy tam innego Kampinosu…