Strach przed zastępowaniem ludzi maszynami nie jest bezpodstawny. Jeśli maszyna może na jakimś stanowisku z powodzeniem zastąpić człowieka, to logiczną staje się myśl: „po co w takim razie firmie człowiek?”.

Ludzie bywają zawodni i nieprzewidywalni. Mają swoje ograniczenia; męczą się, chorują, muszą spać, wypoczywać, potrzebują motywacji, miewają humory, nierówno przyswajają wiedzę, itd. Maszyny za to są znacznie mniej skomplikowane niż człowiek, mniej awaryjne, bardziej wytrzymałe, w dużej mierze przewidywalne i nie mają wielkich wymagań egzystencjalnych. Co ważne, nie trzeba im wypłacać pensji, posyłać na urlop, czy martwić się, że dopadnie je syndrom wypalenia zawodowego. Z pewnością w obsłudze są łatwiejsze od pracownika z krwi i kości. Z punktu widzenia pracodawcy zastępowanie podwładnych robotami miałoby zatem liczne i wymierne korzyści. Dlaczego jednak z „zatrudniania” robotów mieliby się cieszyć pracownicy?

Lizanie znaczków

Pracująca w jednej z warszawskich korporacji Monika, o swojej pracy mówiła niekiedy z przekąsem, że jest ona tak ambitna i rozwojowa, jak etatowe lizanie znaczków na poczcie. W natłoku obowiązków, jakie miała na swoim stanowisku w dziale obsługi międzynarodowych klientów, do jej zadań należało również zbieranie sprawozdań sprzedażowych z firmowych oddziałów i tworzenie dla prezesa zestawienia zbiorczego z tychże.

– Odbierałam dziennie 120 maili z różnych oddziałów – opowiada. – Każdy zawierał załącznik Excel, który trzeba było zapisać, otworzyć, wyciąć i skopiować do tabeli zbiorczej, a później jeszcze wszystkie wyniki z sobą zsumować. Zajmowało mi to mnóstwo czasu, który mogłabym poświęcić na o wiele ważniejsze sprawy, niż czynności typu Ctrl „C” – Ctrl „V”. Bywało tak, że wśród tych 120 tabel, zawierających po 70 wierszy każda, gdzieś jakiś wiersz się zgubił, źle skopiował i wtedy… „mogiła”! Wynik końcowy się nie zgadzał. Trzeba było albo cały proces zaczynać od nowa, albo znów mozolnie analizować maile w poszukiwaniu błędu. Tymczasem liczba naprawdę ważkich spraw do wykonania – oczywiście wszystkie na cito – nieubłaganie rosła.

Rosła zresztą wprost proporcjonalnie do frustracji Moniki. Ta jednak nie za bardzo widziała wyjście z sytuacji. Bo przecież to, co robiła, było konieczne, choć wyjątkowo mało ambitne i niezwykle czasochłonne. Rozmowy z korporacyjnymi informatykami, których Monika pytała o możliwość uproszczenia lub najlepiej zautomatyzowania procesu obróbki maili, też nie napawały optymizmem.

– Obowiązuje „ticketowanie” – słyszała – ustaw się w kolejce na wiosnę 2018. Poza tym ile kosztowałaby modyfikacja naszego firmowego systemu pod zmieniony proces lub napisanie interfejsu pod twoje indywidualne potrzeby? Tego nie da się zrobić od ręki. Taka zmiana zajmie miesiące i pochłonie fortunę.

Kiedy już w zasadzie Monika poddała się, przypadkiem natrafiła w sieci na artykuł o software robotach.- To było objawienie! – wspomina z entuzjazmem, bo od tamtej chwili jej zawodowe życie diametralnie się zmieniło… na lepsze.

Robot niewidek

Na hasło „robot”, większość ludzi reaguje podobnie – wyobrażają sobie, dysponującą sztuczną inteligencją, maszynę o postaci androida. Dopóki więc nie widzą krążącego po firmowych korytarzach R2-D2 lub siedzącego za biurkiem C-3PO, sądzą, że mogą czuć się bezpiecznie. Nikt nie odbierze im pracy, nikt nie zastąpi ich na stanowisku, choć – jak pokazuje przypadek Moniki – niekiedy byłoby to nawet pożądane.

Tymczasem wokół nich setki niewidzialnych robotów wykonują miliardy operacji. Pobierają dane i wpisują je do odpowiednich pól, analizują treści załączników i samych maili, zestawiają wyniki, przenoszą dane między systemami, generują wnioski. Prace, które człowiekowi zajęłyby godziny, one wykonują w kilka minut. Powtarzalne czynności, z jakimi na przykład mierzy się Monika, dla robota to pikuś. Dlatego właśnie, gdy Monika dowiedziała się o możliwości „zatrudnienia” w firmie takiego pomocnika i to bez konieczności modyfikacji całego systemu informatycznego, od razu zwróciła się o to z prośbą do swojego szefa.

– Na początku był sceptyczny – wspomina. – Jednak kiedy opowiedziałam mu, że w zasadzie takiego robota można wynająć na minuty czy godziny, bez konieczności kupowania od razu pełnej licencji, więc koszty wręcz żadne, a poprawa efektywności działań ogromna, zgodził się na eksperyment.

W Polsce wynajmem „siły roboczej” zajmuje się m.in. Rhenus Data Office. Gdy jakaś firma zgłasza się do nich z prośbą o pomoc w automatyzacji procesów biznesowych, gdy potrzebuje „odchudzić” czynności zwłaszcza w obszarach tzw. „long tail” czyli tych niezwiązanych z procesami głównymi, Rhenus wychodzi z ofertą RPA (Robotic Process Automation) i dostosowuje ją do indywidualnych potrzeb klienta.

W przypadku Moniki, nauczenie robota zadań, które miałby za nią wykonywać, trwało zaledwie kilka godzin. Najpierw Monika opowiedziała administratorowi robota, na czym polega jej praca, a on odwzorował go na ekranie w postaci graficznej, dołączył odpowiednie komendy i testowo uruchomił robota. Chwilę trwało również uwzględnienie wyjątków związanych z procesem. Okazało się, że robot doskonale radzi sobie z powierzonymi mu zadaniami. Przegląda maile, które przychodzą do Moniki, otwiera załączniki, wyszukuje w nich właściwe treści, wycina, kopiuje do innego pliku, zestawia je ze sobą, generuje dzienny raport na ponad 20 tysięcy wierszy. Ustawiony na pracę w nocy, może całą operację przeprowadzić w godzinach, w których Monika śpi. Tak więc gdy rano przychodzi do pracy, w jej komputerze czeka już na nią gotowy dokument stworzony przez jej robopomocnika. Dodajmy, że na plik ten czekają pozostali pracownicy, którzy bez niego nie mogą wykonać swojej pracy.

– To niewiarygodne! – cieszy się Monika. – Mam teraz w końcu czas na lunch, na kino po pracy i na lepszą obsługę klientów. Nie musząc wykonywać „głupawej” roboty, koncentruję się na sprawach istotnych i spokojnie je ogarniam w ramach 8-godzinnego czasu pracy. Dziś nie zabieram już zadań do domu, jak to miało miejsce wcześniej. Mam lepsze wyniki, szef jest zadowolony i na tyle zainteresował się RPA, że teraz testuje kolejne roboty w innych procesach.

Korporacja Moniki myśli np. o zaangażowaniu robotów do wyszukiwania w internecie interesujących ją przetargów, zautomatyzowaniu procesu ofertowania i zgłoszeń do nich. Planuje też wprowadzić roboty do działu księgowości, gdzie w zasadzie mogłyby one przejąć gros zachodzących tam procesów – szczególnie uciążliwej rejestracji faktur przychodzących.

Księgowość jednak patrzy na te pomysły bykiem.
– Hola! Hola! – mówi. – Wprowadzicie jednego robota, a zaraz się okaże, że nikt z nas tu nie jest już potrzeby! Ma rację?

Walidacja 3.0

– Cóż, nie można zaprzeczyć, że robotyzacja ma sprzyjać optymalizacji procesów – mówi Bartosz Kochanowski, Project Manager w Centrum Robotów Rhenus Data w Warszawie. – Jeśli więc roboty mogą jakieś wykonywane przez człowieka czynności usprawnić lub też zastąpić go w nich, to siłą rzeczy, firmy, których celem nadrzędnym jest zysk, będą takie rozwiązania wprowadzać. Robot nie zastąpi jednak całkowicie człowieka, choćby dlatego, że nie podejmuje za niego ważnych decyzji. Robot pracuje bezbłędnie, pobierając dane z plików i systemów, może jednak sam wymagać kontroli, gdy dane pochodzą z dokumentów papierowych, których jakość jest słaba. Do kontroli pracy robotów zastępujących manualne i powtarzalne czynności 10 osób potrzebnych jest nadal 2 pracowników. Ale czy dla tak kolosalnej oszczędności nie warto wspomóc się robotami ?

Choć z RPA oferowanego przez Rhenus korzysta obecnie już wiele polskich i zagranicznych firm, jak dotąd nie zdarzyło się, by wprowadzenie do firmy robotów skutkowało zwolnieniami ludzi. Działy HR cieszą się, że unikną problemów z dodatkowym zatrudnieniem, a z dotychczasowym zespołem firma jest w stanie wygenerować więcej biznesu.

– Bo roboty nie mają eliminować ludzi z pracy, ale przede wszystkim służyć wyciąganiu robota z człowieka – twierdzi Jacek Dudkiewicz, Prezes Zarządu Rhenus Data Office i jednocześnie Chief Innovation Officer. – Ich celem jest wspieranie ludzi, a nie ich zastępowanie. Fakt, w przyszłości mogą one przejąć jeszcze większą część obowiązków pracowniczych należących do tzw. pracy odtwórczej, ale patrzyłbym na to jako na szansę dla nas, a nie przeszkodę. Szansę na realizację przez pracowników ambitniejszych celów, a więc takich za które i wynagrodzenie jest zwykle wyższe, szansą na przywrócenie naszej pracy i to dzięki robotom właśnie, ludzkiej twarzy.