Absurdalna, zdawać by się mogło, parafraza słów pochodzących z kultowego “Misia”, znajduje swoje odzwierciedlenie w korporacyjnej rzeczywistości.

Pracując, wyrabiamy normy, przesuwamy słupki wydajności, osiągamy targety, zapominając niekiedy o konieczności uzupełnienia trwonionej w zastraszającym tempie energii.

Ratunek dla styranego, wycieńczonego ciała stanowi jedzenie, które dostarcza niezbędnych składników odżywczych, pozwalając ponownie rzucić się w wir pracy, dzięki czemu nie spadniemy o kilka pozycji w wyścigu szczurów.

Pracownicy, ze względu na rodzaj spożywanych posiłków, dzielą się na dwie główne grupy: zwolenników jedzenia na wynos oraz domorosłych kucharzy, którzy przynoszą własne łakocie z domowych kuchni. Możliwe są również różne kombinacje, łączące dwie wspomniane filozofie. Każdy, kto decyduje się na posiłek w pracy i nie zjada wszystkiego od razu lub nie trzyma jedzenia we własnej szafce, czy plecaku jest zmuszony do korzystania z szarej strefy.

Obszarem zagrożenia i zgryzoty jest pracownicza lodówka. Biada tym, którzy przechowują jedzenie w mroźnych i bezdusznych kazamatach najpopularniejszego przedstawiciela rodziny AGD. Nieważne, czy umieściłeś wewnątrz parówki, pierogi, kotlety, jogurt, surówkę na później, czy resztki zamówionego posiłku, twoja dawka składników odżywczych jest w niebezpieczeństwie! Nie pomogą żółte karteczki z imiennym podpisem, apel mailowy do współpracowników, groźby na korytarzu, błagania, szloch, celowe umieszczanie nadpsutego jedzenia. Łakocie znajdujące się w lodówce tracą przynależność. Każdy może ukraść twoją własność!

Najgorsze, że zwykle nie udaje się wykryć sprawcy. Zupełnie jakby dopuszczając się kradzieży, złodzieje zyskiwali super moc, która nie pozwala rozwiązać sprawy. Czyżby korporacyjna lodówka była narzędziem w rękach tajemniczej, złośliwej siły? Ciężko zrozumieć i uzasadnić podobną podłość wśród naszych współpracowników, którzy dzielą trudny los korpoludków. Podjadanie cudzych resztek to swoisty nóż w plecy burzący atmosferę solidarności pracownika uciśnionego.

Dotarliśmy z notatnikiem do anonimowego „podjadacza”, który zgodził się uchylić rąbka tajemnicy. Dla ułatwienia nazwijmy go Robert, choć jest to oczywiście pseudonim (nie urządzajcie, drodzy czytelnicy, w najbliższych dniach łapanki, na znanych wam Robertów). Ów osobnik tak przedstawia swoje działania:

– Szczerze mówiąc nigdy nie myślałem, że wyrządzam komuś krzywdę. Wybieram zawsze te produkty, których w lodówce jest aż w nadmiarze. Jak ktoś przyniósł sobie stos smakołyków, to nawet nie zauważy braku kilku ziemniaków czy kawałka sera.

Mnie osobiście aż zmroziło wyjaśnienie lodówkowego zbrodniarza. Miałem raczej wizję osobnika egoistycznego i działającego z pełną premedytacją, tymczasem pierwszy głos pochodzący z ciemnej strony księżyca jest zrodzony z czystej bezmyślności.

Drugim i jednocześnie ostatnim „parówkowiczem”, z którym udało nam się zamienić słowo, jest kobieta. Nazwijmy ją Marta. Tak oto tłumaczy swoje postępowanie: – Bardzo często pod koniec miesiąca brakuje mi pieniędzy na przekąski w pracy. Nie mam też czasu żeby rano coś przygotować, a czasem przychodzi taki dzień, po dziesięciu godzinach harówki, że po prostu nie potrafię się powstrzymać. Zwykle zaglądam tylko do pracowniczej lodówki, aby nasycić oczy, niczego nie podkradając. Jednak czasami to nie wystarczy i robię to co robię. Wiem, że to nie jest w porządku, ale to silniejsze ode mnie.

Tego typu wyjaśnienie bardziej do mnie przemawia, choć wciąż nie usprawiedliwia procederu podjadania. Nie natrafiliśmy na więcej przedstawicieli gastronomicznego półświatka, gdyż najprawdopodobniej ci prawdziwie perfidni są jednocześnie najsprytniejsi, a Redakcja nie dysponuje środkami, które umożliwiłyby stałą obserwację zagrożonej lodówki.

Najbardziej cierpią zwolennicy domowych posiłków, choć “nawynosowcy” żyją pod presją zjedzenia całego posiłku od razu. Czy powinniśmy, jako korpoludki, stworzyć stanowisko dyżurnego, którego głównym zadaniem będzie obserwowanie lodówki oraz ewidencjonowanie żywności, wprowadzanie dokumentów potwierdzających prawo do danego posiłku i legitymowanie przy każdym podejściu do sprzętu chłodzącego? A może pójdziemy po rozum do głowy i zwycięży zwykła ludzka przyzwoitość?

Temat podbieranego jedzenia często przewija się na korytarzach, przy biurkach, podczas imprez pracowniczych, trudno sobie wyobrazić, że wśród słusznie oburzonych wybrzmiewa fałszywa nuta. Co najmniej jedna z ofiar jest kłamliwym i perfidnym sprawcą, który pod płaszczykiem solidarności ukrywa swoje prawdziwe, zdegenerowane, utuczone cudzym posiłkiem ja.

Dopóki pracodawcy nie zatrudnią detektywa z prawdziwego zdarzenia, pozostaniemy bezsilni wobec grozy utraty odżywczego paliwa. Pozostaje jedynie apel do sumienia bezwstydnych sprawców. Dlatego, moi drodzy, parówkowym skrytożercom mówimy stanowcze nie!