Na dobrą sprawę nie wiem od czego zacząć. Pewnie pierwsze zdanie powinienem skonstruować w taki sposób, abyście zachłysnęli się tym tekstem, a powietrze wypuścili dopiero po przeczytaniu ostatniego słowa tego artykuliku, ale nie chcę tego robić.

Może dlatego, że nie lubię nikogo do niczego zmuszać, może dlatego, że sam nie lubię kiedy pierwsze zdania jakiejkolwiek lektury próbują mnie zmusić do pozostania z nią do samego końca. W każdym razie piszę ten tekst z takiej samej przyczyny, dla której prawie wszystkie teksty popełniłem przez ostatnie lata: aby wywołać uśmiech na twojej twarzy. Tak jest, moja aktualna praca polega na bawieniu ludzi, ale nie zawsze tak było.

Jeszcze w 2014 roku mogłem wejść do twojego biura, przedstawić się jako „Doradca Klienta” i próbować sprzedać ci coś ze swojego katalogu artykułów biurowych, ponieważ przez jakieś trzy lata zajmowałem się sprzedażą szeroko rozumianych artykułów biurowych. Czyż nie brzmi dumnie? Wiem, że sformułowanie „szeroko rozumianych” brzmi bardziej durnie niż dumnie, ale kazali mi tak mówić, więc mówiłem. Bez zmrużenia oka mówiłem też, że do każdych dwudziestu ryz papieru otrzymacie państwo (uwaga!) Orzechowe Prince Polo! Nie musiałem dodawać, że nie ma go na fakturze, dlatego pani sekretarka mogła z czystym sumieniem schrupać je pod biurkiem, udając, że włącza listwę zasilającą. Tak jest moi drodzy, robiło się deal’e, aż się łezka w oku kręci.

Ale od początku, a w zasadzie od końca.
W Warszawie pracowałem zaledwie sześć miesięcy, pierwsze trzy miesiące spędziłem jako „business development” w start-upie, który usiłował sprzedać nikomu niepotrzebne narzędzie, które było wirtualną aplikacją. Ładne, kolorowe i fajne kiedy było nowe, brzydkie i denerwujące, kiedy zorientowałeś się, że jest ci kompletnie zbędne, coś jak nakładka wibrująca durex.

Następnym przystankiem było spore korpo na warszawskim Ursusie. Po pierwszym dniu w tej firmie napisałem monolog pt. „Warszawska korporacja” i zagrałem go na scenie. Filmik do lookniecia na YT, polecam, bo ma już ponad milion odsłon, czyli mniej więcej tyle samo co kot, który gra na keyboardzie.

Co ciekawe, wydaje mi się, że najbardziej zabawne nie jest to o czym gadam na nagraniu, ale to o czym zapomniałem wtedy opowiedzieć, mianowicie o mojej pierwszej podróży do edenu, do wymarzonej, cieplutkiej korporacji.

Zatrzymałem się u mojego znajomego, przekonany, że w ciągu kilku dni, spokojnie znajdę przytulną kawalerkę w stolicy, w granicach dziewięciu stów miesięcznie.
Jak już się pewnie domyślasz, bardzo się pomyliłem, bo kiedy właściciel pierwszego mieszkania oprowadzał mnie po moim przyszłym M2, cały czas wierzyłem, że w pewnym momencie powie: „tu właśnie możesz trzymać swój rower, mieszkanie jest na górze”.

Mieszkanko znajomego, u którego gościłem, mieściło się jakieś dwanaście kilometrów od biura. Dla laika taka odległość może wydawać się niewielka, jednak zaprawieni w bojach wiedzą, że dwanaście kilometrów w porannych godzinach szczytu potrafi zdenerwować bardziej niż…dwanaście kilometrów w popołudniowych godzinach szczytu z bonusem w postaci dziecka w foteliku, które kopiąc oparcie twojego fotela doprowadza do tego, że nie tylko żałujesz, że odebrałeś je z przedszkola, ale zaczynasz żałować, że jest twoim dzieckiem.

Moja pierwsza podróż do korpo była o tyle kolorowa, że nie miałem jeszcze do dyspozycji firmowego samochodu. Do biura miałem dotrzeć na godzinę ósmą rano, wieczorem jakdojade.pl powiedziało mi, że będę potrzebował dwóch przesiadek, i z domu muszę wyjść chwilę przed siódmą. W tym samy momencie dotarło do mnie, że w takim razie ubrania do pracy spokojnie mogę wyprasować rano i teraz nie muszę, prasując koszulę, skazywać się na rozmyślanie o pracy. Wszyscy wiemy, że prasowanie ciuchów rano jest o wiele bardziej relaksujące, od rana człowiek jest zawsze spokojny, uśmiechnięty i pogwizduje nad deską do prasowania w oparach kawy i świeżych tostów, widząc, że za oknem czerń porannego, zimowego nieba rozjaśniają tańczące płatki świeżego śniegu.

Na przystanku wydawało się, że jestem pierwszy. Autobus trochę się spóźniał, ale niedługo; postałem kilka minut, szczęśliwy, że od rana mogę pooddychać mroźnym, stołecznym powietrzem.

Kiedy zobaczyłem zbliżający się autobus, na który czekałem, zdumiony byłem ilością pasażerów. Było ich bardzo wielu. Zrobiłem kilka niepewnych kroków w stronę krawężnika i jeszcze bardziej zdumiony byłem faktem, że autobus się po prostu nie zatrzymał. Pojechał dalej.

Pomyślałem:To jest możliwe tylko w Warszawie, żeby autobus nie zatrzymał się, bo nie było w nim miejsca dla kolejnych pasażerów”.
Czekałem kolejnych kilkanaście minut. Teraz już byłem bardzo szczęśliwy, że stołeczne powietrze jest tak mroźne, szczęśliwe były również moje palce u rąk i stóp, mój nos i uszy aż zaczerwieniły się z radości.

Na szczęście już widziałem kolejny zbliżający się autobus z upragnionym numerem. Na przystanku stało ze mną jeszcze kilka innych osób. Niestety ten autobus również się nie zatrzymał, choć nie był aż tak wypełniony ludźmi. Byłem kompletnie zdezorientowany, popatrzyłem wokół i zastanawiałem się czy nie jestem bohaterem któregoś z odcinków „Black Mirror”.

Po czterdziestu minutach stania w dziesięciostopniowym mrozie, na przystanku byłem już częścią czarnego tłumu, na horyzoncie widziałem jednak kolejny bus z numerem, który mi się marzył. Chciałem krzyknąć coś w stylu „dokąd to łobuzie” , ale uprzedziła mnie jakaś starsza kobieta, która leniwym machnięciem ręki zatrzymała kilkunastotonowy pojazd. W ten sposób dowiedziałem się, że w Warszawie działa coś takiego jak przystanek na żądanie.
Znajomy poinformował mnie, że w stolicy praktycznie nie ma kontrolerów biletów, kiedy zapytałem go o najbliższy kiosk. Jego słowa przypomniały mi się, kiedy jakiś tysiąc pasażerów przygniótł mnie do poręczy na zakręcie, łamiąc mi tym samym kręgosłup i barierę wstydu przed przeklinaniem na głos. Pomyślałem: „racja, jakim cudem ktoś mógłby tu sprawdzać bilety…”
W myślach dziękowałem Bogu, że z powrotem, będę już wracał cieplutkim służbowym samochodem.

„To tyle na dzisiaj, jutro i w środę dalsza część szkoleń, samochód dla ciebie jest już przygotowywany, dostaniesz go zaraz po weekendzie, jutro rano odprawa, tylko nie spóźnij się tak jak dzisiaj. Do jutra, hej!” – powiedział lider mojego teamu, wsiadając do swojej firmowej świeżutkiej insigni.
„Hej” odpowiedziałem, machając jak kretyn z przyklejonym uśmiechem, przepełniony nadzieją, że nie widzi moich przeszklonych z wściekłości oczu.
Czy nie proponował podwózki? Oczywiście, że proponował, tylko ja za cholerę nie wiedziałem czy Bemowo jest w moją stronę.
I to że do domu wracałem około dwunastu godzin wcale nie było najgorsze. Najgorsze nadeszło, gdy tylko usiadłem w autobusie i pomyślałem, że chociaż tutaj, daleko od centrum, nie ma tłoku i drogę do metra będę mógł pokonać na siedząco. W tym samym momencie za plecami usłyszałem „Dzień dobry, bilet do kontroli proszę”.
No i nie wiem po jaką cholerę machałem później na każdej stacji tymi łapami. Przecież wiadomo, że metro zatrzymuje się na wszystkich.