Wchodzę pewnym krokiem do biura, mam na sobie oko Saurona. Tak nazwałem jedną z moich fantazyjnych koszul. Tę kupiłem w lumpeksie, kilkanaście złotych a mnóstwo radości z niezwykłego wzoru, w którym można dostrzec serię oczu lub po prostu romby wypełnione kropkami.

Strój budzi zainteresowanie pracowników, widzę jak spoglądają znad laptopów i podwójnych ekranów. To nie jest błękitna koszula, która unifikuje polityków z całego świata, ani troszeczkę bardziej od niej urozmaicająca przestrzeń krata. „Ale koszula!” – słyszę, kiedy już docieram do swojego biurka. O to chodziło! O reakcję. Wkładając o poranku oko Saurona zamierzałem urozmaicić czas spędzony w pracy, skupić uwagę na czymś wyjątkowym, a także znaleźć się w jej centrum uwagi. To nie próżność przemawia przez tego Pana, powiedziałby Abraham Maslow, to potrzeba uznania.

W samo sedno, potrzebuję aprobaty swoich wyborów, nie tylko życiowych, ale i tych codziennych, niby nieistotnych, lecz tak bardzo kształtujących rzeczywistość tu i teraz. Koszula stała się katalizatorem interakcji w zespole. Światła przez chwilę były zwrócone na mnie, ale każdym komentarzem, każdy z odbiorców przywoływał reflektor w swoją stronę. Monodram przekształcił się w krótką formę improwizacji, w której żywiołowa wymiana zdań była niczym innym jak realizacją potrzeby wyrażenia siebie, uznania uczestnictwa w teatrze, wpłynięcia na dalsze losy rozmowy. Co więcej, jej dynamika sprawiła, że z protagonisty szybko stałem się widzem.

Odnosząc się do relacji nawiązywanych w korporacjach jako teatru, nie sugeruję sztuczności czy wchodzenia w role i odgrywania ich bez względu na okoliczności, ani nie postrzegam części pracowników wyłącznie jako widzów przedstawienia organizowanego przez ekstrawertyczne gwiazdy biura. Tu każdy jest aktorem, dynamicznie zmieniając role, reagując na otoczenie i wpływając na nie własnymi zachowaniami. To w większym stopniu teatr improwizacji, niż klasyczna sztuka ze ściśle określonym scenariuszem i obsadą. Każde znalezienie się w nowym środowisku wyzwala pewną dawkę stresu i niepewności co do tego, jak w nim funkcjonować. Jak nie wiesz jak się zachowywać, zachowuj się przyzwoicie i bądź czujny. Już wstępny rekonesans zazwyczaj pozwala na zorientowanie się w kodzie kulturowym, sposobie zachowania, żartach czy stroju, na które można sobie pozwolić w biurze. Dla pracownika, który dopiero co wszedł na deski nowego teatru istotny jest każdy gest kolegów i koleżanek, ponieważ pozwala zarysować ramy postępowania. Koszula, która kolorytem lub krojem odstaje od szeroko pojętego stylu klasycznego może być bombą, której wybuch przynosi szereg skutków: skupienie uwagi, refleksję nad własnym stylem, nad stylem „ogółu”, nad tym, co jest w dobrym smaku, nad odwagą / pochopnością / słusznością zachowania. To przyczynek dla żartów, poruszenia, umacniania kontaktów. Wreszcie, to sposób wyrażenia siebie, i/lub swojego stosunku do stanu zastanego.

Koniec o koszuli, mam ją na sobie, raz zauważona zaczyna żyć własnym życiem, korpożycie toczy się dalej. „Kto idzie na kawę?”, zagajam rutynowo o poranku. Powierzchownie, wzywam do wspólnego udania się do kuchni celem zrobienia i wypicia kawy. Tak naprawdę, pragnę towarzystwa, w którym odwlekę moment poważnego zajęcia się obowiązkami. Jest to oczywiste dla odbiorców komunikatu – bywa, że wszyscy członkowie zespołu wstają od biurek, a w kuchni nikt nie staje przed automatem.

Najbardziej znamienny jest poniedziałek, w którym obowiązkowa jest wymiana wrażeń z weekendu. Jako że z przyjaciółmi i rodziną nie widuję się na co dzień, to koledzy i koleżanki z biura są najwdzięczniejszymi słuchaczami i komentatorami bieżących wydarzeń z życia, spostrzeżeń i frustracji. Tak jak z koszulą, każdy komunikat to iskierka, która tworzy łańcuch reakcji, mniej lub bardziej konstruktywnych rozmów, o równie zróżnicowanym poziomie humoru, entuzjazmu czy rozemocjonowania. Bo korporacja to przede wszystkim ludzie! To znów ten teatr. Spędzamy razem większość z ośmiu godzin z pięciu dni w tygodniu: chce się rozmawiać mimo woli, to z kolei prowadzi do nawiązywania wspaniałych kontaktów, które nawet jeśli nie wychodzą poza biurowe ściany, to mogą być bardzo głębokie. To służy oswojeniu tego diabła zwanego pracą.

Te dwa, zdawałoby się, trywialne zjawiska z biurowego życia pokazują, jak niby nic nie znaczące sytuacje wpływają na zacieśnianie więzi i budowanie przyjaznej przestrzeni. Chciałoby się rzec: korpo jest teatrem, aktorami…ludzie. Nie korpoludki, nie korposzczury. Bo przede wszystkim jesteśmy ludźmi. Kurtyna w dół.