Czytelnicy “Hodowcy świń” chcieliby wiedzieć, czy szef rzeczywiście może mieć tak wielką psychiczną władzę nad swoimi pracownikami, żeby zmusić ich do robienia rzeczy, na które teoretycznie nie powinien się zgodzić żaden normalny człowiek?

Na szczęście nie każdy. I na szczęście dla pracowników nie każdy szef ma nawet tego rodzaju zapędy. W większości przypadków przełożeni nie stosują wobec swoich podwładnych przemocy psychicznej, a ich style zarządcze odbiegają od opisanego w powieści autokratycznego, budującego postrach sposobu kierowania zespołem. Prawda jest jednak taka, że szefowie-tyrani istnieją. Część z nich to klasyczni monarchowie absolutni, którzy nie chcą lub nie potrafią dzielić się władzą i uznają swoje panowanie za niepodzielne, reszta to klasyczni psychopaci, którzy przy pomocy manipulacji i zastraszania dążą do osiągnięcia własnych celów. I o ile w tym pierwszym przypadku pracownik ma jeszcze jakąś szansę na odnalezienie się w organizacji – jeśli rzecz jasna akceptuje fakt, że jego głos nie ma w niej najmniejszego znaczenia, a decyzje szefa nie podlegają dyskusji – o tyle w drugim ze scenariuszy współpraca wcześniej czy później kończy się jakimś dramatem.

“Hodowca świń” to tytuł, który można odczytać także metaforycznie. Czy praca w korporacji to życie w złotej klatce, której podłoga pokryta jest gnojem? Nie ma możliwości, żeby się nie pobrudzić?
Absolutnie nie. Istnieje wiele dojrzałych i odpowiedzialnych korporacji, dla których warto pracować. Ale tak, są i takie, w których manewry społeczne, manipulacja oraz formy dyskredytacji i dezinformacji pracowników wykraczają poza szczyty makiawelizmu. Na pewno alert toksykologiczny powinien się nam włączyć, jeśli firma ma hierarchiczny styl zarządzania, a na jej czele stoi nie zespół zarządzający, lecz jeden silny lider o wyraźnych zapędach folwarcznych. Czerwone flagi powiewają też tam, gdzie cel finansowy jest jedynym, jaki przyświeca organizacji, korporacyjna retoryka opiera się na metaforach sportowych i militarnych, a kierownictwo macha nam przed nosem sztandarem z dumnie brzmiącym zestawem “wartości”. Jeśli słyszymy, że mamy “walczyć o wynik”, “toczyć batalię” czy zebrać “zawodników”, którzy przygotują strategię “wojny cenowej” bądź “zmiażdżenia konkurencji”, jeśli wymaga się od nas “przebiegnięcia dodatkowej mili” i to najlepiej sprintem, a równocześnie organizacja zapewnia nas ustawicznie jak bardzo ceni “diversity”, “social responsibility”, “teamwork” oraz “work-life balance”, to możemy spokojnie zakładać, że wykładzina w open-space jest zabrudzona posoką i gnojem.
My sami musimy podjąć decyzję, na ile jesteśmy skłonni zrezygnować ze swojej niezależności, życia osobistego, ideałów czy zasad moralnych, w zamian za kolejną wypłatę. Prawda jest taka, że w złote kajdany nie zakuwa nas korporacja. Zakładamy je osobiście.

Twoi bohaterowie są ofiarami despotycznego szefa, ale w gruncie rzeczy ciężko ich polubić – wszyscy dostosowali się do reguł gry, czekają tylko na moment, żeby “podłożyć świnię” przeciwnikowi i potrafią się zjednoczyć tylko na krótką chwilę, na czym zresztą źle wychodzą. Któremu z bohaterów powieści powinien kibicować czytelnik? Czy sama masz jakiegoś ulubionego bohatera?
Ja kibicuję kilkorgu. Z pewnością Lenie Letyckiej, dyrektor sprzedaży w przedsiębiorstwie Tuszy. Kobiecie, która boryka się nie tylko z tematami zawodowymi, ale również ze swoim osobistym dramatem: odejściem męża, samotnością, poczuciem utraty niegdysiejszej wrażliwości, własnym odhumanizowaniem oraz nadciągającą na horyzont menopauzą. Poza Leną mam też sporo ciepłych uczuć do szarpanego nerwicą lękową Marcina Urbańskiego – biotechnologa oraz Pawła Doktorowicza – dyrektora finansowego. Nie wszystkie ich decyzje są dla mnie zrozumiałe (śmiech), ale na poziomie emocjonalnym jest mi do nich i do Leny najbliżej. A co do reszty? No cóż. Paradoksalnie doceniam Rafała Tuszę. Jest co prawda nieokrzesanym brutalem, ale jego spostrzeżenia są dosyć celne, a poziom szczerości zachowań zdecydowanie wyróżnia go na tle grupy.

“Hodowca świń” to twoja czwarta powieść. Od roku nie pracujesz w korporacji, czy pisanie to nowy zawód, rodzaj hobby, a może detoksu od pracy w korpo?  
Pewnie każdy autor chciałby móc o sobie powiedzieć, że pisanie to jego zawód. W moim przypadku niestety jeszcze tak nie jest, bo nie byłabym się w stanie utrzymać wyłącznie z pisania powieści. Walczę zatem z rzeczywistością, usiłując pogodzić pisanie z aktywnościami, które pozwalają mi przeżyć. Pisanie jest dla mnie starannie pielęgnowaną pasją. Rodzajem spełnionego marzenia i równoczesną nadzieją na to, że może kiedyś stanie się moim zawodem.

Dlaczego warto przeczytać 
“Hodowcę świń”?
Bo wciąga jak dobry film.