Mój pierwszy raz? Babka, kilka lat pracy. Chyba się nie spodziewała, że ją zwolnimy, ale przyjęła to dosyć dobrze. Typ nierozklejający się. A ja? Cieszyłem się, że mam to już za sobą.

Ale obawiałem się reakcji żony. Jest bardzo prospołeczna, kiedyś zapowiedziała, że jeśli kogoś zwolnię, rozwiedzie się ze mną. Tłumaczyłem, że taka praca, a ona na to z grubej rury: „Esesmani w Oświęcimiu też tłumaczyli, że po prostu wykonywali rozkazy”

W filmie „W chmurach” George Clooney gra Ryana Binghama, pełnego dystansu i luzu profesjonalistę, pracującego dla pewnej firmy. Firma – jak mówi Ryan – „wypożycza mnie tchórzom, którzy nie mają odwagi wylać własnych pracowników”. Sam nie ma z tym żadnych problemów. Zwalnianych osobiście nie zna, łzy, krzyki czy błagania nie robią na nim najmniejszego wrażenia.

W prawdziwym świecie nie ma jednak tak łatwo. Wylewanie pracowników to domena HR-owców, ludzi od czarnej roboty. Zwalnianych często dobrze znają – wspólne piwo po pracy, plotki w aneksie kuchennym, żarty przy ksero. – Jeszcze rano jedząc kanapki gadałyśmy o dzieciach, po południu oznajmiam dziewczynie, że firma „kończy z nią współpracę” – bo tak ładnie się to nazywa – mówi Karolina z działu HR w branży produkcyjnej.

Kosy, czarna śmierć, kapo…
HR-owcy stoją na pierwszej linii frontu – wysłuchują wyzwisk, szlochów, bywa że i gróźb. Choć to nie oni decydują o tym, kto „poleci”, nazywani są „kosami”, „czarną śmiercią”, „kapo”. Jak się z tym czują?

– Podczas zwolnień grupowych zakończyłam współpracę z ponad setką zatrudnionych. Nie było to łatwe doświadczenie. Jestem bardzo empatyczna, wchodzę w relacje z ludźmi z pracy. Już po wszystkim znajomi powiedzieli mi, że przez te dni wyglądałam jak zombie – przyznaje Karolina.

Najtrudniej znieść łzy. Albo raczej dzielne próby ich powstrzymania. Karolina opowiada o starszym już pracowniku, o którym wiedziała, że wspólnie z żoną wychowuje wnuki – ich matka wyjechała na Zachód i nie zanosiło się na jej szybki powrót. Ojciec w ogóle nie interesował się rodziną. Dziadkowie utrzymywali siebie i dzieci z jednej pensji, z lękiem myśleli o opiece społecznej – „że przyjdą i zabiorą nam dzieci do domu dziecka”. – Ten pan sam mi o tym opowiedział. A na drugi dzień wzywam go na ostatnią rozmowę. I widzę jak szklą mu się oczy, drga żyła na szyi, a on robi wszystko żeby się nie rozkleić. Serce mi się ściskało, tym bardziej, że sama mam dzieci w tym wieku, co jego wnuki – nie kryje emocji Karolina.

Rozklejanie się to częsta reakcja. Płaczą i kobiety, i mężczyźni, kompletnie nie panują nad emocjami. Karolina: – Ale nie można podejść i przytulić człowieka. Można mu podać chusteczkę (pudełko zawsze stoi na biurku), zaproponować wodę, chwilę przerwy. Użalanie się jednak nie wchodzi w grę, to by tylko przedłużało i utrudniało i tak trudny moment. Absolutnie nie można też stosować tanich pocieszeń: „Dasz sobie radę, będzie dobrze”. To byłby brak szacunku, nieliczenie się z uczuciami pracownika.
I wspomina pracownicę po pięćdziesiątce: „Boże, co wy robicie? Zatrudniacie ludzi, dajecie im nadzieję, przedłużacie umowę, a teraz co? Tak po prostu mówicie mi ‘do widzenia’? Co z was za ludzie? Jak tak można?”.

Zdarza się, że płacze i zwalniany, i zwalniający menadżer. Karolina: – To była wieloletnia pracownica, przyjaźniła się z menadżerką. Dla obu była to bardzo ciężka, bardzo długa, pełna łez rozmowa.

Michał, dział HR w dużej firmie IT: – Co roku kogoś zwalniam, zahartowałem się na szlochy i jęki. Wręcz z politowaniem patrzę na tych mażących się, smarkających ludzi. Przecież, do ciężkiej cholery są dorośli! Nikt im nie obiecywał wygodnej posadki do końca życia. Jak nie ta praca, to znajdzie się inna. Sam też byłem zwalniany, zmieniałem firmy i nie panikowałem. Dlatego szanuję tych, którzy potrafią zachować zimną krew, dystans i kulturę bycia: „Dziękuję za współpracę, to było dla mnie ciekawe doświadczenie.”

Tomasz, dział HR w jednym z banków: – Płacz to normalna reakcja. Ale u nas nie ma pudełka chusteczek na biurku. Zwalniany pracownik ma się szybko ogarnąć, dla nikogo z nas nie jest to przecież przyjemna sytuacja. I dodaje: – Mam wrażenie, że dziś ludzie lepiej znoszą zwolnienia niż jeszcze dziesięć lat temu. Nie ma bezrobocia, ginie idea pracy w jednym miejscu przez całe życie. Zwolnieni potrafią szybko „się otrzepać” i iść dalej.

„K…a, dziewczynko, co ty wiesz o życiu?”
Nie wszyscy zresztą reagują łzami. Karolina: – Są tacy (zwłaszcza młodzi), którzy przyznają: „Okey, spodziewałem się tego, oswoiłem z tą myślą. Poradzę sobie, jak nie tu, to za granicą. No i jeszcze odprawę dostanę.” I dodaje: – Taka postawa to jednak wciąż rzadkość. Zwykle ludziom puszczają nerwy – jak nie łzy, to wściekłość. Ktoś, kto się kompletnie nie spodziewał zwolnienia często traci hamulce: „O, k…a! Ja pier…! K…a! A wiedziałem żeby dziś do pracy nie przychodzić!”

Starsi pracownicy, którzy młodszą od siebie Karolinę traktują jak smarkulę, potrafią zimno wycedzić: „K…a, dziewczynko, co ty w ogóle wiesz o życiu? Życzę ci, żeby ciebie tak kiedyś potraktowano, jak ta firma pier…a traktuje wieloletnich pracowników.”

Bywa i tak, że cała rozmowa przebiega w pełnym napięcia milczeniu ze strony zwalnianego, a kończy ją efektowne wyjście z takim trzaśnięciem drzwiami, że ściany jeszcze kwadrans później drżą. – U mnie pracownik cisnął najpierw służbowym telefonem w okno, potem wywrócił krzesło, na koniec rzucił stekiem nienadających się do przytoczenia wyzwisk i groźbą: „Jeszcze się policzymy. Zejdzie ci ten parszywy uśmieszek z ryja”, choć wcale się nie uśmiechałem – opowiada Michał. – Ale szkolą nas na warsztatach, że w takich sytuacjach człowiek ma prawo do różnych emocji, i że to my musimy zachować spokój. No to zachowałem, choć nie było łatwo.

HR-owcy zgodnie zwracają uwagę na potrzebę bycia nie tylko spokojnym, ale i ostrożnym. Wiadomo – dziś każdy każdego może nagrać, a potem w różny sposób wykorzystać nagranie. Część zwolnionych pójdzie do sądu pracy, część wrzuci materiał do netu czy roześle znajomym. Albo skopiuje dane, kontakty. – Dlatego rozumiem politykę firmy, która już kilka minut po zwolnieniu blokuje dostęp do swoich baz danych – mówi Karolina. – Pewnie źle to wygląda w oczach pracowników, ale to niezbędny sposób na ochronę.

– Na warsztatach uczymy się jak reagować na różne zachowania. Najważniejsze w tej przykrej sytuacji to powiedzieć co jest do powiedzenia krótko i rzeczowo, jednocześnie zachowując empatię i szacunek dla zwalnianego – mówi Karolina.

I podkreśla: – HR-owiec nigdy nie zwalnia sam. Towarzyszy menadżerowi, stanowi pomost między nim a pracownikiem. Zwolnienia są bardzo obciążające dla wszystkich – nie tylko tych, z którymi kończymy współpracę i tych, którzy zdemotywowani zostają na pokładzie, ale również dla menadżerów. Widzę czasem jak mimo szkoleń i scenek, które odgrywaliśmy, menadżer choćwie co powiedzieć, plącze się, brnie, daje się ponieść emocjom. Wtedy wkracza człowiek z HR-u: łagodzi atmosferę, ociepla wypowiedzi menadżera, jeśli ten zachowuje się oschle, jest nieprzyjemny.

„Robię to dla ich dobra”
– Im mniej słów, tym lepiej – potwierdza Tomasz. – Nie otwierać dyskusji, nie wchodzić w emocje. To jak wyrwanie zęba: boli, więc szybko trzeba się z tym uwinąć. Jak się z tym czuje? – Na pewno ciężkie jest to, że chwilowo krzywdzi się człowieka. Ale szczerze mówiąc radzę sobie z tym całkiem nieźle. Bo – jakkolwiek to zabrzmi – wiem, że to, co robię jest w zdecydowanej większości dla dobra tych ludzi. Jeśli szefostwo postanowiło ich zwolnić, widać nie nadawali się do tej pracy. Niektórzy potem za to dziękują. „Sam nie podjąłbym takiej decyzji” – przyznają. I zazwyczaj szybko znajdują sobie coś nowego, ale nawet zupełnie innego niż dotychczas.

Pierwszy raz? – Babka, kilka lat pracy. Chyba się nie spodziewała, że ją zwolnimy, ale przyjęła to dosyć dobrze. Typ nierozklejący się. A ja? Cieszyłem się, że mam to już za sobą. Ale obawiałem się reakcji żony. Jest bardzo prospołeczna, kiedyś zapowiedziała, że jeśli kogoś zwolnię, rozwiedzie się ze mną. Tłumaczyłem, że taka praca, a ona na to z grubej rury: „Esesmani w Oświęcimiu też tłumaczyli, że po prostu wykonywali rozkazy”.

Michał: – Najtrudniejsze było dla mnie zakończenie współpracy z osobą, z którą kilka lat wcześniej przeżyłem intensywny romans. Podczas końcowej rozmowy ona dzielnie starała się zachować luz, ja czułem się w naprawdę fatalnie. Nie mogłem się powstrzymać – gdy potem na chwilę zostaliśmy sami, objąłem ją i przytuliłem w milczeniu. Po raz pierwszy (i ostatni) czułem się jak szmata.

Zwolnienia przez Internet? „To byłby brak szacunku”
Zwolnienia, zwłaszcza grupowe, mocno przeżywa Karolina. Menadżerowie prowadzący te rozmowy wymieniają się, HR-owiec nie. Bywa, że dziennie zwalnia po piętnaście osób. – To bolesny proces. Po wszystkim byłam tak wyczerpana psychicznie, że moim jedynym marzeniem było wejść pod kołdrę i zniknąć. Spałam kilkanaście godzin. W takich chwilach najważniejsze jest, by w domu czekał ktoś, kto poda herbatę i powie: „Wiem, że przechodzisz ciężki czas”. Ja niestety tego nie miałam. – Wiem też, że to po prostu element mojej pracy, którą poza tym bardzo lubię. Element najtrudniejszy, ale konieczny – kontynuuje. – Zadanie do wykonania. Pewnie, że czasem przydałaby się HR-owcom superwizja z psychologiem, ale nie ma w firmie takich możliwości.

Może więc dobrym rozwiązaniem byłby pomysł ze wspomnianego już filmu „W chmurach” – zwalnianie przez Internet? Skoro można zatrudniać przez skype`a, dlaczego by nie kończyć w ten sposób współpracy? – Nie, to nie jest dobry pomysł – stanowczo mówi Karolina. – To byłby zwykły unik.. Uważam, że trzeba to wziąć na klatę i już. Usiąść twarzą w twarz z człowiekiem, zrozumieć jego odczucia, dać mu się wygadać, samemu powstrzymując się od komentarzy. Tego wymaga szacunek dla pracownika.

Tomasz: – Tyle mamy wokół siebie technologii, wirtualnej rzeczywistości, sztuczna inteligencja stoi u bram. Zachowajmy choć odrobinę człowieczeństwa, właśnie na takie trudne sytuacje.

Michał: – Zwolnienie przez Internet byłoby łatwiejsze, myślę, że dla obu stron. Po co się szarpać, skoro można tego uniknąć? 
W końcu efekt będzie ten sam.