Szanowny Korpoludziu, przez ostatnie lata nasi redaktorzy prężnie przyglądali się życiu w stołecznym skupisku biurowców. Deliberując nad blaskami i cieniami tej warszawskiej korpoegzystencji i reagując na głosy ze wszystkich zakątków korporacyjnej Polski, doszliśmy do wniosku, że Mordor nie kończy się na stolicy.

Mordorowość” zalewa nasz kraj, a Mordor to tak naprawdę stan umysłu! Wszędzie tam, gdzie w chmury pną się wielkie szklane biurowce, wszędzie, gdzie korporacje ciasno upychają tysiące swoich pociesznych pracowników, gdzie te biedne mróweczki całym swym serduszkiem nienawidzą i kochają korpomatkę – tam właśnie jest Mordor. I tam właśnie „Korpo Voice” rozbrzmiewać powinien!

Wybraliśmy się na badania terenowe po największych skupiskach biurowców w Polsce, by wyszukać te, gdzie pracują ludzie, których łączą te same problemy i paradoksy życia codziennego, podobne poczucie humoru i rozterki. Efekt tych poszukiwań, Droga Korposiostro i Drogi Korpobracie, trzymasz w swych dłoniach. To „Korpo Voice”, tuba korporacyjna czterech miast Polski.

Witajcie Korpoludki Polskiej Ziemi!

Naszą podróż, zaczynamy od Pomorza, a konkretnie od Mordoru przy Grunwaldzkiej w Gdańsku Oliwie. Używając oficjalnej nomenklatury – w Olivia Business Center. Ten nowoczesny kompleks biurowców już przeszło pięć lat rozbudowuje się w centrum miasta. Obecnie, od poniedziałku do piątku, kieruje tam swe kroki ponad 8 tys. korpoludziów, lecz liczba ta rośnie niemal każdego dnia i ma rosnąć coraz szybciej. OBC dostarcza dziś 73 tys. mkw. powierzchni biurowej (a docelowo – 170 tys. mkw.(!), co czyni go największą tego typu inwestycją w północnej Polsce). Na terenie OBC wznosi się 6 nowoczesnych wieżowców, z których najbardziej wyróżnia się Olivia Star – 180 metrowy kolos (35 kondygnacji nadziemnych i 3 podziemne), na którego ostatnim piętrze można zobaczyć całą Zatokę Gdańską, a nawet Gdynię (budowla będzie oddana do użytku wiosną tego roku). Jednak i pozostałe, już funkcjonujące biurowce robią wrażenie, a ich wnętrza zajmuje aż 110 firm. Wszystko nowoczesne, dobrze zorganizowane i imponujące. Ale czy rzeczywiście „mordorowe”?

O opinię poprosiliśmy Martę, która dwa lata temu zmieniła miejsce zamieszkania z Warszawy na Gdańsk, a miejsce zatrudnienia z Domaniewskiej na OBC.
– Przeprowadzka nad morze była najlepszą decyzją w moim życiu – stanowczo twierdzi Marta. – W warszawskim Mordorze pracowałam przez pięć lat. Głównie z tego powodu, że do stolicy wyjechałam na studia i jakoś już się zżyłam z tym miastem. Gdy okazało się, że firma, w której pracuję, otwiera siedzibę w moim rodzinnym Gdańsku, postanowiłam wrócić na stare śmieci. Cóż, w Trójmieście wiele osób na oliwskie korpo mówi „Mordor” i ja też tak mówię z przyzwyczajenia, lecz w rzeczywistości gdańskie skupisko biurowców nie ma nic wspólnego z tym warszawskim. Kiedy na Domaniewską jechałam pociągiem, przed podróżą wypijałam szklankę melisy i godzinę przed rozpoczęciem pracy byłam już na peronie. Teoretycznie przejazd trwał 20 minut, ale często pociąg po prostu nie przyjeżdżał i trzeba było to brać pod uwagę. Kiedy jechałam samochodem, to wyruszałam prawie dwie godziny przed pracą, bo inaczej po prostu nie znalazłabym miejsca do zaparkowania. Natomiast przy Grunwaldzkiej miejsca są zawsze, korki dziesięć razy mniejsze niż w Warszawie, a dojazd np. SKM to bajka w porównaniu do stolicy. Poza tym w Oliwie jest zieleń, jest czym oddychać, wszystko jest nowe i idąc między biurowcami nie trzeba się bać, że ktoś cię staranuje. Praca tu, to zdecydowanie „slow korpo”. Zatem polecam – pointuje Marta.

W naszej podróży przenosimy się na południe. Konkretnie do Małopolski. Tam, w podkrakowskim Zabierzowie, już od 1997 funkcjonuje Kraków Business Park, gdzie w każdy dzień roboczy zmierza około 6 tys. pracowników (docelowo 15 tys. zatrudnionych). Jest to jeden z najstarszych Mordorów w Polsce. Jednak w przeciwieństwie do warszawskiego kompleksu, krakowski został zaprojektowany z myślą o usytuowaniu tam skupiska biurowców.

Krakowski Mordor jest położony 13 kilometrów od centrum, posiada duży parking, prywatną stację kolejową, docelowy przystanek autobusowy, od autostrady i lotniska dzieli go 5 kilometrów, a wokół rozciągają się tereny zielone. Kompleks posiada ponad 50 tys. mkw. standardowych powierzchni biurowych.
Dzień krakowskiego korpoludka opisuje Marek, pracownik IT, który już od 6 lat ma swój „drugi dom” na Zabierzowie.
– Żeby dotrzeć na czas do pracy, musze wyjechać około godzinę przed „podbiciem karty na zakładzie”. Oczywiście wszystko zależy od zmiany, bo w godzinach szczytu przejechać przez Kraków lub wokół niego autem, to istny dramat. Przez całą zimę dodatkowo mamy tu największy poziom smogu w kraju. Wiele osób może pomyśleć, że jak codziennie jedziesz obwodnicą do pracy, to musi być szybko i spokojnie. Niestety, nie jest tak. Czasami jest szybciej, czasami wolniej, bo prawie zawsze są jakieś utrudnienia, wypadki itd., szczególnie przed weekendem. A poza tym nic tak nie pobudza, jak jazda 100 km/h przepełnioną trójpasmówką, zderzak przy zderzaku. Dramat – podsumowuje Marek.
Nieco inną wizję Zabierzowa ma Joanna, która trafiła tam prosto z Domaniewskiej.
– Na Domaniewskiej pracowałam przez dwa lata, później dałam za wygraną. No i Kraków wydawał się miejscem, gdzie będę się mogła odprężyć po Warszawie. Zresztą, gdy mieszkałam w stolicy, przyjeżdżałam tu na prawie każdy długi weekend. Było tu bardzo spokojnie. Zupełnie inny klimat. Po przeprowadzce do Krakowa, pracę znalazłam praktycznie po tygodniu poszukiwań. Była to duża firma paliwowa, w której pracuję do dziś, czyli od 4 lat. Na początku zarabiałam prawie połowę mniej niż w Warszawie, ale spokojna atmosfera tego miasta wszystko mi wynagradzała. Krakowski Mordor mieści się kilkanaście kilometrów od centrum i gdy spojrzy się z mojego okna na zewnątrz, to widać zielone tereny i domki jednorodzinne. Mieszkanie natomiast wynajmuję w centrum, w starej kamienicy. Zatem w pracy zieleń, a w domu magiczny, stary Kraków. Z początku było wspaniale i nawet trudno mi było nazwać Zabierzów Mordorem, lecz gdy przyszła zima, to życie trochę się zmieniło. By dojechać na czas do mojego korpo, trzeba z Dworca Głównego wsiąść w pociąg, który jedzie jakieś 20 min. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że zawsze jest to stara, paskudna puszka, w której albo nie ma ogrzewania, albo grzeją tak, że można umrzeć. Ponadto obskurne, twarde siedzenia i kierunek „Oświęcim”. Gdy przyszła zima i na rozklekotanym wagonie zobaczyłam ten napis, to przez pół dnia nie mogłam się uporać ze skojarzeniami. Poza tym, gdy w zimie pracuje się na takim zadupiu jak Zabierzów, to człowieka może szlag trafić. Ośnieżone pagórki, białe drzewka, cisza i spokój w domkach, a ty musisz zapieprzać przy kompie, czasem na dwie zmiany. To potrafi zdenerwować. Tej pierwszej zimy chciałam wracać na Służewiec! Jednak dziś jestem już przyzwyczajona, bo jeśli udało mi się oswoić warszawskie korpo, to dlaczego nie miałabym sobie poradzić z krakowskim? – pointuje Joanna.
Czy Zabierzów zasługuje na miano polskiego Mordoru nr 2? Trudno orzec, bo już w samym Krakowie funkcjonuje kilka podobnych, acz nowocześniejszych i raczej mniejszych biurowych skupisk, np. Ruczaj, miejscówka przy Armii Krajowej czy biurowce przy Al. Bora Komorowskiego.

Szanowny Korpoludziu, najmocniej o przełożenie swej „mordorowości” na papier i w sieć dopominali się pracownicy kompleksu biurowców we Wrocławiu, a konkretnie pracownicy Mordoru między ulicami Strzegomską a Klecińską. To tam mieści się m.in. Wrocławski Park Technologiczny oraz Wrocławski Park Przemysłowy. I myśmy tam byli, kawę na branczu pili, a cośmy widzieli i słyszeli, tośmy w tym tekście umieścili, dając wrocławianom laur „mordorowości” najwyższej klasy.

Obecnie we wrocławskim skupisku biurowców pracuje około 20 tys. osób i ta liczba cały czas rośnie. Na potwierdzenie można powiedzieć, że już w przyszłym roku do użytku zostanie oddanych 7 kolejnych biurowych olbrzymów. O opinię na temat „mordorowości” wrocławskiego kompleksu poprosiliśmy kolejną uchodźczynię z warszawskiego Służewca.
– Myślę, że zdecydowanie można to nazwać namiastką warszawskiego Mordoru – mówi Dominika, która do stolicy Dolnego Śląska przeprowadziła się w zeszłym roku. – Zresztą co rusz w prasie pojawia się określenie „wrocławski Mordor”, więc coś w tym jest. Po dwóch latach spędzonych przy Domaniewskiej, każde inne korpozagłębie wydaje się lepsze. Przede wszystkim Wrocław ma zupełnie inny klimat niż Warszawa. Również czuje się pośpiech, są korki, ale komunikacja miejska funkcjonuje lepiej, podobnie jak parkingi, ludzie są bardziej wyrozumiali i chyba bardziej odpowiedzialni. Dochodzę do wniosku, że pracuje się tu tyle samo co przy Domaniewskiej, ale dzięki lepszej organizacji i innemu nastawieniu ludzi, nie ma tu takiego bałaganu i stresu jak w stolicy. Oczywiście rodzimi wrocławianie narzekają i mówią, że ta dzielnica to prawdziwe piekło, ale zmieniliby zdanie, gdyby zobaczyli, co się dzieje w Warszawie – dodaje z uśmiechem Dominika.
Podobne zdanie ma Piotr, rodowity wrocławianin, który przy Kalecińskiej przepracował łącznie prawie 3 lata. – Zdecydowanie Mordor. Wrocławski Mordor. Nie przepadam za tym miejscem, a z drugiej strony tak się do niego przyzwyczaiłem, że nie wyobrażam sobie pracy gdzie indziej. Tym bardziej, że Wrocław ma swój klimat, który też czuć w naszym Mordorze. Pracuje się na wysokich obrotach, atmosfera jest zawsze napięta, zawsze jest ordnung, lecz gdy przychodzi fajrant i już uda się stamtąd wyjechać, to ciśnienie opada i jest swojsko. Choć nadal myśli się o pracy – podsumowuje Piotr.
I tak to już jest, że jak wkroczy się do Mordoru, czy to w Warszawie, Gdańsku, Krakowie czy we Wrocławiu, to w Mordorze jest się już do końca. Bo Mordor to tak naprawdę nie miejsce. Mordor to stan umysłu.

Gazeta Korpo Voice będzie Wam dostarczała prawdziwych, czasem śiesznych czasem absurdalnych historii z korpo wziętych.