W końcu dostaliśmy wymarzony urlop i szykujemy się na wakacje. Czy wiecie, że wyjazd wakacyjny jest jednym z bardziej stresujących momentów w ciągu roku?

Wynika to zapewne z wielu kwestii, ale wg mnie składają się na to wielkie oczekiwania związane z urlopową labą, zmiana trybu życia oraz codziennego ustalonego rytmu, a także konieczność przebywania ze sobą niemal 24 godziny na dobę. A ja i moja żona mamy bardzo różne temperamenty.

Przy poprzednich naszych wyjazdach kłótnie się zdarzały, a deklaracje w stylu „nigdzie nie jedziemy” nie należały do rzadkości. itd.

Każde z naszej czwórki ma swoje oczekiwania wobec wyjazdu wakacyjnego i każdy ma swoje przyzwyczajenia. Nagle cała nasza rodzina musi przygotować się do drogi i spędzić ze sobą dwa tygodnie. Super, nie możemy się doczekać, ale trochę inaczej wygląda wspólne życie, kiedy się chodzi do pracy i ma określone obowiązki, trochę inaczej w weekendy, kiedy wiadomo, na co trzeba przeznaczyć czas, a zupełnie inaczej, kiedy wyjeżdżamy na urlop.
Niewiele osób przyzna się, że czasem urlop to czas dla rodziny, błogie lenistwo i… delikatny stresik.

Po pierwsze każdy rodzic wie, że urlop z dwójką małych dzieci to nie bułka z masłem. Jeśli ktoś wcześniej tak to sobie wyobrażał, to szybko zostanie wyprowadzony z błędu. Jego urlop na pewno nie będzie polegał na leżeniu na plaży i popijaniu drinka z palemką.

Kiedy nie mieliśmy dzieci, wyjazdy wakacyjne były czystą przyjemnością, wybór miejsca, odbywał się bez kłótni, pakowanie przebiegało w wesołej atmosferze. Sytuacja się zmieniła diametralnie, kiedy na wakacje musieliśmy zabrać najpierw pierwsze, a później również i drugie dziecko. Tydzień przed wyjazdem zaczynała się nerwówka i szybkie uzupełnianie niezbędnych rzeczy. Oczywiście niekoniecznie zgadzałem się z małżonką odnośnie tego, co jest naprawdę niezbędne.

Następnie zaczynało się pakowanie, czyli horror, ponieważ za każdym razem rzeczy przewidzianych jako niezbędne było tyle, że jedynie mały dostawczak mógł to pomieścić. Kolejna sprawa to podróż i przystanki co 30 minut na siku, picie, kanapkę, rozprostowanie nóg, itd. Trochę trudno się z tym zmierzyć takiemu zadaniowcowi jak ja, dla którego podróż to nie element wakacji, a zadanie polegające na dostaniu się z punktu A do punktu B w jak najkrótszym czasie, a wiadomo, że za każdy postój traci się punkty.

Jedno jest pewne: do wyjazdów rodzinnych trzeba się przyzwyczaić, a może nawet ich nauczyć.

Z roku na rok było coraz lepiej, aż muszę przyznać, że w tym roku pakowanie i podróż minęły naprawdę fajnie. Ja przestałem się spinać, że nie zmieścimy wszystkiego do bagażnika, żona już wie, że jak czegoś nie weźmie, to naprawdę można to kupić na miejscu, a samą podróż nauczyłem się zacząć traktować jako integralną część wakacji, więc nie mam już problemu z postojami. Wręcz sam do nich namawiam.

Doświadczenia urlopowe uzmysłowiły mi, że trzeba się przede wszystkim nauczyć czerpać przyjemność ze wspólnego spędzania czasu, niezależnie od okoliczności. Skoro stoimy w korku na A1, to nic tego nie zmieni; warcząc na siebie, nie będziemy szybciej na miejscu. Zagrajmy wspólnie w grę „jakie to zwierzę” lub „zaśpiewajmy wspólnie piosenkę”, choć z tym śpiewaniem, to różnie bywa. U nas zgodnie postanowiono, że śpiewać mogą wszyscy, poza moją małżonką, która ma nieskończenie wiele wspaniałych talentów, ale śpiewanie nie jest jednym z nich. Po tych kilku latach mogę śmiało powiedzieć, że wakacyjne wyjazdy znów stały się czystą przyjemnością, ale doceniamy w nich zupełnie inne rzeczy niż te, które ceniliśmy w wyjazdach we dwójkę. Aktualnie frajdą jest to, że możemy pobyć wspólnie przez dwa tygodnie i się nie pozabijać. Jak już kiedyś pisałem, na wspólne wakacje mamy tylko kilka lat, później „wakacje ze starymi”, nie będą dla naszych dzieciaków żadną frajdą.