Jak co roku przystąpiliśmy do planowania wakacji i jak co roku, jak przystało na prawdziwych Polaków, chcemy mieć wszystko, prawie za darmo. Oczywiście „wszystko” to pojęcie względne, ponieważ ciężko jest pogodzić 30-stopniowe upały, które po prostu uwielbiam, z umiarkowanym klimatem, w którym najlepiej czuje się moja małżonka.

Na szczęście zimny maj dał jej w kość na tyle, że zgodziła się pojechać tam, gdzie jest ciepło. Ta decyzja zdecydowanie eliminuje nam jednak wypad nad rodzimy Bałtyk, którego różne rejony zwiedzaliśmy od paru lat. Jesteśmy z tych, którzy z małymi dziećmi nigdy nie chcieli się przebijać przez pół świata/Europy, aby wylądować w hotelu z pakietem all-inclusive.

Do pewnego momentu nie chcieliśmy. Ale są takie chwile w życiu rodzica, kiedy dochodzi do wniosku, że ma w d… to znaczy dochodzi do wniosku, że kolejne ruiny nie są już aż tak ważne, a muzeum można zawsze obejrzeć w internecie, bo pozwala na to dzisiejsza technologia. Skoro tak, to po co się pchać z dwójką dzieci – i do tego naszych dzieci- tam, gdzie nie jest to niezbędne. Nie wiem, jak wasze, ale nasze dzieci, nie są z tych, co to chodzą grzecznie przez trzy godziny po muzeum, dopytując przewodnika o autora tych niezwykle interesujących fresków z XV wieku i oczywiście niczego przy tym nie dotykając. Patrząc na ich energię, raczej jestem zdania, że są w stanie roznieść w pył nawet Muzea Watykańskie, nie zważając na Gwardię Szwajcarską i karabinierów.

W związku z powyższym wiedzieliśmy tyle: ma być ciepło (to mój warunek), ma być plaża (warunek żony), ma być basen (warunek córki), ma być niedaleko samolotem (to warunek młodego, choć raczej bardziej nasz, ponieważ młody nigdy jeszcze nie leciał samolotem, a dodatkowo, jakoś tak słabo odnajduje się spokojnie siedząc w jednym miejscu dłużej niż 30 sekund).

Od razu przyznaję, że ten ostatni warunek niestety nie będzie spełniony, ponieważ żona dorzuciła w pakiecie jeszcze kilka warunków dodatkowych, co przełożyło się na jedyne 5 godzin lotu.

Nie wiem jak moja żona, ale ja traktuję ten wyjazd jako takie nasze, małe, rodzinne wyzwanie, żeby nie było zbyt łatwo i przyjemnie. Po nim zaś czeka nas dwa tygodnie w hotelu ze słońcem, plażą i pakietem all-inclusive i pierwszy raz w życiu naprawdę się z tego cieszę. Kiedyś miewałem ambitne plany wakacyjne, zwiedzałem z plecakiem Azję w czasach studenckich albo jechałem samochodem przez pół Europy skoczyć na bungee. Teraz takim ambitnym i wcale nie mniej skomplikowanym planem jest dotarcie na miejsce i powrót bez składania papierów rozwodowych. Może inne rodziny mają inaczej, ale ja już teraz wiem, że zanim udamy się w tę podróż marzeń, zdążymy się trzy razy pokłócić przy pakowaniu, dwa razy na lotnisku, kiedy oświadczę, że nie będę tego wszystkiego nosił. Pierwszego dnia, po dotarciu do hotelu, moja żona stwierdzi, że tu jest zdecydowanie zbyt gorąco i ona się dusi, więc czy możemy jednak skrócić jakoś ten pobyt. A kiedy miną te długo wyczekiwane przez nas dwa tygodnie błogiego lenistwa z dwójką dzieci, po przekroczeniu progu mieszkania usłyszę od mej kochanej żony, że nigdy więcej nie jedziemy na wakacje. Na szczęście owo „nigdy” będzie obowiązywało tylko do następnego roku.

Może i wrócimy padnięci, bo przy dwójce naszych dzieci nie ma czegoś takiego, jak błogie lenistwo. Wiem też jednak, że dla nich, dwa tygodnie z rodzicami, basenem i plażą, będzie właśnie spełnieniem marzeń. Doskonale zdaję sobie sprawę, że to są chwile, którymi trzeba się cieszyć, bo jeszcze tylko kilka lat i żadne z nich nie będzie chciało jechać ze „starymi” na wczasy.