Wczoraj pobiłem życiowy rekord. Nie jest to jednakże powód do dumy: są dziedziny, w których osiąganie coraz wyższych wyników nie dodaje splendoru. Zrobiłem 5 nadgodzin. Słownie: pięć.

Dzień zapowiadał się intensywnie od samego początku i wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na charakterystyczne piątkowe rozbisurmanienie.

Pracując blisko działów sprzedaży, finansów i marketingu w małym biurze, zostałem zaangażowany w tworzenie budżetu spółki na przyszły rok. Po tygodniach pełnych debat, konkluzja co do ostatecznej sumy została osiągnięta. Przyszła pora na mój wkład – wprowadzić dane do systemu. Nie zrobi tego żadne makro, sprawa jest zbyt skomplikowana, a każda liczba wymaga trzeźwego spojrzenia człowieka. Potrzebne mi informacje otrzymałem na krótko przed wybiciem terminu.

Niestety, był to dedlajn przesunięty już po raz drugi, przez co swoją pracę musiałem skończyć w piątek. Początkowy optymizm z każdą godziną ustępował miejsca zniecierpliwieniu: wszystko trwało dłużej, niż się spodziewałem. Wyjście o czasie szybko stało się mrzonką. Po dwóch godzinach ponad planowane osiem wyszedłem na umówione spotkanie, zabrawszy ze sobą komputer. Zasiadłem do niego ponownie o dwudziestej. Pracę skończyłem krótko po dwudziestej trzeciej.

Frustrację wynikającą ze spędzenia piątkowego wieczoru przed monitorem służbowego komputera rugowałem poczuciem wypełniania ważnego obowiązku. Wprowadzenie danych akurat tego dnia było niezmiernie ważne, ponieważ już dzisiejszego ranka, również w warunkach wyjątkowych okoliczności, kolejna osoba musiała na swój sposób przeanalizować wyniki mojej pracy. W poniedziałek zaś wszystko ma być zapięte na ostatni guzik. Leży to w interesie wszystkich zaangażowanych stron.

Cztery lata wcześniej, biuro międzynarodowej firmy z siedzibą w Mordorze. Mam etat. Pracy jest w bród. Kolega dostaje depresji, bo jest jej za dużo, bo perfekcjonista nie daje już rady. Wyrozumiały szef natychmiast wysyła go na odpoczynek. Jego zadania będzie wykonywać koleżanka, której stanowisko z kolei do odwołania przejmuję ja. Mam dwa etaty. Jednocześnie z pracy odchodzi druga koleżanka: zgodnie z ustalonym wcześniej planem działania jej stanowisko na jakiś czas ma trafić do mnie. Mam trzy etaty.

Poniedziałek – zaskoczenia nie ma, ambicja ogarnięcia funkcji trzech osób jest niemożliwa do zrealizowania. Wtorek – opuszczam spotkania, na których jestem niezbędny. Środa – wszystkie posiłki zjadam przy biurku. Czwartek – zajmuję się wyłącznie gaszeniem pożarów. Piątek – wszystko jest na wczoraj.

Każdy z tych dni to dziesięć godzin pracy. W kolejny poniedziałek dopytuję przełożonego o działania, jakie zostaną przedsięwzięte celem rozwiązania tej patowej dla mnie sytuacji. – Plan się robi – słyszę w odpowiedzi. We wtorek, przełożony idzie na urlop. W czwartek komunikuję jego szefowi, że przedłużające się tymczasowe rozwiązanie to nie tylko zagrożenie dla mojego zdrowia, ale i dla funkcjonowania biznesu. W odpowiedzi otrzymuję jasno sformułowane oczekiwanie: – Twoim zadaniem jest tak zoptymalizować procesy, abyś mieścił się w ośmiu godzinach. Szok i niedowierzanie. W piątek po pracy nie mam ani siły, ani ochoty przeczytać nawet nagłówka w gazecie, godzinami nie mogę usnąć. We wtorek składam wypowiedzenie.

Wczoraj wyłączyłem laptop z pięcioma nadgodzinami z jednego tylko dnia. Nie marudziłem, wiedząc, że to tylko raz, że moja szefowa dzisiaj wykonuje swoją cześć pracy, mimo że to sobota. Wspierała mnie przez cały piątek, moje działania spotkały się z wdzięcznością i poszanowaniem.

Sytuacja sprzed lat to zaś sztandarowy przykład zupełnego braku szacunku wobec podwładnego. W tamtej firmie zostałem sprowadzony do roli egzekutora redukcji kosztów. Sześć miesięcy wcześniej część mojego zespołu przejęła kilka stanowisk z biura pokrewnej spółki w Europie Zachodniej. Nas było czworo, ich pięcioro. Już w Warszawie, kadra zarządzająca wyższego szczebla zechciała dokonać dalszej redukcji, wciskając mi trzy z czterech etatów. Bez pytania mnie o zdanie, o moją gotowość do udziału w tym karkołomnym projekcie, bez troski o moje zdrowie i dobrostan. Wtedy każda nadgodzina była ogromnym wysiłkiem wypełnionym ogromem negatywnych emocji, z których złość, gniew i frustracja wiodły prym.

Za nadgodziny mi zapłacono, co oznaczało zapłatę za wyzysk pracownika, a stawka była zdecydowanie zbyt niska. Wczoraj, ostatnie trzy nadgodziny spędziłem przy stole kuchennym w gościach u przyjaciela, który cierpliwie czekał, aż skończę pracę, samemu czytając książkę. Około dwudziestej trzeciej poprosiłem o whiskey z colą, które rozluźniły nieco spięte mięśnie i wpłynęły na ogólne rozprężenie. Nadgodziny odbiorę w przyszłym tygodniu, codziennie po jednej.