Jak to się stało, że porzucił Pan wielki celebrycki świat na rzecz działalności w swoich dwóch fundacjach?

Szymon Hołownia: Nigdy nie należałem ani do „celebryckiego” ani do „wielkiego” świata, nie za bardzo więc było co porzucać. Nie buduję swojej tożsamości na tym, co robię w „Mam Talent!”. Ot, po prostu tak się fajnie złożyło, że jednym z pól mojej zawodowej działalności jest współprowadzenie bardzo przeze mnie lubianego programu rozrywkowego. Poza tym piszę przecież książki, felietony, prowadzę wykłady i obok tego wszystkiego staram się koordynować działalność Fundacji Kasisi i Dobrej Fabryki. Przykro mi, ale nie opowiem pani żadnej krwistej i rozdzierającej historii z gatunku: „porzucił willę z basenem i ferrari, i prowadzi sierociniec”, bo ani nigdy nie miałem basenu ani ferrari, ani nie prowadzę sierocińca, ja jedynie organizuję środki, żeby ów sierociniec mógł spokojnie działać (śmiech).

Jeśli nie było wielkiej ucieczki od świata, to co tchnęło Pana do założenia Fundacji Kasisi oraz Dobrej Fabryki?

Parę lat temu, pisząc książkę „Last minute. 24 h chrześcijaństwa na świecie”, trafiłem do sierocińca w Kasisi w Zambii, prowadzonego przez polskie Siostry Służebniczki Maryi Niepokalanej. Mój kolega, który wcześniej odwiedził to miejsce, mówił, że zobaczył tam „biedę zarządzaną ze szwajcarską precyzją”. To określenie tak utkwiło mi w głowie, że postanowiłem napisać o Kasisi reportaż i włączyć go do książki. Na miejscu zrozumiałem, że w życiu nie widziałem takiej fabryki dobra: ponad 160 dzieci powyciąganych z największych nieszczęść i siostry, które swoją miłością, uwagą i poświęceniem robią w ich życiu prawdziwe cuda. Sytuacja materialna Kasisi była jednak bardzo trudna, bywały momenty, że siostry musiały wybierać: czy kupić jedzenie, czy zapłacić rachunki za szpital. Wielu moich kolegów, dziennikarzy, w okolicach mojego wieku dochodzi do wniosku, że czas zamienić opisywanie świata na jego robienie: idą do PR, do biznesu, do polityki. Ja swój Rubikon miałem w Kasisi.

Wielokrotnie w wywiadach mówił Pan, że nie prosi o pomoc dla swoich podopiecznych wielkich korporacji, bo to nie ma sensu. Dlaczego?

Bo zanim przejdę przez wszystkie szczeble decyzyjne i będę musiał każdemu od nowa wyjaśniać, „a dlaczego afrykańskie dzieci, a nie polskie”, by na koniec dowiedzieć się, że to, na co mogę liczyć to wycieczka pracowników (kosztująca na oko pewnie jakieś 300 tys. złotych), w czasie której nasz sierociniec otrzyma darowiznę w wysokości 10 tys. złotych albo w ramach CSR zostanie tam pomalowany płot, wolę skupić się na tym, co jest bardziej skuteczne. Nasze obie fundacje opierają się na crowdfundingu. Zbieramy i wysyłamy do Afryki co miesiąc kilkaset tysięcy złotych, na które składają się stałe, regularne wpłaty po 5 złotych (nasz program „Przybij nam piątkę w piątek”), 10 , 50 zł czy zakupy „dobrych uczynków” po 2 czy 102 zł w naszym sklepie z dobrem, dobroczynne24.pl. Zbierając pieniądze od tych paru lat nauczyłem się też jeszcze jednej prawdy: nikt tak bardzo nie ma pieniędzy jak ludzie naprawdę zamożni. Gdy proszę ich o coś, najpierw pada właśnie sakramentalne: „Ale ja nie mam pieniędzy!” (bo wszystko ma zapakowane w fundusze albo nieruchomości). Następnie zaczyna się szukanie dealu, że może on jednak by mi zorganizował kogoś, kto może kiedyś dałby mi coś, byle broń Boże nie rozstawać się z gotówką. A na końcu okazuje się, że jesteśmy za małym graczem, żeby w ogóle był z tego jakiś PR, później trzeba jeszcze wysłuchać wszystkich tych mądrości o tym, jak powinno się pomagać, a na końcu i tak nic z tego nie wychodzi. Przez tych parę lat poznałem osobiście jeden (słownie: jeden) wyjątek od tej reguły. Ten człowiek od razu zrozumiał dwie podstawowe zasady, na których opieramy naszą pracę: choremu receptę przepisuje się dopiero, gdy go się zbada, a nie przed tym. Dopiero w bezpośrednim kontakcie można ocenić, kto potrzebuje ryby, kto wędki, a kto szkolenia z zakresu produkcji wędek. Po drugie: świata nie ma co zmieniać na hurra, trzeba to robić po kawałku. Człowiek po człowieku, wioska po wiosce, biuro po biurze. Powoli, ale precyzyjnie i konsekwentnie.

Ludzie pracujący w korporacjach dochodzą niekiedy do ściany. Zarabiają mnóstwo pieniędzy, ale czują, że ich życie nie ma sensu. Może powinni poszukać go zamiast w basenie na Balearach, jeżdżąc na wolontariat do Kasisi?

Gdy słyszę, jak ktoś opowiada mi o tym, że „w jego życiu nadszedł czas”, „dojrzał do tego”, „chciałby coś zmienić”, cieszę się, ale zawsze cierpliwie czekam, aby przestał mówić o sobie. Afryka nie jest po to, by w niej zmęczeni wyścigiem szczurów biali robili sobie teraz – proszę wybaczyć – „psychoterapię Murzynkiem”. Widziałem na miejscu wielu wspaniałych wolontariuszy, ale oni wszyscy na pewnym etapie musieli odkleić się od siebie. Z największą radością witamy więc ludzi, którzy chcą pomóc naszym potrzebującym. Prosimy ich jednak, by zaufali nam, że najważniejsze w tym procesie nie są ich przemyślenia na temat swojego życia, a potrzeby tych, którym ma zostać udzielona pomoc. Gdy mam przed sobą rannego w wypadku interesuje mnie to, jak sprawić, żeby przestał krwawić, a nie życie wewnętrzne ratownika. Mówimy im więc wprost, czego w danym momencie potrzebujemy i pytamy, czy byłoby im z tym po drodze. Na miejscu potrzebujemy głównie lekarzy, pielęgniarek, a zwłaszcza fizjoterapeutów. Kupujemy dużo sprzętu, leków, jedzenia (starając się robić wszystko, co się da, by kupować lokalnie, wspierając przez to miejscową ekonomię), prosimy więc przede wszystkim, aby pomagać nam w ten sposób. Żeby wspierać potrzebujących (a przy okazji przywrócić sens swojej pracy) niekoniecznie trzeba jechać do Afryki. Proponujemy: wylicz ile kosztuje godzina twojej pracy i przez jedną godzinę w tygodniu (sam wybierz którą), pracuj z myślą o naszych ludziach i przelewaj im regularnie (np. za naszym pośrednictwem) wypracowaną kwotę. Zostań naszym wolontariuszem nie ruszając się z biura. Wykup i powieś w swoim biurze akcję Inwestycji Życia, dzięki której będziemy mogli utrzymać kolejne dziecko w programie leczenia głodu w naszym ośrodku w Ntamugendze w Kongo. Bądź na naszym Facebooku, patrz jak twoja pomoc pracuje w praktyce (możesz to też zobaczyć na własne oczy, bo jednego lub dwóch uczestników naszego „Przybij piątkę” zabieramy co roku do Afryki). Otwieraj oczy na świat, pomożemy ci go zrozumieć i przekonać się, jak jesteś w nim potrzebny, że on bez ciebie naprawdę byłby gorszym miejscem.

Co udało się już osiągnąć dzięki działalności Pana fundacji?

Naszym sukcesem jest to, że wszystkie z miejsc, które wzięliśmy pod opiekę, każda z tych fabryk dobra, istnieje. Że co miesiąc, regularnie, zapewniamy środki na ich działanie, a prowadzący je, nie muszą zamartwiać się, czy w przyszłym miesiącu nie będą musieli odesłać do domu wszystkich chorych. W tej chwili opiekujemy sie jedenastoma miejscami w siedmiu krajach, oprócz Kasisi, które rozrosło się w międzyczasie tak, że mamy tam dziś prawie 250 dzieci, najbardziej dramatycznych historii z całej Zambii, które leczymy. Mamy już własną miniklinikę, karmimy, uczymy, a przede wszystkim kochamy. Finansujemy działalność olbrzymiego wiejskiego szpitala w ogarniętej pełzającym konfliktem zbrojnym okolicy Kongo, zaczynamy współpracę ze szkołą zawodową dla młodych kobiet w Senegalu. Finansujemy jedyne hospicjum, jakie istnieje w Rwandzie, mamy tam 20 łóżek paliatywnych, trafiają do nas najcięższe przypadki z kraju, ale i z państw ościennych. Naszym sukcesem jest każdy dzień, który każdy z nich może przeżyć bez bólu, w czystym łóżku, z dobrym jedzeniem, z pielęgniarką na zawołanie, z lekarzem, gdy jest taka potrzeba, ze wszystkimi niezbędnymi badaniami, wreszcie – w spokoju, który wielu naszym chorym pozwolił przed śmiercią poukładać swoje sprawy, ułożyć się z rodziną, pogodzić ze sobą. Nasz sukces to każde wyrwane śmierci głodowej dziecko i każda mama, którą nauczyliśmy jak (i czym) prawidłowo to dziecko karmić. Nasz sukces to ubodzy rolnicy z Burkina Faso (założyliśmy tam spółdzielnię rolniczą), którzy właśnie zaczęli znów hodować zwierzęta, uprawiać rolę, odzyskali nie tylko dochody, ale i dumę. Chorzy na trąd z Togo, którzy dzięki naszym darczyńcom, pierwszy raz od czterech lat mogą pojechać do lekarza, a ich dzieci mają maszyny, które pomogą im utrzymać siebie i pomóc chorym rodzicom.

Jakie są plany Pana i fundacji na najbliższy czas?

Mam nadzieję, że 2017 będzie rokiem, w którym Dobra Fabryka zacznie działalność w Polsce, mamy na oku jeden projekt, który może udałoby nam się sensownie zrobić. Nadal piszę, bardzo bym chciał, żeby mój facebookowy profil wyewoluował w stronę internetową, na którą ludziom będzie się chciało wracać. Bardzo lubię mieć okazję do mówienia o tym, czego nauczyłem się budując fundacje i poznając świat (zwłaszcza fenomenalnych afrykańskich startupów, dowodzących że da się zrobić coś z niczego), do różnych środowisk: na spotkaniach autorskich, „powerspeechach” na konferencjach, szkoleniach, eventach. Uwielbiam mówić i wydobywać spod powiek to, co zobaczyłem, by inni też mogli zachwycić się tym, jak nieprawdopodobnie fascynujący jest współczesny świat i jak nieprawdopodobnie mało trzeba, by go jeszcze dziś naprawić.