„No, dziecko, skończysz studia, prawo lub medycynę, później do kancelarii albo na lekarza i będzie dobrze” – jeśli w dzieciństwie słyszałeś/słyszałaś taki tekst, to wiedz, że rodzice cię kochali, no a przynajmniej trochę.

Myśleli, że pieniądze i respekt dają szczęście, więc chcieli dla ciebie jak najlepiej. Jednak stało się inaczej i ani nie pracujesz w kancelarii, ani nie masz prywatnego gabinetu, bo akurat harujesz w tym okropnym korpo. I co na to twoi rodzice? Zawiedzeni? Rozgoryczeni? Zamartwieni? A może szczęśliwi? Trudno, tak nawet ogólnie, oszacować. Więc zapytałem ich o to wprost.

Klara
Miejsce zamieszkania: Warszawa
wiek: 33
stanowisko: Client Service Director
mamusia: kasjerka w banku; tatuś: emerytowany policjant

Siedzimy przy stole. Klara, mama Klary, tata Klary i ja. Herbatka w filiżankach, ciasteczka handmade by mamusia, cukier w kostkach i mój dyktafon. Atmosfera – rzec można – luźna, nie widzieliśmy się od 2 lat. Klara zawsze miała genialne poczucie humoru i niezmącony uśmiech na twarzy, więc zaproponowanie jej rodzinnego wywiadu po latach było niejako naturalnym wyborem.

Na razie gadka szmatka, lekkie tematy – zresztą zgromadzenie nie traktuje mnie jak poważnego dziennikarza (i chyba słusznie, mym skromnym zdaniem), bo „gazeta o korporacji to musi być istny kabaret” (cytując mamę) – więc postanawiam wkroczyć z cięższym kalibrem.
– Nie żal państwu, że taka zdolna córka nie wybrała innej pracy? – zagajam ostrożnie, a rodzice odpowiadają mi kilkoma sekundami klasycznej niezręcznej ciszy.
– Eee! Ważne, żeby była szczęśliwa. Gdyby zdecydowała się na pracę w mojej branży, czyli zostałaby, wie pan, policjantem lub przestępcą, to dopiero bym się martwił! – wybucha śmiechem tata, podobnie jak Klara i tylko mama wręcz matczyno-stereotypowo kiwa głową.
– Muniek – zwraca się mama do męża swego (z politowaniem, zresztą) – sam nie wiesz, pod kim to Klara pracuje… Może nawet, yhym, nieświadomie zalicza się do tej drugiej kategorii – podsumowuje, kiwając głową. No a sama Klara tylko się uśmiecha, spoglądając na ojca w wyczekiwaniu na ripostę.
– Maryś, ale że niby ty nasze dziecko na przestępcę wychowałaś? To się w głowie nie mieści! – wybucha kolejny raz tatuś, Klara mu wtóruje, a mama z pogardliwego kiwania przechodzi w bezradne kręcenie głową.
– Oj, Zygmunt, wiecznie żeś niepoważny. A teraz tyle mówią o tych przekrętach, tych Amber Gold, tych wyzyskiwaczach z Zachodu, o tym mobbingu, molestowaniu, mowie nienawiści. Ja nic nie mówię, tylko żeby później nie okazało się, że mam rację, jak zawsze, bądź co bądź – pointuje mamusia. Reszta się podśmiechuje, ja natomiast staram się zachować neutralny wyraz twarzy.

I mniej więcej w tych klimatach trwała nasza dyskusja o korporacyjnym wyzysku, korporacyjnej demoralizacji, korporacyjnej przemocy itd. Złe wiadomości, z których składa się świat telewizji informacyjnych, w największym procencie pozostają w pamięci niż jakiekolwiek inne, więc nie ma się co dziwić, że część naszych rodziców kojarzy korpo z wyzyskiem, gwałtem, grzechem i ogólnie całym złem świata ziemskiego. Zatem przejdźmy z opowieści o tego typu „układzie” do mniej wesołej rodziny korpoludzia płci żeńskiej, którą znam z tego samego korpo.

Anna
miejsce zamieszkania: Warszawa
wiek: 30
stanowisko: Executive Creative Director
mamusia: pracownica dziekanatu; tatuś: profesor uniwersytetu

Kulturalne posiedzenie w katedrze „xyz” jednej ze stołecznych uczelni. Jest zaiste kulturalnie, acz bez cukru i herbatki w filiżankach. Jako wstęp do właściwego tematu rozmawiamy o sytuacji politycznej w Kraju Nadwiślańskim oraz o stanie szkolnictwa wyższego. Oczywiście rodzice Anny (zrzeszeni w jednym z antyrządowych ruchów politycznych) krytykują wszystko wokół, a ja tylko przytakuję.
– Ania wieńczyła magisterium przy niezwykle korzystnej koniunkturze, jeśli chodzi o strefę biznesową i niekoniecznie korzystnej, jeśli chodzi o możliwość zatrudnienia na uczelni – prawi ojciec. – Nie podważam słuszności jej wyborów życiowych, lecz rezygnacja z doktoratu była dosyć pochopnym ruchem. Tym bardziej, że była jedną z lepszych studentek na romanistyce. Rzeczywistość się zmienia i, kto wie, może teraz stawałaby do konkursu na stanowisko w poważnej instytucji. Oczywiście nie neguję powagi jej obecnego miejsca pracy, ale uniwersytet daje większą stabilność, prestiż, większe możliwości realizacji. Korporacja w czasach kryzysu zachodniego liberalizmu i nowoczesnego kapitalizmu nie daje spokoju. Obecna, ujmijmy to potocznie, epoka nie gwarantuje spokojnego bytu dla prywatnych przedsiębiorstw, nawet tych połączonych trwałymi sieciami rozbudowanych relacji handlowych – prawi tatuś i po wyraźnym zaznaczeniu finalizacji wywodu spogląda na swoją małżonkę, jakby dając jej zgodę na wypowiedzenie się, a ta się równie dostojnie uruchamia.
– Proszę pana, my tutaj z mężem nie deprecjonujemy znaczenia obcego kapitału dla podniesienia się Polski po połowie wieku zaboru sowieckiego, ale jednak warto zwrócić uwagę na to, że praca w takiej korporacji nie jest czymś naturalnym dla człowieka wychowanego w wartościach, które wpajaliśmy naszej córce – sztywnie wykłada mamusia.

Po ok. trzech kwadransach tego typu zracjonalizowanych wywodów rodzicielskich, pożegnaliśmy się, poszliśmy z Anią na fajkę.
– I mama, i tata, mają do mnie żal, że nie zostałam na doktoracie. Choć nie mówią o tym w tonie pożałowania – przyznaje Anna. – Wściekali się na mnie, że jeździłam na „erasmusy”, że udzielałam się w organizacjach międzynarodowych, w których uczestnictwo nie dawało żadnych „punktów” itd. Ale mnie interesował kontakt z żywym językiem, z ludźmi, praca, w której coś się non stop dzieje i nasze korpo mi to daje – zaznacza Ania.
W czasach, gdy większość z nas przychodziła na świat, nie było takiej instytucji w Polsce jak korpo, więc trudno się dziwić, że nasi rodzice w swoich marzeniach nie planowali nam przyszłości w wielkiej korporacji. No ale czasy się zmieniają i, co ciekawe, praca w biurze bywa dla niektórych nobilitacją.

Mateusz
miejsce zamieszkania: Kraków
wiek: 27
stanowisko: Key Account Manager
mamusia: pielęgniarka;
tatuś: nauczyciel przysposobienia obronnego

Mateusz zaczął pracę tuż po skończeniu licencjatu z ekonomii. Miał średnie wyniki i dużo energii. Postanowił ją zatem spożytkować, a że rodzice (mieszkający pod Krakowem) zapewniali mu lokum, to mógł bez problemu zabrać się za spokojnie szukanie pracy, a później – za oszczędzanie funduszy na przyszłość. Dziś Mateusz nadal mieszka z rodzicami na obrzeżach miasta i dojeżdża do swojego korpo samochodem zarejestrowanym na jego mamę. Jednak nikt nie ma do niego pretensji, tym bardziej gdy rośnie kwota na koncie Mateusza, który – mając narzeczoną – zbiera sumiennie na własne mieszkanie. Nasz miting odbywa się jednak w kawiarni na Kazimierzu w godzinach porannych, bo tak akurat wszystkim pasowało.
– Ech, z tą złą, niedobrą korporacją… Powiem panu tak – optymistycznym tonem rzecze tatuś. – Mój ojciec, rolnik i ceniony w całym Krakowie rzemieślnik, mówił, żebym w życiu robił to, co mi daje trzy rzeczy: pieniądze, szacunek i święty spokój po fajrancie. I niby wszystko to mam, pracując w szkole. I jestem zadowolony z mojej roboty, choć wszyscy mówili „cudze dzieci będziesz uczył?!”. No i uczę, i dobrze mi z tym. Tak samo dziś jest z tym korpo. Bo też słyszy się: „żebyś tylko nie skończył w korporacji!”. No ale co w tej korporacji złego? Że ma dobre towarzystwo w pracy? Że zarabia więcej ode mnie? A pracuje tam tylko 4 lata! Powiem tak… Nawet jakby pracował gdzieś w koszarach, urzędzie, nawet rządowym czy coś, i miał z tego te trzy rzeczy, co panu mówiłem, to niech robi swoje – pointuje.
– A pani nie boi się o syna w sidłach korporacji? – zwracam się do pani matki.
– Jakie czasy – taka praca. Ja się tu nie chcę wymądrzać, bo zaczęłam pracę w innej rzeczywistości i mój punkt widzenia jest gdzie indziej, ale jak słucham mojego syna i jego rówieśników, to wnioski przychodzą same. Trudne czasy, trzeba pędzić, podążać za tymi nowościami, komputerami, tym zachodnim trybem życia. Nam było łatwiej wystartować w samodzielne życie. Komuna komuną, ale przynajmniej w sprawach stabilności pracy to było ho-ho lepiej! No a dziś syn musi pracować tak, jak rzeczywistość tego wymaga. Widzę, że to nie jest najlżejsza praca, ale nie trafił najgorzej i pewnie niedługo się ustatkuje, a poza tym bardzo w niego wierzę – kończy mama i uśmiecha się do filiżanki kawy, by nie zawstydzać nikogo przy stole.

No i chyba ten ostatni przykład jest najpowszechniejszy wśród moich znajomych z korpo. Rodzice jednak nie znają korporacji „od poszewki”, nazwy naszych stanowisk to często dla nich tajemniczy kod wyzyskiwaczy, a korpomowa to język szatana. Cóż, w wielu przypadkach, choć podejdą do nas ze zrozumieniem, to i tak będą wiedzieć swoje. Lecz pamiętajmy, nasi rodzice przede wszystkim chcą szczęścia swoich dzieci, a widząc otaczającą nas pędzącą rzeczywistość, z pewnością nie planują wydziedziczenia za podjęcie pracy w ASAP-ie.

Derek Barłowski