Takiego zaangażowania w pokonywaniu schodów w drodze do pracy, próżno szukać w dniu roboczym u korpoludków. A jednak weekendowa impreza w Warszawie, w niektórych pracownikach korpo ujawniła prawdziwie kozi talent do zdobywania szczytów.

Trzeba być freakiem, żeby jechać pół Polski, a nawet przybywać z innego kraju, ciągnąc za sobą rodzinę, przyjaciół, znajomych, tylko po to, by pokonać 836 schodów. Tylko dla tych kilku minut, bo tyle wprawionym biegaczom zajmuje przedostanie się z parteru na 37. piętro, warszawskiego wieżowca Rondo 1, stawiali się zawodnicy.

– Co tu się dzieje? – pyta mnie zaniepokojony mężczyzna w windzie, kiedy wjeżdżam spokojnie na ostatnie, widokowe piętro wieżowca. – Pali się? Jakiś fałszywy alarm? Mężczyzna, typowy korpoludek, nawet w sobotę zmierza do biura, bo – jak mówi –„musi, przygotować ważny raport na poniedziałek”. Jednak widok strażaków przy wejściu wzbudza jego niepokój. – Chyba nie wpuściliby mnie, gdyby stało się coś groźnego? – wciąż dopytuje, nie mając pojęcia, że armia strażaków w pełnym oprzyrządowaniu, to po prostu pierwsi zawodnicy „Biegu na szczyt”.

Uspokajam go, wyjaśniając o co chodzi, a on wydaje się jeszcze bardziej zagubiony, jakby nie mógł zrozumieć, że komuś może chcieć się wbiegać po schodach, gdy działają windy. Gdyby jeszcze wiedział, że bilety na tę imprezę wyprzedały się całkowicie już na dwa miesiące przed startem i że o ostatnie, które zdobyliśmy, ludzie zażarcie walczyli w konkursie „Korpo Voice” na FB, jego konsternacja byłaby jeszcze większa. Nie szokuję go więc tymi informacjami, tym bardziej, że właśnie on dociera do swojego biura, a ja na metę, czyli tam, gdzie uczestnicy dzisiejszej imprezy będą kończyć swoją wspinaczkę.

O co biega?

– Biegi po schodach, to dyscyplina sportowa – wyjaśnia mi jeden z zawodników „Biegu na szczyt”, który przyjechał tu aż z Gdańska. – Impreza jest częścią Towerrunning Tour 2018 —najważniejszego cyklu biegów po schodach, organizowanego pod patronatem Towerrunning World Association. W ciągu roku na całym świecie podobnych spotkań odbywa się ponad 200. Jest odpowiednia punktacja, różne dystanse i odmiany biegów na szczyt. A wszystko zaczęło się w USA, gdzie zorganizowano wyścig po schodach 86-pietrowego Empire State Building. Przy nim nasz warszawski wieżowiec to pikuś. Dla kogo pikuś, dla tego pikuś, na pewno jednak nie dla mieszkanki Gdańska, która na dzisiejszy wyścig przyjechała z rodziną i… z kontuzją rzepki w kolanie.

– Trochę boli – zwierza mi się. – Ale najwyżej zrobię sobie w trasie jakiś przystanek lub ostatecznie wejdę, zamiast wbiegać. Tak czy inaczej nie poddam się – zapewnia.

Wciąż nie mogę zrozumieć, co motywuje ludzi do udziału w takim szaleństwie. Nagrody? Przecież 300, 200 i 100 euro za trzy pierwsze miejsca, to naprawdę niewielka motywacja. Tym bardziej, że szanse na nie mają tylko najlepsi, a w Polsce od lat niekwestionowanym liderem w tej dyscyplinie jest Piotr Łobodziński, który pewnie i tym razem dobiegnie najszybciej.

– Chęć sprawdzenia się, spróbowanie czegoś nowego, dołożenie swojej cegiełki do szczytnego celu – wymienia swoje powody Fabian Szmurło, na co dzień pracownik korpo, a dziś zawodnik w barwach „Korpo Voice”. – Pamiętajmy, że ta impreza ma charakter charytatywny, więc każdy zawodnik oprócz sobie znanych powodów, poprzez udział w niej wspiera również działalność „SOS Wiosek Dziecięcych”.

Dla Szmurło, który podobnie jak wielu innych Polaków, jakiś czas temu złapał bakcyla biegania i robi to regularnie, bieg po schodach to zupełna nowość.

– Schody to nic takiego – mówiłem sobie, zgłaszając swój udział w tym biegu. – Co to dla mnie kilka schodków. Przecież przygotowywałem się do tej imprezy, ćwicząc wbieganie w pracy na VI piętro. Z takim właśnie podejściem wystartowałem. Gdy zacząłem bieg, przeskakiwałem nawet po kilka stopni naraz. Do X piętra nawet dawałem radę, potem zacząłem pomagać sobie rękoma, chwytając się poręczy. Od XVII piętra, rozglądałem się już za bocznymi drzwiami, myśląc, jak się z tego wymiksować. Gdy dotarłem na metę, chyba musiałem być zielony, bo pani zawieszająca mi na szyi medal, zaczęła rozglądać się za ratownikiem, sugerując, że trzeba mi podać tlen.

Na szczycie

Choć na tej imprezie jestem tylko obserwatorką, już samo obserwowanie wydaje mi się męczące. Zawodnicy, którzy docierają na metę, nie mogą złapać tchu, padają na podłogę, jakby przebiegli maraton, a obecni na mecie ratownicy, spieszą im z pomocą. Nie, to nie maraton, ale zmęczenie uczestników wyraźnie wskazuje, że dla nich to nie lada wyczyn. W końcu pokonanie 37 pięter w czasie 03:34,97, jak to zrobił po raz kolejny mistrz Łobodziński, to niewątpliwy sukces. Albo wbiegnięcie po ponad 800 schodach z pełnym strażackim osprzętem na barkach. – Dla nas ten bieg to także sprawdzian naszych umiejętności, samozaparcia – tłumaczy mi jeden ze strażaków. – Tyle, że tu nie napędza nas adrenalina związana z ratowaniem komuś życia. Ale nawet i w takim biegu, myśl o tym, że podobna sytuacja może się zdarzyć w realu, dodaje człowiekowi determinacji. Bo w chwili zagrożenia nie ma przebacz, nie możesz być miękki, nie możesz się nad sobą litować. Więc biegniesz, pokonujesz własną słabość, własne ograniczenia. Biegniesz, bo ktoś na ciebie liczy.

Impreza w budynku Rondo 1 trwa kilka godzin. 600 uczestników, 600 wyzwań. Ale szczęka opada mi kompletnie dopiero wtedy, gdy na mecie widzę nie tyle biegacza, co… rowerzystę. Jak się dowiaduję, to trialowiec, Krystian Herba. Ten rzeszowianin jest rekordzistą Guinnessa we wskakiwaniu rowerem po schodach. Piętra warszawskiego wieżowca pokonał w czasie nieco powyżej 18 minut, zaliczając tym samym swój 14. w kolekcji drapacz chmur.

– Kolejnym będzie Shanghai Tower – zdradza zadowolony.
„Bieg na szczyt”, odbył się 24 lutego. Nie brakowało emocji, nie brakowało dobrej zabawy. „Korpo Voice” był tam, kibicował, wsparł dzieciaki. Oprócz nas imprezę wspierali także: radiowa Czwórka, Eurobuild CEE, MaratonyPolskie. pl, Remiza.pl oraz Warsaw Business Journal.

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce, zebrało dla swoich podopiecznych 26 974 zł.

 

Oby więcej takich imprez. Pokazują one, że przestrzeń miejska i miejska architektura, nawet ta przeznaczona głównie na lokale biurowe dla firm, może żyć także „po godzinach”, może łączyć ludzi z różnych branż i różnych miejsc, promując zdrową aktywność i rozrywkę ze szlachetnym celem w tle.

Justyna Szawłowska