Dynamicznie rozwijające się korporacje potrzebują dopływu kadry mniej lub bardziej wykwalifikowanych pracowników. Tylko skąd ich wziąć, kiedy rynek specjalistów się kurczy, a konkurencja nie śpi? Upolować na targach pracy!

Coraz więcej firm zatrudnia obecnie na stanowiskach odpowiedzialnych za tzw. University Relations, osoby współpracujące z uczelniami, a co za tym idzie, pozyskujące narybek wśród studentów i absolwentów. Piastujący tę zaszczytną funkcję śledzą także rynek w poszukiwaniu targów i konferencji, gdzie mogliby wtrącić logo bądź miłe słówko na temat firmy, którą reprezentują i zachęcić do udziału w rekrutacji. W ramach angażowania pracowników i wyciśnięcia z nich dodatkowej porcji energii (oczywiście w imię rozwoju osobistego i samorealizacji) powstają także firmowe kluby, które skupiają korpoludków pełnych wiary, ich pracodawca gwarantuje im najlepsze miejsce na świecie i chętnie tą opinią zarażą potencjalnych kandydatów do pracy. Na największych, branżowych targach pracy, organizowanych np. w halach sportowych czy też bardziej kameralnych, uczelnianych, nie brakuje zatem korporacyjnych wystawców, którzy darmową kawą, długopisami czy ekologiczną torbą usiłują przykuć uwagę zwiedzających. Wbrew pozorom, w rolach prelegentów nie występują wcale specjaliści od PR. Są za to przedstawiciele HR, wspomagani przez „przeciętnych Kowalskich”. Wszystko po to, by uzyskać wiarygodny efekt, że „nasi pracownicy identyfikują się z firmą”, a także stworzyć możliwość rozmowy ze zwyczajnym korpoludkiem i usłyszeć, jak wspaniale wygląda jego dzień w firmie X.

Teoretycznie każdy pracownik, który nie obawia się wystąpień publicznych, może stanąć na targach i przez sześć godzin klepać pełne zachwytu formułki o korpo, w które sam nie wierzy. Teoretycznie, bo istnieje zasada, że kto bliżej „koryta”, ten lepszy. Targi cieszą się sporym zainteresowaniem wśród pracowników, bo jest okazja wstać od biurka, spojrzeć na jeszcze nieskażone wyścigiem szczurów twarze, no i można sobie dopisać punkty do oceny rocznej! Zwykle jednak, kiedy przychodzi mail o zbiórce chętnych do udziału, stanowiska są już dawno obsadzone, a menadżer, jeśli nas nie lubi, nie pomoże załatwić naszego uczestnictwa poza oficjalnym obiegiem. Największym wzięciem cieszą się imprezy w innych miastach. Bo to i dodatek za delegację można skubnąć, a jeszcze zerwać się na dwie godzinki i spotkać przy kawie z kumpelą, co wyjechała tam po studiach. Ewentualnie wyskoczyć na zakupy do nowej galerii handlowej.

Jeśli twój menadżer ma wtyki i dobry humor – witamy na targach. Pora stawić czoła zwiedzającym. Pół biedy, jeśli trafisz na imprezę branżową, gdzie najczęściej przychodzą ludzie z kilkuletnim stażem zawodowym, nieśmiało poszukujący nowych ofert pracy. Rozmowa jest zupełnie inna. Trzeba odstawić na bok bajki o przejrzystej ścieżce awansu, szybkich karierach i pokojach relaksu, w których rzekomo spędzacie większość dnia. Należy uzbroić się raczej w odpowiedzi na pytania o dostępność urlopów, udogodnienia dla młodych rodziców, program socjalny, częstotliwość podwyżek czy kulturę organizacyjną. I na nic tu uśmiechy, że pracujemy w młodym zespole, a atmosfera jest niemal rodzinna – jak się przyznasz młodemu ojcu, że trzeba siedzieć po godzinach pod groźbą zwolnienia – kandydat przepadł na amen. I to z naszym długopisem albo firmowym plecakiem, skrzętnie odkładanym dla najbardziej zainteresowanych gości. Uwaga na elektryków okrętowych i cieśli zbrojeniowych – czasem zmyli ich logo firmy. Po próbie przekonywania, że jednak nie jesteśmy w stanie zaproponować im stanowiska w branży finansowej (konserwatora też nie potrzebujemy), zgarną wszystkie gadżety i ulotki i dadzą synowi, który kończy logistykę, więc do finansów nadaje się, jak mało kto.

Co innego, trafić na stoisko promocyjne na swoim byłym wydziale albo na uczelniane targi pracy. Pośmiać się można i wytrzeszczu oczu dostać ze zdumienia, co młodzi ludzie wyobrażają sobie o pracy w korpo. Niektórzy przychodzą porozmawiać, „ale nie wiedzą o czym”, studiują finanse „chociaż jeszcze nie wiedzą czy chcą”, może by przyszli na staż, ale wolą mieć w wakacje wolne, a w ogóle to może z ekonomii przeniosą się na pedagogikę i wrócą do Bydgoszczy. Choćby się dwoić i troić, niczym się ich nie zainteresuje. Wezmą gadżety i pójdą. Jak nie dacie im wszystkich naraz, to i tak się o nie upomną (koleżance daliście a mnie nie!). Strata czasu i dodatkowy koszt dla korpo.

Po drugiej stronie jest grupa urodzonych korposzczurów. Pochodzący z głębi polskiego interioru, zawsze w pierwszej ławce na wykładzie i wzorowo przygotowani na zajęcia. Nie mają kolegów, za to sprecyzowaną ścieżkę kariery już od podstawówki i wysokie mniemanie o sobie. „Codziennie przejeżdżają koło naszej siedziby i zazdroszczą pracy w takim fajnym biurowcu”. Pewnie, jest czego. Podobno chodzimy w śnieżnobiałych koszulach, drogimi samochodami wjeżdżamy na parking, pijemy firmową kawę i trzy razy dziennie jemy lunch i gramy w piłkarzyki. A robota zrobi się sama na najnowszym sprzęcie Apple’a. I oni tak bardzo by chcieli chociaż przyjść na staż, ale czy dobry+ z finansów i czwórka z matematyki to nie za mało, żeby się dostać? Czasem jakiś pryszczaty student wypali pytanie: ładne dziewczyny u was pracują? A jaka jest średnia wieku? I czy mogę przyjść i wyjść, o której chcę? Większość z nich to też urodzeni prezesi i dyrektorzy. Niedawno słyszałem, jak koleżanka usiłowała wytłumaczyć ambitnej dziewczynie, że nie wystarczy skończyć studia, żeby zostać szefem.

– Masz jakieś doświadczenie zawodowe? – zapytała. – Zarządzałaś zespołem, projektem? – No nie, ale skończyłam zarządzanie. – I tylko tyle? Obawiam się, że będziesz musiała zacząć od szeregowego stanowiska. – Jak to? Nie macie dla mnie kierowniczego? No przecież skończyłam zarządzanie!

Nie wiem, na czym stanęła ta dyskusja, ale to nie jest jednostkowy przypadek. Absolwenci rachunkowości często chcą być od razu dyrektorami finansowymi albo głównymi księgowymi, a miłośnicy gier komputerowych to szefowie IT, jak mało kto. W sumie to nie mają pojęcia, co studiowali, ale każdy głupi może pracować w korpo, a tworzenie modeli i analiza ryzyka – to przecież zrobi komputer.

Trzecia grupa młodego narybku łyka propagandę jak pelikany. Można puścić wodze fantazji i płynąć z opowieścią. Na przykład, że na ustawowe osiem godzin pracuje się tylko przez pięć, że każdy po pół roku awansuje, a kolega w rok został dyrektorem i jak nie chcesz, to nie musisz robić projektu. Trzeba tylko zostawić im trochę przestrzeni, żeby mogli wtrącić „wow, to fajnie macie!”. Charakteryzuje ich totalny brak wiedzy o rynku pracy i wyobrażenia o korporacjach rodem z telenowel amerykańskich. Wszystko jest przejrzyste i poukładane, a pracownicy szczęśliwi i zadowoleni. Istna sielanka. Dlatego zaraz, choćby na chusteczce, napiszą swojego maila i nr komórki i bardzo, bardzo proszą, żeby im wysłać oferty pracy.

Zatem – korpoludki! Jeśli chcecie zrobić coś dla firmy, a przy okazji trochę się rozerwać w ramach płatnej dniówki – marsz na firmowe stoisko na targach pracy! Dużo euforii przynoszą też dni otwarte w waszych szklanych Mordorach – ale to już temat na osobną opowieść.

eme