W korporacji nie ma lekko, także w kwestii przydziału samochodów. Potrafią książki o tym pisać, my zaś zrobimy wam streszczenie.

Przyznajcie się, ile razy w korpo mieliście wątpliwą przyjemność obserwować walkę o samochody lub co gorsza brać w niej udział? Przyjmując trzy- lub czteroletni okres leasingu służbowych samochodów, nawet pracownicy z krótkim stażem prędzej czy później zetkną się ze ścierającymi się ze sobą frakcjami specjalistów, handlowców, menedżerów, ba, czasem nawet członków zarządu. A każdemu należy się według zasług. Czyżby?

Walka o kluczykowy status

Zapytacie – o co tu walczyć? Samochód jak to samochód – cztery koła, trochę blachy, silnik, fotele, kolor taki albo inny. A nieprawda. Jest różnica między autem dla specjalisty, handlowca, menedżera i Prezesa (przez duże „P”, to ważne !). Dla tego pierwszego już sam fakt poruszania się służbową furą jest zaszczytem. Jeśli ma jechać na targi lub do klienta samochodem zamiast pociągu, to zazwyczaj stara się, aby wiedziała o tym cała firma. A przynajmniej trzy sąsiednie działy. Zazdrosne spojrzenia kolegów z open space’u warte są wzięcia na barki ewentualnego udziału własnego w wyrządzonej autu szkodzie i konieczności zalania baku z własnej kieszeni powyżej limitu jednego tankowania. A że takich „dyspozycyjnych” samochodów jest na całą firmę zazwyczaj jeden lub dwa? Warto zaplanować walkę wcześniej.

Handlowiec ma lepiej

Handlowiec w większości firm połyka kilkadziesiąt lub kilkaset kilometrów dziennie. Do tego celu samochód służbowy jest mu nieodzowny. Potrafi rocznie przejechać dystans kilku/kilkunastokrotnie większy niż przeciętny kierowca. Naturalne jest, że dostanie mocne, wygodne, bezpieczne auto. Czekaj, czekaj, wróć! Nie może być mocne, bo będzie zużywać wiadra benzyny. Nie może być wygodne, bo wygodne to może mieć menedżer albo Prezes, nie handlowiec. A bezpieczne – przecież ma poduszkę powietrzną. I tak oto mamy armię handlowców niemal wznoszących się nad ziemię w 3-cylindrowych, miejskich autkach. Czasami hybrydach – toż korpo musi być „eko” i można się wtedy chwalić. Coraz częściej w korporzeczywistości obserwujemy jak handlowcy walczą nie o nowe auta, ale o pozostawienie im do pracy tych dotychczasowych, nawet już lekko nieświeżych. Wolą silniki, którymi da się bezpiecznie wyprzedzać (czyli mające więcej niż 3 cylindry) lub podkreślają, że jeśli nie ma DPF’a, Ad-Blue, BSM i innych trudnych do zapamiętania skrótów, to nie ma się co zepsuć. A czas w pracy handlowca to mniejszy lub większy pieniądz.

Menedżer – bo mu się należy

Jeśli spytacie w korporacyjnej hierarchii specjalistów, czego najbardziej zazdroszczą swoim szefom, to założymy się, że w pierwszej trójce najpopularniejszych odpowiedzi będzie „służbowe auto”. Jeszcze do niedawna bardzo łatwo można było rozpoznać menedżerskie samochody na firmowym parkingu – po prostu nie były białe. Obecnie jest trudniej, biały samochód z jednej strony nie jest synonimem auta handlowca, a z drugiej jest coraz popularniejszy na wyższych szczeblach. Także różnice gabarytowe między autami małymi, kompaktowymi i klasą średnią sprawnie się zacierają, tak więc jeśli nie widać różnicy… A różnice widać – przede wszystkim w tym, że menedżer bez auta nie byłby menedżerem. Samochód klasy kompaktowej lub średniej jest nieodzownym elementem pakietu korzyści przy przyjmowaniu na tym szczeblu do pracy. A największa korzyść dla samego menedżera (oprócz faktu, że do biura nie jedzie pierwszym lepszym autobusem) jest taka, że podwładni widzą. A jak widzą to zazdroszczą: podgrzewanych foteli, automatycznej skrzyni biegów, silnika z „kompletem” cylindrów, karty paliwowej z niemałym limitem. Lepiej może być już tylko na prezesowskim stołku.

Członkowi Zarządu / Prezesowi / CEO* nie wypada samemu prowadzić (niepotrzebne skreślić)

Zazwyczaj w całej korporacji najwyższych stanowisk nie ma zbyt wielu, co powoduje, że mogą (i muszą) być mocno uprzywilejowane. W kwestii samochodów ten szczebel ma dużą dowolność w wyborze marki, modelu, silnika czy też wyposażenia. A jeśli ma dowolność i niemal brak limitów, to na korpoparkingu najlepsze miejsce zajmuje najwyższy model z klasy premium. Jednocześnie pamiętajmy, że Prezes nie będzie sam prowadził – czas, który miałby na to poświęcić może spożytkować w znacznie bardziej efektywny sposób (tak brzmi teoria). Ciekawostką jest fakt, iż podczas rozmów z osobami z najwyższych stanowisk, zjawisko przyjemności z zazdrości wśród podwładnych niemal nie występuje – tak jakby będąc na szczycie wystarczająco wysokiej drabiny nie było potrzeby patrzenia w dół.

Kto ma lepiej?

Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Jedni wolą sie
dzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu i sporadycznie wyskoczyć w trasę wywalczonym dwa miesiące wcześniej samochodem. Handlowcy nie mogą zazwyczaj usiedzieć w miejscu i na myśl o ośmiu godzinach za biurkiem z przyjemnością lecą do kolejnego miasta swoim małym kombi (małe = kombi = to możliwe!). Świeżo upieczeni menedżerowie wpadają na moment w strefę „menedżerskiego” komfortu, zaś ci z kilkuletnim stażem patrzą już nerwowo na prezesowskie miejsca parkingowe usytuowane najbliżej windy. A Prezesi? Tego niestety nie wiemy. Zanim doszliśmy w swoich karierach do tego szczebla, najzwyczajniej w świecie uciekliśmy z korpo.

Marcin Ołtarzewski