Będąc klientami urzędów, banków lub innych instytucji, w których mamy do czynienia z „żywym” człowiekiem, zauważymy, iż ten człowiek jest mniej „żywy” niż to bywało w przeszłości.

Osobiście mam nieodparte wrażenie, iż bez względu na profil instytucji i dział, wszyscy poruszają się w jednym rytmie, tak samo intonują, używają tych samych porównań, epatują „profesjonalnym” uśmiechem, a raczej trwałym paraliżem mięśni twarzy, wywołanym ośmiogodzinnym reżimem złudnego zadowolenia. Taka szklana pogoda obsługujących nas pracowników, organizm bijący w jednym korporacyjnym rytmie standardów obsługi.

Starsi ludzie, osoby wykluczone, nieradzące sobie z „e-obiegiem” życia, pragną porozmawiać z drugim człowiekiem, uzyskać informacje i poradę w tradycyjny sposób, a tu niespodzianka, taki wirtualny doradca w pełnowymiarowej formie. Nie czepiajmy się już faktu sztuczności całej tej sytuacji, ale czy naprawdę musimy stawiać znak równości pomiędzy profesjonalizmem a automatyzmem. Być może jest to pierwsze stadium wyparcia tego typu zawodów, wyeliminowanie czynnika ludzkiego. Takie rzeczy tylko u Lema, z tą różnicą, że korporacyjne roboty nie zostaną obdarzone uczuciami, nie spotka ich tyle szczęścia, ile mają bohaterowie „Bajek robotów”. Spotkamy tam raczej ludzi, którym próbuje się nakreślić nawet schemat empatii, gdyż nie mogą sobie pozwolić na samodzielne, niestandardowe działanie.

Obawiam się, że jeszcze doczekamy ciekawych czasów! Sztuczna inteligencja – jak najbardziej jestem na tak, sztuczna dusza – kwadratura koła! Pytanie brzmi, czy druga strona, jest zadowalana z nakreślonej jej roli? Śmiem wątpić! „A teraz kochane dzieci pocałujcie misia w dupę” – misia zastąpimy klientem, petentem i mamy obraz przemyśleń stale uśmiechniętego pana. Taki pan przeszedł szereg szkoleń, odgrywał scenki rodzajowe, był coachingowany do tego typu zachowań. Dodatkowo nie może sobie pozwolić na wyjście z roli, ponieważ w każdej chwili może zawitać do niego tajemniczy klient, który sprawdzi, czy czasem bezczelnie nie przechodzi z punktu 2 do punktu 4 schematu rozmowy i jeszcze ma czelność skrzywić się na moment lub co gorsza ziewnąć. Przecież to nie jest profesjonalne zachowanie. Sztywne ramy regulują także wygląd. Idąc dalej tropem fantastyki, wygenerujmy potrzebę nowego zawodu – mierniczy. Zakres obowiązków to sprawdzanie zgodności: długości spódnicy, gładkości zarostu na twarzy, tudzież nóg, szerokości uśmiechu, stopnia wybielania zębów.

Patologiczny perfekcjonizm zniechęca do kontaktu obie strony. Osobiście wolałbym spotkać człowieka z krwi i kości, nieco zmęczonego pod koniec dnia, wyrażającego różne emocje, osobę, której pozwala się na bycie sobą. Wydumana, cukierkowo-pierdząca uprzejmość, utarte, mantrycznie powtarzane slogany, mogą na stałe zniechęcić do człowieka zza drugiej strony biurka, być może prywatnie sympatycznego, ale niestety na siłę wciśniętego w przyciasne buty standaryzacji zachowań. Może kierownik warsztatu, Pan Jurek, z „Bruneta wieczorową porą”, powinien poprowadzić szkolenia dotyczące rozmowy z klientem: „Ale kochany! Nie ma żadne „tylko”! Nic! Żadnej roboty nie wezmę, nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem!” Kulturalnie i rzeczowo, niestety wszystkie wytyczne zabraniają używania słowa „nie”, a tym bardziej „nie wiem” albo „na obecną chwilę zasób mojej wiedzy w tym zakresie jest nieco ograniczony, lecz zamierzam dopytać się kompetentnej w tej materii osoby, alby udzielić panu/pani pełnej odpowiedzi”. Pięć na dziesięć osób zasypia w połowie tego zdania. Człowiek to brzmi dumnie? Schemat nie przewiduje tej opcji! No chyba, że w czasie wolnym.

Torcida230