Jak co roku o tej porze, wyjmuję z szafy stare ubrania, dotykam materiał i myślę sobie… co się stało z moim tyłkiem?! Co poszło nie tak? Tyle pięknych ubrań i w nic się nie mieszczę. Zaraz znów wakacje i zamiast wybierać bikini, będę szukała kolejnego namiotu, w którym mogę się schować przed osądzającymi oczami innych ludzi.Zazwyczaj o tej porze przychodzi też mocne postanowienie poprawy i zryw, który po 2 tygodniach mija, a ja wracam do swoich starych przyzwyczajeń.
Ciężko jest być korposzczurem na pełen etat i mieć jeszcze czas, a przede wszystkim siłę na siłownię i dietę. Wracając do domu, wciskam nos w książkę, a zamiast bieżni wybieram kąpiel w pianie i kieliszek czerwonego wina. Nie mam ochoty gotować, nie mam ochoty siłować się sama ze sobą. Jednak ostatnio mój stan zaczął bardzo mi przeszkadzać. Nie mieszczę się już prawie w nic, a ubrania, które zaczęłam kupować przypominają bardziej plandeki w rozmiarze oversize niż cokolwiek co miałoby mi dodać uroku. Niby waga nie pokazuje jakiejś oszałamiającej liczby, ale mam wrażenie, że moje ciało ulało się, a ja nie dopinam się w swoich ulubionych spodniach.
W związku z powyższym kilka postanowień noworocznych znów zostało popełnionych, ale mam zamiar się ich trzymać – tym razem musi się udać. Możecie w przyszłym roku wysłać mi tę stronę i poprosić o update. Tak. Jestem nie tyle zmotywowana, co zdesperowana. Nie chodzi już nawet o to, że ubrania nie pasują – raczej o to, że ciężko mi się oddycha, łapię zadyszkę przy przejściu dwóch pięter po schodach… Wstyd się przyznać, ale w metrze wybieram windę zamiast schody, a do sklepu, który jest 1 km od mojego miejsca zamieszkania – jeżdżę autem. To chyba dość marnie, bo jako nastolatka myślałam, że w wieku trzydziestu lat będę w życiowej formie. Będę mogła decydować co chcę robić, będę mogła szaleć do białego rana, będę wiedziała ile mogę wypić, żeby nie mieć kaca następnego dnia, a każdy kolejny weekend będzie imprezą. Tymczasem dobijając do portu trzydziestolatki stwierdzam, że nie mam na to siły i bardziej przypominam Bridget Jones niż Carrie Bradshaw…
Zastanawiając się, co mogłabym zrobić, aby cel osiągnąć, postanowiłam podejść do tematu w pełni profesjonalnie. Na początek badania krwi, sprawdzę cholesterol, hormony, zrobię morfologię. Nie mam czasu na gotowanie, więc wybrałam pudełka, codziennie o 4 rano pod moje drzwi dostaję 5 posiłków na cały dzień. Wege – tak jak lubię. W niektórych firmach oferowane są też opcje semiwegetariańskie, a co za tym idzie do dań wegetariańskich dodawana jest ryba (czasem kurczak). Wybierając dietę, najpierw obliczyłam swoje zapotrzebowanie kaloryczne i zmniejszyłam je, konsultując to z dietetykiem. Moja dieta to 1200 kcal dziennie. Nie mogę też jeść kilku produktów, dlatego wybrałam miejsce, w którym mogłam mieć wpływ na to, co będzie do mnie przywożone. Nie ma w mojej diecie kiwi, malin, orzechów i przede wszystkim laktozy. Na razie jestem na początku, ale uprzedzano mnie, że efekty będzie widać po miesiącu. Powinnam tracić około 0.5 kg na tydzień- czyli 2 kg miesięcznie. Tak ciężko to zrzucić, tak łatwo to przybrać. Dlaczego?!
Najważniejsze, żeby dieta nie była monotonna. Dlatego nie wierzę w te wszystkie trzydniowe diety bananowe, ani też w detoksykację organizmu za pomocą jedzenia tylko winogron. Próbowałam kiedyś tej metody, po 2 dniach miałam obrzydzenie do winogron, do tej pory mam problem z piciem soku winogronowego. No, chyba że po fermentacji…
Nie ma efektów diety bez ćwiczeń, dlatego dając z siebie maksimum, dorzuciłam sobie do tego plan treningowy – 3 razy w tygodniu (więcej nie dam rady) kardio i bieżnia. Masa już jest, teraz rzeźba, jak to zwykłam śmiać się ze znajomymi. Koniec masy – żegnajcie fryteczki, witaj marchewko. Zobaczymy, czy moje ciało podejmie wyzwanie. Motywacja jest tu najważniejsza, zainwestowałam w planner, rzucam palenie. Ktoś by powiedział: wszystko naraz. Może tak, ale może inaczej się nie da? Może czasem trzeba rzucić to wszystko w cholerę i powiedzieć, że ten dzień będzie inny od dni w ostatnich 2 latach.
Kult ciała jest dość przerażający i w mojej opinii dość pusty. Można jednak odbierać go na dwa sposoby: negatywnie i wyśmiewać wszystkie celebrytki pozujące na siłowni albo pozytywnie motywując się i czerpiąc przyjemność z pracy nad sobą. Byłam w defensywie, ale właśnie przechodzę do ataku. Może nauczę się czegoś z tej przygody? Podobno ćwiczenia pobudzają endorfiny. A ty, z czego dziś się cieszysz? Co dziś zrobisz dla siebie? Przecież nie żyjemy tylko po to, żeby pracować, wychowywać dzieci i spać. Jakie są twoje postanowienia noworoczne?

Co zrobisz tylko dla siebie?
Spisując dekalog, postanawiam, co następuje:
• zrzucić 10 kg do wakacji
• rzucić palenie
• raz w tygodniu wybrać się na jakiś event kulturalny
• raz w miesiącu wybrać się na szkolenie
• przeczytać jedna książkę miesięcznie
• mieć więcej czasu dla rodziny
• zrezygnować z cukru
• więcej pisać
• obronić magisterkę
• być w końcu szczęśliwą

#Magdalena Kazubska